Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Śrem
21.04

Rewal
5.05

Stargard
12.05

Nowogard
23.06

Świdwin
7.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Bordeaux-Paris 1912-1914
19 grudnia 2006
Bordeaux-Paris 1925-1930
21 grudnia 2006

Napisał: Piotr Ejsmont

Kolarstwo zna niewielu braci w swojej historii, a jeszcze mniej, którzy odnosili razem sukcesy. Tak jednak było w przypadku wspaniałych braci Pelissier. Po pierwszej wojnie światowej bohaterami wyścigu stali się bracia Pelissier. Byli oni idolami Francji.

Co prawda było ich troje, ale tylko najstarszy Henri oraz średni Francis, zwany „Wielkim„ (ze względu na swój wzrost), osiągnęli w tym wyścigu sukcesy. Najmłodszy Charles miał walczyć w tym wyścigu, ale w innej roli. Początkowo największym konkurentem braci był Eugene Christophe, a także Beldzy Mottiat , Masson oraz Louis Heusghem, kolarz solidny i bardzo wytrwały. Co ciekawe kolarskich braci Heusghem było więcej niż braci Pelissier (startowali jeszcze Hector, Clement, Arthur, oraz Pierre-Joseph).

Henri Pelissier
Henri Palissier

W 1919 roku średni z Pelissierów Francis był pomocnikiem Henriego. Henri w nocy, w okolicach Libourne miał defekt i musiał sam gonić rywali. Nigdy nie lubił, a nawet bał się jazdy w ciemnościach. A tymczasem jakiś niewyraźny cień nagle krzyknął do niego :
– Ty nie będziesz pierwszy w Paryżu!
Henri miał jeszcze dwa defekty i coraz bardziej pogrążał się w zniechęceniu do dalszej jazdy. Zresztą, nie tak dawno wygrał już Paris –Roubaix. To by wystarczyło. Ale przed wyścigiem ułożył ze swoim bratem i wiernym pomocnikiem, jakim był Charles Lacquehay plan ataku. Przewidywał on, że przed Orleanem, odkąd kolarze mogli korzystać z pomocy swoich drużyn, większość rywali zechce zmienić rowery na wyposażone w większe przełożenie (nie było jeszcze przerzutek). Henri chciał wykorzystać ten bałagan i zaatakować właśnie w tym miejscu. Francis i Lacquehay, którego w peletonie nazywano ze względu na duży wzrost „Długi Karabin”, mieli tam czekać na niego w pogotowiu.
I rzeczywiście . Z ciemności nocy jako pierwszy na wjeździe do Orleanu wyłonił się Henri.
– Ciągnij, ciągnij Francis! – pogonił do roboty młodszego brata.
– Miałem wrażenie, że kiedy ktoś inny wychodził na zmianę, to tempo jazdy od razu malało – opowiadał potem Francis – Dlatego szybko ich zmieniałem. A oni nie wytrzymywali tempa i odpadali jeden za drugim. Co 10 km miał być rozstawiony nowy pomocnik, ale dużo ich nie widziałem.Po pewnym czasie doszli ich Mottiat i Philippe Thys, czyli „Jamnik” (bo miał krótkie nogi, ale bardzo mocne – w końcu wygrał trzy razy Tour de France).
– Szybciej, szybciej !- krzyczał Henri do Francisa.
Ten przyśpieszył i Belgowie zostali z tyłu.. Na Col de Dourdan na Pelissierów czekał kolejny pomocnik, którym był elegancki Leo Veron. Pedałował leciutko jak ważka, ale miał za małe przełożenie. Przed startem wsadzono go na rower, na który Henri mógłby się przesiąść, gdyby miał defekt na wzniesieniu. Leo pedałował już jak bardzo szybka ważka, jednak wkrótce zadyszał się i zaczął krzyczeć do kolegów :
