Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2019

Gryfice
3.05

Stargard
11.05

Łobez
06.07

Nowogard
20.07

Rewal
21.09
Grupy startowe na dystansie mini w Lesznie
27 maja 2011
Grupy startowe w Świnoujściu
1 czerwca 2011

W Lesznie jak zwykle było super :) Wspaniała trasa, mili ludzie i pyszne ciasto na bufetach. Kapitalna atmosfera. Piękna pogoda. Mnóstwo znajomych. I tylko szosy trochę dziurawe, jak wszędzie. Oto moja, Marzeny, szczegółowa relacja. Zapraszam do lektury!

To właśnie w Lesznie w 2009r. zaczęła się nasza przygoda z maratonami szosowymi. Obydwoje z Krzysiem już wcześniej przejawialiśmy zamiłowanie do długodystansowej jazdy na rowerze. Pomysł, by w 2009r. wystartować w Lesznie pojawił się po moich imieninach. Na tamte imieniny Krzyś w prezencie miał zorganizować mi rajd, a ja jako solenizantka miałam nie troszczyć się o mapy i organizację, tylko powiedzieć gdzie chcę jechać.

Wybrałam przejazd z Poznania do Okonka, szlakiem zwanym TTR-N (Transwielkopolska Trasa Rowerowa, odcinek północny). Odcinek ten liczył jakieś 230 km i była to trasa mieszana szosowo – terenowa. Najgorszy teren z kopnym piachem był pod koniec, po 180 km. Można by rzec: takie typowe żądło, na dobicie.

Krótko potem był LMR i postanowiliśmy wystartować. Skusiliśmy się, bo za przejechanie dystansu każdy zawodnik otrzymywał dyplom. A to oznaczało oficjalne potwierdzenie pokonania takiego dystansu. W 2009r. wszystko było dla nas nowe. Ludzie na linii startu i w jej okolicach znali się, gadali ze sobą. Myśmy nie znali nikogo.

Tamtego deszczowego dnia byłam w grupie startowej z Ireną Kosińską i Małgorzatą Rajczybą, które uciekły nam już na pierwszych metrach. Potem na trasie dogoniliśmy Mariusza Gierczaka i z nim współpracowaliśmy. A całą trasę (bez 60 km) padał deszcz.

29.05.2011 – niedziela
Tym razem maraton startował w niedzielę. Zapowiadała się ładna, słoneczna pogoda i jedyne co mogło utrudnić jazdę, to wiatr. Już w sobotę byłam podekscytowana i rozradowana, bo tym razem miało być zupełnie inaczej niż zwykle. W barwach klubu AKTR Cyklista, którego koszulkę zawsze na maratonach wiernie noszę, miało się pojawić kilka osób. W naszej grupie startowej klub reprezentowali: Robert Miklasz, Michał Zgoła, Darek Rau, Krzysztof i ja. Poza tym w grupie był nasz kolega z zaprzyjaźnionego klubu Ogniwo – Bogdan Klata. Skład zacny i mocny. Z tej ekscytacji w nocy z soboty na niedzielę nie spałam prawie wcale.

Budzik zadzwonił o 3:40 w nocy. Po śniadaniu zapakowaliśmy rowery do auta i pojechaliśmy w stronę Leszna, po drodze zgarniając Michała i jego rower. Michał startował na pełnozawieszonym rowerze MTB i po cichu planował dezercję z GIGA na MEGA (do dezercji ostatecznie nie doszło, hihihi). Jechał na moich oponach, na których jeździłam rok i dwa lata temu.

Na trawiastym parkingu w Lesznie spotkaliśmy się z naszym przyjacielem Bernardem Mikołajczykiem z Milicza, z Tomkiem Ignasiakiem, który tym razem przyjechał treningowo na rowerze typu MTB (za 2 tygodnie startuje w prestiżowym 24 godzinnym wyścigu terenowym za granicą). Spotkaliśmy też Edwarda Dąbrowskiego, Irenę Kosińską, Krzysztofa Łańcuckiego, Małgosię Pawlaczek i wiele innych osób.

Dość szybko nasz team się skompletował, dojechali: Robert, Darek i Bogdan. Pojawiał się też Maciej Dudziak, tym razem w barwach Politechniki Poznańskiej, który planował sprint na MINI (zabraliśmy nawet dla niego trenażer, aby mógł się odpowiednio rozgrzać przed startem). Niestety Maciej nie ukończył wyścigu, bo zerwał łańcuch. Przekreśliło to jego szanse na dobry wynik i wycofał się. Na start biegliśmy, o mało co byśmy się spóźnili. W naszej grupie byli jeszcze dwaj zawodnicy z poznańskiego teamu Hades: Łukasz Grabowski (nr 49) i jego brat Marcin (nr 50).

