Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Tęczowe historie: Stabliński Mistrzem Świata (1962)
4 października 2008
Europejczycy jeżdżą na polskich rowerach Kross
6 października 2008

Zawodową karierę zaczął późno, do grona profesjonalistów dołączył w wieku dwudziestu czterech lat. W ciągu pięciu sezonów stał się cenionym specjalistą północnych klasyków, wygrywając między innymi Dookoła Flandrii. Tej jesieni prezentował wysoką formę, do której doszedł podczas hiszpańskiej Vuelty. Na mistrzostwach świata miał pracować na swoich kolegów, tymczasem to on przeprowadził decydujący atak.

Bartoli wersja 2.0
Alessandro Ballan od samego początku związany jest z ekipą Lampre. To w jej barwach, już w drugim roku swoich startów jako zawodowiec odniósł swoje pierwsze zwycięstwo. W kwietniu 2005r wygrał etap podczas prestiżowej etapówki „4 dni de Panne” pokazując talent do jazdy w północnych klasykach. Zwycięstwo na szosach Belgii przyniosło pierwsze skojarzenia z Michele Bartolim. Ten wybitny włoski kolarz znakomicie spisywał się w wiosennych wyścigach w Belgii i Holandii a jego kariera również zaczynała się od wygrania w de Panne. Ballan, choć wyższy od Bartolego, rozgrywa wyścigi w nieco podobnym stylu, jest również kolarzem możliwie kompletnym. Radzi sobie zarówno na podjazdach jak i na płaskim, na bruku i na finiszach. Nie jest może typem zawodnika, którego ataki potrafił rozerwać peleton i poniżyć rywali, ale w najcięższych wyścigach sezon zazwyczaj jest z przodu i walczy o najważniejsze cele. Lista jego zwycięstw jest niewielka, za to próżno na niej szukać mało istotnych imprez. Ballan nie wygrał jeszcze tyle, co jego wybitny poprzednik. Ma jeszcze na to sporo czasu – w listopadzie będzie obchodził swoje 29 urodziny. Udało mu się jednak coś, czego Bartoli nigdy nie dokonał: został mistrzem świata zawodowców.

Cichy faworyt
W 2007 roku faworytem numer jeden do wygrania Ronde van Vlaanderen był zwycięzca z poprzedniego sezonu, Tom Boonen. Belg był w dobrej formie a mimo to nie był w stanie odpowiedzieć na atak Włocha, gdy ten przyspieszył na słynnym „Murze” – ostatnim podjeździe wyścigu. Dojeżdżając do mety w duecie z Leifem Hoste Ballan pokazał, że to był jego dzień i pewnie pokonał rywala na finiszu. Jego marzenie stało się faktem, wygrał jeden ze swoich ulubionych wyścigów. Kilka miesięcy wcześniej przeprowadziliśmy krótki wywiad z Alessandro przy okazji jego występu w Tour de Pologne. Już wtedy był wyróżniającym się zawodnikiem. W naszym tourze był czwarty w klasyfikacji generalnej, a kilka dni później był jednym ze współautorów mistrzowskiego tytułu zdobytego przez Paolo Bettiniego. Gdy wtedy pytałem go, czy kiedyś będzie liderem reprezentacji Włoch podczas walki o tęczową koszulkę, raczej w to powątpiewał, choć… nie zaprzeczył. Trudno stwierdzić, ile w tym było kurtuazji a ile poczucia własnej wartości. Wystarczy powiedzieć, że raptem dwa lata później Ballan mistrzem świata został. Tak jak we Flandrii, na starcie nie stawał jako 100% faworyt. Jego nazwisko przewijało się w gronie tych, który mogli spowodować zamieszanie, ale niekoniecznie wygrać. Tymczasem, gdy sytuacja ułożyła się po jego myśli, potrafił wykorzystać szansę i w znakomitym stylu wygrać wyścig. Jest to tym bardziej godne uwagi, że we wcześniejszej fazie rywalizacji sporo atakował, wypracowując dogodną sytuację do ataku dla Bettiniego. A że „Świerszcz” nie zaatakował, Ballan zrobił to, co do niego należało. Tego dnia musiał być wyjątkowo mocny. Urwać rywali próbowali bowiem i Davide Rebellin i Damiano Cunego, kolarze którzy chyba jeszcze lepiej niż Ballan potrafią jeździć górzyste klasyki. Tymczasem to Alessandro wykonał decydujący ruch a dodatkowo utrzymał przewagę na ostatnim kilometrze. Trzeba w tym miejscu dodać, że jest on również niezłym czasowcem. Choć oczywiście przegrywa z wybitnymi specjalistami, na krótkich próbach tego typu radzi sobie całkiem nieźle i było to dobitnie widać podczas jego finiszu w Varese.