– Nie tak szybko, nie tak szybko!
Także „Długi Karabin” nie miał już amunicji, by dawać zmiany. Henri chował się za ogromnymi plecami swojego brata, ale był coraz bardziej nerwowy. Zagubił się gdzieś wóz techniczny drużyny.
– Nie będzie nikogo na wjeździe na tor Parc des Princes, żeby podać mi rower torowy – lamentował Henri – Jeśli mnie dojdą i będzie finisz grupy, to jestem załatwiony.
– Nie przejmuj się starszy bracie- uspokajał go Francis- Pojadę do przodu i coś przygotuję.
Nie musiał dużo przygotowywać. Thys wyczerpał się na Dourdan, a najbliższy konkurent, którym był Luis Heusghem miał stratę pół godziny. Na tor w Paryżu wjechał pierwszy Francis, ale to Henri wygrał wyścig (na zdjęciu po lewej na rowerze z bratem po prawicy), bo młodszy brat był tylko pomocnikiem, który nie przejechał całego dystansu wyścigu. Wszyscy byli zgodni, podobnie jak sam Francis, że w przyszłości może on wygrać maraton.
– I nie boję się jeździć po nocy – pomyślał Francis
– To był straszny wyścig- powiedział Henri.W kolejnych dwu latach to „Stary Galijczyk„ Christophe był najlepszy. W 1920 roku opuścił on start w mistrzostwach kraju, by specjalnie przygotować się do wyścigu. Na 70 km trasy wpadł na psa, upadł i zarobił ogromnego siniaka na prawej dłoni. Zanosiło się na burzę, co bardzo odpowiadało „Galijczykowi”:
– Deszcz – to lubię. Mówią, że lepiej go znoszę niż inni- powiedział do siebie.
Była to prawda. Christophe wiele swoich wspaniałych sukcesów święcił, gdy pogoda była pod psem. W Chatellerault, gdzie do wyścigu włączali się pomocnicy, rozpętała się burza. Jak przewidywano, zaatakował Henri Pelissier. I tak jak również przewidywano, Christophe nie wytrzymał tego ataku i odpadł do tyłu. Stracił około 300 m, ale uparł się i nie odpuszczał.. Przewaga przestała rosnąć. Przed Tours uparty „Galijczyk” doszedł do Henriego i Thysa. Deszcz padał cały czas. Po czasie wymęczony „Jamnik” puścił koło. W przedzie została dwójka Francuzów. Walczyli ramię w ramię do samej mety, ale do niej było jeszcze aż 200 km! Był to prawdziwa wojna nie tylko sił, ale i nerwów.
– Jeśli on teraz przyśpieszy, stanę w miejscu.- myślał „Galijczyk” szczękając z zimna zębami.
– Jeśli nie wezmę jakiegoś ciepłego napoju, będę skończony- martwił się Henri.
Niestety nie dostał w porę ciepłego rosołku. Firmowy samochód złapał gumę, a kiedy Henri zatrzymał się, by nałożyć nieprzemakalną kurtkę, Christophe natychmiast skoczył do przodu. Niedługo potem zziębnięty i zrezygnowany Henri wycofał się z wyścigu.

Legendarni bracia Pelissier (od lewej) Henri, Charles i Francis.
Legendarni bracia Pelissier (od lewej) Henri, Charles i Francis.

W 1921 roku Henri osłabł na Col de Dourdan. Francis, by ukryć słabość brata zrównał się z Christophe i przez pewien czas jechał obok niego, jakby się nic nie stało. Dopiero Jusseret zorientował się w sytuacji i krzyknął:
– Henri został w tyle!
Christophe i jego pomocnicy natychmiast przyspieszyli i był to koniec Henriego. Francis, który nie znosił „Galijczyka„ przysiągł mu zemstę.