Początek, tak jak się spodziewałam, był szarpany. Chłopaki wystartowali jak rakiety i wiele razy trzeba było im powtarzać, że nie warto szaleć, bo nie jedziemy na sprinterskie MINI, tylko na GIGA. Szarpanie trwało pewnie z 20 km i kosztowało trochę energii, potem tempo się znormalizowało. Chłopcy z Hadesu, którzy początkowo trochę się chowali za nami okazali się bardzo sympatyczni. W szczególności podziękowania należą się Łukaszowi, który jako pierwszy wyszedł z cienia i zaczął dawać zmiany.

Tradycyjnie najdłuższe i najmocniejsze zmiany dawał Krzysztof. Gdy na niego patrzę podczas wyścigu, ogarniają mnie wyrzuty sumienia. Gdyby nie ja, miałby on szansę na znakomite wyniki. Jam jego kotwicą jest. Niestety na metę nie dojechaliśmy w pełnym składzie startowym. Po drodze dużo się działo. Jako pierwszy odpadł Darek. Stało się to niedługo po starcie. Zerwał się i stwierdził, że nie warto szarpać się ponad siły i od tego momentu rozpoczął samotną jazdę na czas. Pokonał zadeklarowany dystans GIGA z czasem 09:20:43.

Po kilkudziesięciu km maratonu niewiele zabrakło mi do wywrotki. Komuś wyleciał bidon, prosto pod moje koła. Wymanewrowałam cudem. Przed pierwszym bufetem dogonił nas peleton lecący z prędkością światła. Wśród barwnych koszulek wypatrzyłam Jana Lipczyńskiego, jadącego w stroju Colnago i na rowerze tejże marki. Niedługo potem dogoniła nas Monika Buchowiecka, znakomita zawodniczka z kategorii K3 szosa, jeżdżąca dystanse MEGA. Monika znana jest z tego, że jeździ bardzo szybko. Pogadałyśmy chwilę, po czym rozległy się krzyki by uważać, bo z tyłu nadciąga jakaś grupa. Monika jakby tylko na to czekała, wyskoczyła jak z procy i wkręciła się w tamtą grupę.

Nie pamiętam jaka to była miejscowość, w każdym razie był to teren otwarty, gdy na horyzoncie zobaczyliśmy grupkę, którą zaczęliśmy doganiać. Była to chyba grupa z Leszna, a wśród nich jechała Beata Tulimowska. Dogoniliśmy ich. Zaczęły się górki. Dłuższy czas jechaliśmy całą zgrają, a ja gadałam zawzięcie z Beatą. Po którejś górce zorientowałam się, że mnie i Beatę przyblokowali dwaj wolniej jadący zawodnicy. Moje chłopaki były z przodu. Trzeba było ich dogonić, by niepotrzebnie nie musieli czekać. Powiedziałam do Beaty: bierzmy się do roboty, i pojechałam. Beata niestety nie pojechała za mną.

Następna grupka, którą dogoniliśmy nie była duża. Jechało w niej kilka osób – w tym Irena Kosińska, moja idolka i Monika Janik – bezpośrednia rywalka (ta sama kategoria wiekowo – rowerowa). Ucieszyłam się jak diabli. Doganiając fizycznie Monikę, zyskiwałam nad nią 1 minutę przewagi (startowała minutę przede mną). Po średnio długim czasie wspólnej jazdy uciekliśmy tej grupce.

Monikę spotkaliśmy ponownie na pierwszym bufecie. Potem z nią i jej grupą jechaliśmy ładnych kilka lub nawet kilkanaście km. Już jakiś czas temu zauważyłam, że męcząca jest nie tylko jazda szybsza od optymalnej, ale i wolniejsza od niej. Jadąc z grupą Moniki jechaliśmy nieco za wolno. Krzysiowi też chyba było zbyt lesersko, bo zaczął spiskować. Namawiał nas (mnie, Roberta, Bogdana i chłopaków z Hadesu) na sprint z prędkością 35 km/h. Jednym słowem na ucieczkę. Łukasz i Marcin chwilę się zastanawiali, ale nie dali się długo nakłaniać. Okazja trafiła się szybko. Oto przed nami była górka. Na znak Krzysztofa przystąpiliśmy do szturmu. Było ostro i niestety zgubiliśmy Bogdana. Niemniej jednak sprint się pięknie udał i uciekliśmy.

