Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Genaralka alternatywnie
4 października 2007
Generalka i ranking
6 października 2007

Marek Konitz

15 sekund do startu… start! Ruszamy powoli się rozkręcając najpierw na ulice Kołobrzegu. Na starcie tak się ułożyło, że przez moment ja prowadzę grupę. Jedno ze skrzyżowań jest ‚chronione’ przez policję – kątem oka widzę jak pan władza wyskakuje w panice z samochodu, krzyczy do mnie ‚stój!’. Grzecznie puszczam samochód już znajdujący się na skrzyżowaniu, po czym przejeżdżamy. Policjant, międzyczasie zatrzymuje zupełnie niepotrzebnie ruch za naszą grupą.
Na wylocie z miasta mijamy gościnnie jadącą grupę z Koszalina, która bardzo sympatycznie nam kibicuje. Pozdrawiam!
W mojej grupie startowej (6) jadą doświadczeni maratończycy i organizatorzy. Tempo spokojne, ale wcale nie wolne, odpowiada mi całkowicie. Część grupy pojechała do przodu szybciej, reszta w kilka osób jedzie dalej razem. Przez dłuższy czas jadę na przedzie z Gosią, kilkadziesiąt metrów przed resztą. Trzymamy około 27 km/h, ale wiatr wieje z kierunku jedenasta, więc nie jest zupełnie łatwo.

W pewnym momencie łapie mnie skurcz i nie puszcza przez dłuższą chwilę. Nie ma rady, muszę się zatrzymać. Po krótkiej chwili dochodzę do siebie, ale nie jestem w stanie mocniej przycisnąć. Powoli się rozkręcam i postanawiam gonić grupę – mam ich cały czas w zasięgu wzroku, ale dystans zmniejsza się powoli, bo nie chcę sprowokować następnego skurczu. W pewnym momencie widzę, jak kilkadziesiąt metrów za grupą i tyleż przede mną spada na drogę solidna gałąź. Z bolesną świadomością, że dogonienie grupy oddala się na bliżej nieokreślony czas, zatrzymuję się i wyrzucam gałąź na pobocze, w końcu za nami jeszcze mnóstwo ludzi jedzie. Ostatecznie grupę doganiam po przecięciu drogi nr 6.

Wietrzysko wieje cały czas, deszcz popaduje z przerwami. Mijamy lasy, przy nich zaparkowane samochody grzybiarzy – że też chce im się włóczyć w taką pogodę po lesie… W pewnym momencie konsternacja, mijamy przekreśloną strzałkę. Oczywiście jedziemy prosto, zamiast skręcić. Po małym zamieszaniu i zasięgnięciu języka obieramy kierunek, który powinen nas sprowadzić na dobrą drogę. Jak się okazało, nie tylko my daliśmy się złapać.


Teren robi się troszkę bardziej pofałdowany i zostaję z tyłu, nie czując się na siłach, aby trzymać tempo na hopkach. Do punktu kontrolnego docieram bijąc się z myślami czy jechać zamierzone 260km. Cóż, okazuje się, że mam za słabą wolę – 260km, kierunek pod wiatr, 155km, kierunek z wiatrem – wybieram krótszy wariant. Po chwili do punktu dojeżdżają Elwira i Jurek, którzy również są zdecydowani na średni dystans, więc się do nich przyłączam. Odtąd jedziemy razem umilając sobie czas pogawędkami. Momenty szczęścia meteorologicznego (wiatr wieje w plecy i tempo rooośnie) przeplatają się totalnym dołem, kiedy ledwo brniemy do przodu.

Tuż przed dość długim podjazdem mijamy pechowca z urwanym pedałem. Mijamy skupisko wiatraków, co dziwne, wszystkie stoją, widać zbyt duża wichura. Wjeżdżamy do Kołobrzegu i meta!
Jeszcze tylko pyszna zupka pod parasolem (pogoda w sam raz na piknik; właśnie zaczyna znowu padać, a nalanie zupy przy wiejącym wietrzysku wymaga nadprzyrodzonych zdolności) i pora udać się do kwatery.

Podsumowując mijający sezon, trudno mi się dopatrzyć spektakularnych sukcesów sportowych, zresztą trudno by się było ich spodziewać – na trening przeznaczyłem …no właśnie, wstyd się przyznać ile. Jednak każdemu z moich czterech startów towarzyszyła dzika radość uczestniczenia w czymś niesamowicie fajnym. Dziękuję organizatorom tych maratonów, na których byłem, za świetną zabawę. Dziękuję również organizatorom tych maratonów, na których nie byłem, za to, że mam czego żałować.

Pozdrawiam!

Marek Konitz

Facebook