Rewanż nastąpił 14 maja 1922 roku. Francis miał ambicję, by samemu też wziąć udział w wyścigu i już nie jako pomocnik starszego brata. Ale patron Pelissierów J.B.Louvet chciał sfinansować tylko pomocników Henriego. Francis był jednak tak zdeterminowany, że zapowiedział że pokryje wszystkie koszty z własnej kieszeni. Widząc taką wolę walki, patron zmiękł i sięgnął do kieszeni. Francis miał być drugim zawodnikiem drużyny.
– Nic nie mogło mnie zaskoczyć- opowiadał Francis – W moich myślach przejechałem Derby ze 100 razy.
Na starcie było zimno. Wiał lodowaty wiatr. W nocy uciekł Belg Van Hecke. Nie dotrwał daleko. Tak się wyczerpał, że nie ukończył wyścigu. W tym roku kolarze mieli do dyspozycji swoich pomocników od Chatellereault. W Tours na czele zostało 9 zawodników. Do Francisa podjechał Henri :
– Przecież jesteś najsilniejszy, to na co czekasz?
Nie trzeba było tego powtarzać dwa razy. Młodszy brat ruszył do przodu. Pozostał sam na przedzie razem ze swoimi pomocnikami. Thys i Henri nie wytrzymali trudów wyścigu i wycofali się w okolicach Amboise. Pomocnicy Henriego zostali oddani do dyspozycji Francisa.. Wśród nich byli m.in Lacquehay, Souchard, Cantelube, Szwajcar Oscar Egg i jeszcze młodszy z Pelissierów, Charles. Bardzo mocne zmiany dawał Egg. Potem wsiadł w pociąg., dojechał do Paryża i w zawodach poprzedzających przyjazd kolarzy, wygrał wyścig tandemów. Pomimo kryzysu głodu na Col de Dourdan, Francis dojechał do mety wyścigu jako pierwszy przed Mottiatem. Henri i Francis zostali jedynymi braćmi w historii, którym udało się wygrać ten wyścig

Rok później (1923 r.) Francis był bliski powtórzenia swojego sukcesu. Był w jeszcze lepszej formie. Ale patron Louvet chciał przy tym ubić dobry interes. Dla celów reklamowych podpisał kontrakt z wielkim paryskim sklepem Galeria Lafayette. W ramach tej reklamy firmowe ciężarówki sklepu, które na co dzień dostarczały do niego towar, miały służyć w wyścigu jako wozy techniczne. Zupełnie się do tego nie nadawały. Były ogromne, ciężkie, powolne i mało zwrotne. Francis, widząc, na co się zanosi, zapytał swojego dyrektora sportowego, którym był Pierre Maisonnas:
– A jeśli będę miał defekt ?
– Jeśli będziesz miał defekt, to zaczekasz.- brzmiała odpowiedź.

Stało się tak, jak przewidywał Francis. Pierwszy defekt dopadł go w Tours. Musiał czekać 6 minut, aż przywlokła się do niego ciężarówka z zapasowym rowerem. Pomimo tego „Duży„ szybko dogonił prowadzącego Mottiata i resztę. Na jednym z podjazdów zdobył się nawet na gest nonszalancji: pogwizdywał sobie, co wprawiło w osłupienie Belga Massona. Jego przyjaciel i dobry obserwator Rene Vermandel nie dał się jednak zwieść tej grze :
– Coś ty- powiedział do Massona- On blefuje. Trzeba atakować.