Mistrz, jakiego dawno nie było

Ostatnie mistrzostwa świata kończyły się zgodnie z planem. Wygrywali wielcy, ci, którzy wygrać mieli. Samospełniające się przepowiednie lub też wybitny profesjonalizm sprawiały, że po tęczową koszulkę sięgali główni faworyci. Bettini, Boonen, Freire, Cipollini. Ostatnim kolarzem, który po mistrzowski tytuł sięgnął z podobnej pozycji co Ballan był prawdopodobnie Oscar Camenzind. Ballan jest bowiem dopiero w drodze na szczyt swojej kariery, choć wyraźnie się do niego zbliża. Jest w odpowiednim wieku i ma wszystko, co kolarz klasyczny mieć powinien, by osiągać wybitne sukcesy. Vainsteins i Astarloa to były raczej przypadki, z kolei Freire za pierwszym razem dzięki mistrzostwu wrócił na dobre do gry. Boonen już był wielkim zwycięzcą, podobnie jak Bettini. Tymczasem Ballan, który choć wygrał już Flandrię, był do tego momentu raczej uważany za „jednego z wielu”. Tęczowa koszulka może zasadniczo odmienić jego karierę, o ile sam Ballan upora się z „klątwą” ciążącą nad zdobywcami tego trofeum. Często bowiem bywa tak, że zwycięzcą mistrzostw świata jest kolarz, który miał znakomity sezon a MŚ są jego zwieńczeniem. Tymczasem Włoch w tym roku spisywał się nieźle, ale bez rewelacji. Paryż – Roubaix zakończył na trzecim, Flandrię na czwartym miejscu. Wygrał raz, triumfując na etapie hiszpańskiej Vuelty. W przyszłym sezonie startując w tęczowej koszulce będzie miał z pewnością silniejszą pozycję w grupie Lampre, dostanie lepszy kontrakt i większe wsparcie podczas wyścigów. Tego można być pewnym, jeśli więc uda mu się wygrać któryś z wielkich klasyków w przyszłym sezonie, nie będzie to nic dziwnego. Na horyzoncie pojawia się za to inny problem. Jeśli Ballan z „cichego faworyta” nie zmieni się w Wielkiego Mistrza, wielki problem może mieć Franco Ballerini. Selekcjoner reprezentacji Włoch miał dotychczas proste zadanie. Ustawiał drużynę pod jednego lidera: Cipolliniego lub Bettiniego. Czy Ballan będzie w stanie udźwignąć odpowiedzialność i presję, z jaką wiąże się przewodzenie squadra azzurra podczas przyszłorocznych mistrzostw świata? Czy zostanie w tej roli przez ambitnych i żądnych sławy kolegów – rywali z zespołu? Wszystko w jego nogach a przede wszystkim w jego głowie. Póki co można powiedzieć jedno: nie ma chyba kibica czy komentatora, który z tytułu Ballana by się nie cieszył. Jest to zawodnik, który budzi głównie pozytywne emocje i… niech tak zostanie.

Marek Tyniec

Źródło: bikeWorld.pl.

Facebook