Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
28.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Wyniki PP po szybkim Łasku
11 czerwca 2012
Rebe wreszcie wrócił do łask. Sorry! Do Łasku! Do Łasku!
12 czerwca 2012

Na maraton w Łasku pojechaliśmy z marszu. Decyzję o starcie podjęliśmy właściwie z dnia na dzień i spora w tym zasługa Moniki Kędziorek, która zapowiadała że będzie. Jako, że bardzo się polubiłyśmy pomyślałam, że fajnie było by się spotkać i pogadać.

Od Trzebnicy ani razu nie siedziałam na szosówce. Jeździłam w sumie też nie za dużo. Głównie do pracy i z powrotem. W Gryficach nie udało nam się wystartować. Być może start w Łasku też był dla mnie jeszcze trochę za wczesny.

W niedzielny poranek wstaliśmy tuż przed 4:00. To zabójcza godzina, jednak w czerwcu o tej porze nie jest to już noc, ani nieprzenikniona ciemność. Szybkie śniadanie, pakowanie rowerów i w drogę. Tradycyjnie w drodze „do” auto prowadzę ja.

Po ponad 2 godzinach dotarliśmy do Łasku, zostawiliśmy auto na dużym trawiastym boisku i poszliśmy po pakiety startowe. Ustawiliśmy się na końcu bardzo długiej kolejki. Czekanie umililiśmy sobie pogaduszkami z Moniką i Jarkiem. Pogoda była piękna. Pełne słońce i brak wiatru kazały wierzyć w to, że to będzie cudny dzień. Jeszcze przed startem spotkaliśmy wiele znajomych osób, w tym między innymi: Henia Fordońskiego, Janka Wesołowskiego, Krzysia Łańcuckiego, Beatę Tulimowską, Jacka Gucia Olszewskiego, Zdzisława Kalinowskiego. Dla samego spotkania z tymi wszystkimi osobami warto było przyjechać.

Grupa Krzysia i Jarka wystartowała 2 minuty przed grupą moją i Moniki. Obie byłyśmy ciekawe, czy nasi poczekają na nas. O 9:06 wystartowałyśmy. Od razu tempo było żwawe. Jechało się jednak bardzo fajnie. Tętno miałam wysokie, lecz w ogóle tego nie czułam. Czułam natomiast, że rozsadza mnie energia i coś w rodzaju euforii. Jak ja dawno tak szybko nie jechałam!

Kontuzja ścięgna spowodowała, że ostatnimi czasy na rowerze przemieszczam się pomału. Raz tylko w międzyczasie zdarzyło mi się pojechać ostrzej i niestety skończyło się to pogłębieniem kontuzji. Tak więc czułam się teraz trochę niczym pies spuszczony ze smyczy.

Po niedługim czasie grupka nasza dogoniła dwóch podejrzanie wolno jadących chłopaków. Zgadniecie co to byli za jedni? Tak, to byli NASI. Czekali na nas! Prawdziwie się ucieszyłyśmy. Od tego momentu aż do 47 kilometra trasy Krzysztof i Jarek współpracowali dając sobie zmiany, natomiast my siedziałyśmy grzecznie za nimi i nie wychylałyśmy się. Co ciekawe grupka nie składała się z tylko z naszej czwórki. Za plecami moimi i Moniki chowało się kilku leniuszków, którzy nie współpracowali, tylko się wieźli.

Szybko zaczęliśmy wyprzedzać różnych ludzi. Wśród twarzy, które gdzieś mignęły widziałam na pewno Basię Węglarską. Była też samotnie jadąca dziewczyna, która do nas doskoczyła. Początkowo nie rozpoznałam, dopiero po chwili zauważyłam, że to Kasia Dugiel.

Na pierwszym bufecie nie było postoju. Chyba nikt niczego nie potrzebował, chociaż ktoś (Kasia?) chwycił butelkę z wodą. Za bufetem nasza zgraja powiększyła się o tych co dołączyli kiedyśmy przejeżdżali przez punkt żywieniowy. Jedynym miejscem, gdzie nieznacznie pomyliliśmy trasę, był wyjazd na główną drogę przed pierwszym punktem kontrolnym. Trzeba było odbić w prawo, w wąską asfaltówkę idącą wzdłuż krajowej „8”. My całą grupą odbiliśmy na „8”. Zjechaliśmy z niej po trawie na punkt.

Za punktem zjazd na szosę do Widawy był po szutrze i tam sporo zwolniłam. Potem trzeba było rozbujać rower od nowa. Miałam twarde przełożenie. Nie zdążyłam zredukować i musiałam szarpnąć. Nie pamiętam, ale to może właśnie wtedy poczułam pierwsze ciągnięcie w ścięgnie. Leciutkie, delikatne. Prawie nieodczuwalne.

Jedziemy dalej. Niby nadal jest super, ale już nie do końca. Obiecałam sobie w końcu, że jeśli tylko coś będzie nie tak, to odpuszczam, aby sobie nie zrobić krzywdy przed nadchodzącymi za kilka dni rowerowymi wakacjami. Morale mi spada na łeb na szyję. Zastanawiam się jak to będzie dalej. Czy to ciągnięcie było tylko na chwilę?

Tracę czujność i widzę, że grupa trochę uciekła. Spinam się więc i doskakuję. Ostatecznie puszczam grupę gdzieś przed Widawą. Od tego momentu aż do mety jedziemy z Krzysiem sami łapiąc raz po raz różne grupki i potem je puszczając. Nie czuję się najlepiej. Krzysztof – mój głos rozsądku właściwie zmusza mnie bym zakończyła swój występ na MINI. Gdyby nie on, pewnie zgodnie z planem bym pojechała GIGA i pewnie źle by się to skończyło.

Na mecie jesteśmy bardzo wcześnie, już o 11:41. Do zakończenia imprezy mamy bardzo dużo czasu. Na początku stoimy przy linii mety i patrzymy na finiszujących i na tych, którzy jadą dalej, później idziemy pod prysznic i coś zjeść. Z każdą chwilą ludzi na mecie jest coraz więcej.

Pod koniec, kiedy na metę zaczynają wjeżdżać zawodnicy kończący GIGA zaczyna się chmurzyć i wkrótce spada deszcz. Robi się chłodno. Czas umilamy sobie pstrykając fotki, gadając ze znajomymi i podziwiając lekki rower jednego z nowo poznanych kolegów. Na początku tylko oglądamy. Potem podnosimy. 5,1 kg!

W końcu nadchodzi moment, gdy wszyscy zbieramy się w Łaskim Domu Kultury, gdzie po uhonorowaniu zwycięzców w napięciu oczekujemy na wyniki losowania nagród.

Niestety nic nie wygrywamy. Do domu wracam natomiast z piękną statuetką Kolarza – Jastrzębia Łaskiego. Mimo, że tym razem zdrowie pozwoliło mi tylko na MINI, warto było przyjechać. Dla przyjaciół i znajomych, świetnych asfaltów i wzorowej organizacji (brawo za obstawione skrzyżowania!).

Z przyjemnością pojawię się jeszcze w Łasku. Mam nadzieję w lepszym zdrowiu i tak jak powinno być – na GIGA.

Marzena Szymańska

Facebook