Przed Orleanem Francis miał znowu defekt. Tym razem musiał czekać już 9 minut na pomoc z ciężarówki. Henri, myśląc o zbliżającym się Tour de France, zrezygnował w międzyczasie z dalszej jazdy. Najlepszy z pomocników Francisa Jean Brunnier też musiał zsiąść z roweru. Rozłożył się na deskach paki ciężarówki, a widzowie myśleli ,że wyzionął ducha.
-Patrzcie. Ten biedny Brunnier w karawanie- ktoś mówił.
O wycofaniu się rozmyślał też Francis, kiedy wyprzedził go Jean Alavoine.
– O nie.- pomyślał Francis- On będzie potem zbyt zadowolony z opowiadań, jak to mnie wykończył.
Pelissier nie lubił przegrywać ani z „Galijczykiem”, ani z „Chłopakiem Jeanem”, jak mówiono o Alavoine. Zrezygnował z wycofania się, ale pech go nie opuszczał. Tego dnia miał, aż 7 defektów i dużo, dużo czasu, by badać trawy pobliskich rowów. Za ostatnim razem, kipiąc ze złości, w locie porwał rower pierwszemu ze swoich pomocników, który się pojawił. Na rowerze Paula Duboc (czyli „Jabłko”) najpierw doścignął Tiberghiena, potem Selliera, a na końcu Mottiata. Nie starczyło mu czasu, by dojść do tego pierwszego, którym niespodziewanie okazał się 35-letni Belg Emile Masson.

Rok 1923, szczęśliwy Emile Masson na mecie.
Rok 1923, szczęśliwy Emile Masson na mecie.

Masson w wieku 11 lat, jak wielu Belgów, zaczął pracować w kopalni węgla i zjeżdżał już pod ziemię. W wieku 22 lat wyzwolił się z tej pracy i został kolarzem. Kiedy jego narzeczona dowiedziała się o tym, że Emile chce poświęcić niedzielę na kolarstwo, ostro zaprotestowała :
– To nie będziemy mogli chodzić na tańce. – a kiedy Emile obstawał przy swoim zamiarze, dodała ze złością – A żebyś kichy przebił !
I tak się stało. W swoim pierwszym wyścigu Masson dwa razy złapał gumę. Drugi wyścig wygrał i przyniósł do domu pierwsze zarobione na rowerze pieniądze. Narzeczona, którą wkrótce poślubił, stała się jego idealnym kolarskim menadżerem, masażystą, mechanikiem , zapomniała o tańcach i jeździła z mężem na jego kolejne wyścigi. Masson był silny, odważny, ale zielony z taktyki. W tym samym sezonie wygrał jeszcze wyścig dookoła Belgii i prestiżowy wyścig, będący nieoficjalnymi mistrzostwami świata, czyli Grand Prix Wolber. Startował jeszcze dwa lata. W 1946 roku miał tę wspaniałą przyjemność przejechania jeszcze jednej rundy honorowej na Parc des Princes, a to za sprawą swojego syna.

Tymczasem Pelissierowie bardzo byli wkurzeni z powodu tych nieszczęsnych ciężarówek – Chciałbym, żebyśmy zmienili stajnię- uniósł się Francis
– Właśnie chciałem ci to zaproponować- odparł Henri – Idziemy na dwa słowa do Maisonnasa.
Maisonnas zagroził jednak obu braciom karą 30000 franków za zerwanie kontraktu. Bracia przeprosili się z szarą eminencją kolarstwa francuskiego, którym był Alphonse Bauge, zwany „Marszałkiem„ i przystąpili do jednej z kontrolowanych przez niego stajni, jaką było „Automoto„. „Marszałek„ zobowiązał się do zapłaty odszkodowania za zerwane kontrakty, pod warunkiem, że obaj bracia wystartują w najbliższym Tour de France. Henri wygrał ten Tour..

W 1924 roku Henri nie startował już w wyścigu. Razem z Charlesem był pomocnikiem Francisa. Patron wyścigu Desgrange nakazał kolarzom, aż do Dourdan jechać na rowerach wyposażonych w ostre koła (czyli przez całe 520 km). Francis bardzo chciał się zrewanżować Massonowi, ale już na starcie poczuł, że nogi ma jak z ołowiu i daleko mu jest od najlepszej formy. Postanowił blefować. Zaatakował na Dourdan, ale Masson natychmiast złapał jego koło. Potem ponawiał swoje ataki na każdej górce w dolinie Chevreuse, ale za każdym razem Masson dochodził do niego.
– Odwagi Francis!- krzyczał z samochodu Henri- masz 50 metrów przewagi nad Massonem!
Ale Masson znowu dochodził a na Cote Saint Remy skontrował atak i zyskał 50 m przewagi nad Pelissierem.
– Gdyby był bardziej przebiegły- opowiadał potem Francis – zostawiłby mnie z tyły z 10 razy.