Około 100 km trasy, przy tablicy oznaczającej koniec miejscowości Śmigiel zdarzyło się coś, co nie powinno się zdarzyć. Kolizja w naszej grupie. Zagapił się jeden z kolegów z Hadesu i wjechał Robertowi w tylne koło. W rezultacie kolega z Hadesu poleciał na glebę (chyba Marcin). Potem ktoś jeszcze na to wjechał (chyba jego brat). Jeden z braci mocno się potłukł, ale z tego czego się później dowiedziałam, obaj się pozbierali i ukończyli wyścig. Jakaś dziewczyna urwała też w kraksie koszyk bidonu. Oczywiście cała grupa solidarnie zatrzymała się, by sprawdzić, czy nie stało się nic poważnego.

Dalej jechaliśmy w okrojonym składzie: Robert, Michał, Krzysztof i ja. Dołączyli do nas koledzy z Leszna, którzy wieźli Monikę Manię (K2, MTB, 160km) i ładnie pracowali na jej wynik. Jechał z nami też przez jakiś czas klubowy (WTR) kolega Beaty – Wiesław Mirolewicz.

Niedługo po kolizji odpadł od nas Robert. Wielka szkoda, bo Robert kilka razy bardzo mi pomógł, dociągając mnie do szarpiącej grupy. Z naszego teamu zostały 3 osoby: Krzysztof, Michał i ja. W tym to składzie mieliśmy dojechać do mety. Z grupą z Leszna współpracowaliśmy raz lepiej, raz gorzej. Przed rozjazdem MEGA/GIGA zerwaliśmy ich i jechaliśmy we tróję. Potem oni pojechali do mety, a my na ostatnie kółko. Przed rozjazdem, kiedy byliśmy jeszcze w grupie z Leszczynianami ktoś zerwał łańcuch, będąc z przodu grupy zatrzymał się na jezdni i prawie doprowadziło to do kolizji. Na szczęście prawie czyni różnicę i poza tym, że poleciało kilka niecenzuralnych słów, nikomu nic się nie stało. Na rozjeździe byliśmy o 12:30, na trzecim bufecie zaraz za nim nie zatrzymywaliśmy się. Nie pamiętam kiedy, ale na trasie spotkaliśmy też Henryka Fortońskiego. Tasowaliśmy się kilka razy i trochę jechaliśmy razem.

Po rozjeździe większość czasu jechaliśmy w składzie 3 – osobowym. Przez wiele km towarzyszył nam młody zawodnik z Leszna na starej kolarce – Mirek Lewandowicz. Z tyłu miał ciasno zestopniowany 6-rzędowy wolnobieg, manetki zmiany biegów miał nie na kierownicy lecz przy ramie. Jechaliśmy razem pod wiatr, prędkość spadała. I to znacznie. Obserwowałam licznik: 24, 26, góra 28 km/h. Kolega był miły jednak jego zmiany były dziwne: krótkie, odskakiwał za bardzo do przodu i wychodził na prowadzenie głównie na zjazdach. Michał również się nie wysilał, ale już wcześniej gadał, że to by mogło doprowadzić do zerwania go. Lokomotywa była jedna: Krzysztof. Kiedy tak jechaliśmy we 4, mimo okularów, do oka wleciała mi muszka. Usiłowałam ją wyjąć podczas jazdy, ale nie dało się. Musiałam się zatrzymać. Wrzeszczałam, co ja gadam, ja ryczałam do chłopaków: „stop, stójcie!” Zatrzymali się wszyscy, również zawodnik z Leszna. Chwilę to trwało, ale jakoś pozbyłam się tej muszki. Niestety wyjmowałam ją brudnymi rękoma i oko mnie potem szczypało i łzawiło aż do mety.

Na ostatnim bufecie zatrzymaliśmy się. Spotkaliśmy tam Łukasza Jasionowskiego, który twierdził, że ma kryzys. Krzysztof zarządził, że postój na bufecie ma trwać 2 minuty. Trwał chyba krócej. Jedząc zobaczyliśmy, że do bufetu dojeżdża samotny zawodnik. Ten zawodnik, to była zawodniczka. Monika Janik. Bezpośrednia rywalka. Do mety brakowało 30-kilka km. Jeszcze wszystko mogło się zdarzyć. Wyrwałam do przodu, Monika za mną. Króciutką chwilę tak jechałyśmy, po czym się opamiętałam i zwolniłam czekając na Krzysia i Michała.