Masson mial pecha. Złapał gumę i musiał potem gonić „Dużego”
– Co jest Francis?- niepokoił się starszy brat
– Jeśli chcesz, bym go odstawił, daj mi strzelbę – odparł Francis.Tymczasem do obu kolarzy zaczął zbliżać się ten trzeci, niebezpieczny Alavoine. To podziałało na Pelissiera i Massona pobudzająco. Natychmiast zwiększyli tempo. W okolicach wzniesienia Buc Henri i Charly wsiedli na rowery, nadając tempo swojemu bratu. Piękny obrazek, który wkrótce zaowocował sukcesem. Na brukowanym odcinku drogi doświadczony Henri krzyknął
– Szybko Francis, na prawo! Na chodnik!
Zanim Masson i jego ludzie zorientowali się, trójka Pelissierów pognała bokiem drogi, po chodnikach i trawie. Belg stracił 20 metrów, potem 50 i więcej. Ale do mety było jeszcze daleko. W Wersalu dwu jadących przed Francisem nowych pomocników zderzyło się i pociągnęło go na ziemię. Masson był wtedy 200 m z tyłu. Szczęściem Francis pozbierał się bardzo szybko. Jednak przy wjeździe do Paryża wpadł na fotografa, który rozstawiał swój aparat na statywie, umieszczając go na ulicy. W rowerze ułamał się jeden pedał. Ale i tym razem szczęście nie opuściło kolarza. Opodal był specjalnie ustawiony jeden z pomocników drużyny ze swoim rowerem. Francis wyrwał mu go z rąk i pognał dalej. Masson był o 500 m z tyłu.
Padający deszcz spowodował, że brukowane ulice, a szczególnie zjazdy i zakręty stały się bardzo niebezpieczne. Jadący pełną szybkością Francis ku swojemu przerażeniu nagle zobaczył, że na skrzyżowanie przed nim wjeżdżają z przeciwnych stron dwa tramwaje. Nie było gdzie uciekać, bo po obu stronach ulicy były tłumy widzów. Nie można było hamować, bo to groziło upadkiem. Francis, prowadzony tego dnia przez anioła opatrzności przemknął pomiędzy tramwajami. Kiedy na Parc des Princes mijał linię mety, górnik Masson wjeżdżał na tor. Alavoine był trzeci.
– Emile mógł wygrać- powiedział Francis- Ale zabrakło mu przebiegłości Pelissierów .I nie miał dwóch braci do pomocy.

Tak zakończyła się era panowania Pelissierów w Bordeaux – Paris. Najmłodszy Charles miał jeszcze odegrać w nim swoją rolę.

Źródła zdjęć:
1. R.Bastide, A.Leducq La legende des Pelissier
2.J.Durry Geants de la route
3.P.Chany La fabuleuse Histoire du Cyclisme
4.T.Mathy Les geants du cyclisme belge

Rok 1921, Jean Alavoine na mecie.
Rok 1921, Jean Alavoine na mecie.
Rok 1921, Zmęczony Eugene Christophe na mecie.
Rok 1921, Zmęczony Eugene Christophe na mecie.
Rok 1922, Francis Pelissier wjeżdża na tor Parc des Princes.
Rok 1922, Francis Pelissier wjeżdża na tor Parc des Princes. Zrezygnował z zamiany na rower torowy.
Po lewej Emile Masson, po prawej Felix Sellier.
Po lewej Emile Masson, po prawej Felix Sellier.

Źródło:

Facebook