Krzysztof kazał mi zwolnić jeszcze bardziej i od tej pory zaczęło się czarowanie. Była to prawdziwa jazda taktyczna. Monika jechała 20-100m przed nami. My pilnowaliśmy tylko, by zanadto nie odskakiwała. Nie pozwalaliśmy też by do nas dołączyła. Gdy była taka potrzeba, to znacznie zwalnialiśmy, a nawet dawaliśmy po hamulcach. Dość powiedzieć, że podjazdy robiłam sobie spokojniutko… z blatu… Na płaskim i podjazdach było spokojnie, na zjazdach Monika się przykładała (więc i my). I tak jechaliśmy prawie aż do samej mety.

Krzyś był pewny mojej wygranej, ja nie aż tak. Był pewien do tego stopnia, że proponował mi nawet bym na końcówce zrobiła bezpośredni pojedynek z koleżanką. Ale końcówka była zupełnie inna niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Wjechaliśmy do Leszna i był zjazd w prawo do mety. Ponoć była tam też tablica, ale nikt z nas jej nie widział (przewrócił ją wiatr). Krzysztof zauważył za to dwa paski na znaku drogowym. Dwa paski, tj. w prawo.

Monika jadąca przed nami nie zauważyła tych pasków i poleciała prosto. Krzysztof krzyczał za nią, ale ona nawet się nie obejrzała. Myśmy pojechali we trójkę w prawo. Na ostatniej prostej padło hasło ”no to czadu” i przyspieszyliśmy do 38 km/h, by za chwilę wpaść na metę. Michał na sprincie wyprzedził mnie o setne sekundy. Krzysztof jak zwykle po dżentelmeńsku puścił mnie przodem.

Na mecie było mnóstwo okazji do przyjacielskich pogawędek. Przy stoliku czekał na nas już Robert z rodzinką, który ostatecznie zjechał na MEGA. Po umyciu się, posiłku regeneracyjnym i chwili wytchnienia zobaczyliśmy, że na mecie pojawiła się nieco zdenerwowana Monika. Pobiegłam jej pogratulować. Okazało się, że nie mogła słyszeć wołania Krzysia, bo miała słuchawki w uszach. Potem poszliśmy na metę. Tam czekaliśmy na wjazd Darka. Kiedy wjeżdżał, pstrykałam mu fotki.

Tuż po 18:00 odbyło się uroczyste zakończenie maratonu. Niestety nagradzani byli tylko ci zawodnicy, którzy zajęli pierwsze miejsca w swoich kategoriach.
Otrzymałam jeden puchar za pierwsze miejsce w swojej kategorii wiekowo – rowerowej i drugi za pierwsze miejsce open wśród kobiet na GIGA. Tuż przed uroczystością zakończenia miło było pogadać z Moniką Buchowiecką (pierwszą na dystansie MEGA zarówno w swojej kategorii, jak i open na tym dystansie wśród wszystkich kobiet) i Zdzisławem Repsem (pierwszym na GIGA w kat. M6, MTB).

Interesująca była też wcześniejsza długa rozmowa z p. Zdzisławem Samolem, Mistrzem Polski Masters 2007, który tego dnia ze średnią 37,91 km/h triumfował na dystansie MINI w kat. M6. Jego tytanowa szosówka Bianchi zrobiła na nas ogromne wrażenie i ochoczo robiliśmy sobie razem z Mistrzem i jego rowerem fotki. Potem równie miłą pogawędkę odbyłam z Tomkiem Ignasiakiem. Był smutny, bo w swojej kategorii był drugi, tylko dlatego, że zgapił się na rozjeździe MEGA/GIGA i nadłożył kilkanaście km.

W loterii przebogatej fantowej tym razem nic nie wygrałam. Z nas wszystkich nagrodę odebrał jedynie Krzysztof. Po rozdaniu wszystkich nagród poszliśmy do samochodu. I tak to zakończył się mój trzeci maraton w Lesznie.

Z licznika:
Czas netto ……………………………07:46:08
Czas brutto …………………………..07:53:44
Dystans ………………………………….234,35 km
Prędkość średnia netto ……………….30,10 km/h
Prędkość średnia brutto ……………..29,13 km/h
Prędkość maksymalna ……………….53,00 km/h
Temperatura minimalna ………………….15 stopni Celsjusza
Temperatura maksymalna ……………….24 stopnie Celsjusza
Przewyższenie ……………………………..789 m
Wysokość maksymalna ………………. 111m
Nachylenie średnie ………………………….1%
Nachylenie maksymalne …………………10%

Marzena

Zdjęcia pochodzą ze strony Szosowiec.pl.

Facebook