Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Rowerowy konkurs wydawnictwa Pascal
17 lipca 2008
Jeszcze o Puławach: 700 km w 24 h
18 lipca 2008

Zapraszamy do przeczytania kolejnej części opowiadań z cyklu „Wyścigi, których nie ma: Bordeaux-Paris”. To już dziesiąta część, którą tradycyjnie przygotował Piotr Ejsmont.

Na początku lat pięćdziesiątych panowanie w maratonie przejęła trójka kolarzy: Holender Wim Van Est oraz Francuzi Maurice Diot i Bernard Gauthier. W 1950 roku dotychczasowe gwiazdy wyścigu Somers i Masson byli bezradni wobec siły Holendra i Diota. Van Est wygrał wyścig z przewagą ponad 8 minut nad Francuzem. Somers stracił ponad 18 minut, a Masson ponad pól godziny. Le Strat był dopiero 7-y.Mouijca nie ukończył wyścigu. Holender urodził się w 1923 roku na wsi. Młody Wim imał się różnych zajęć. Pracował na roli, we fabrykach, ale jego głównym zajęciem podczas wojny stał się przemyt. Chyba dlatego, że mieszkał blisko granicy w Sint Willebrord, a tam wszyscy zajmowali się tym procederem. Przemycał papierosy, kawę i inne deficytowe dobra. Posługiwał się przy tym rowerem.

W 1946 roku wystartował nawet w paru wyścigach amatorskich. Wojna się skończyła, a Wim dalej zajmował się szmuglem jeszcze przez dwa lata. Ktoś go jednak zadenuncjował i w 1947 roku Wim trafił na pół roku do więzienia. Mógł, jak jego koledzy zostać przestępcą, ale po wyjściu z więzienia zajął się bardziej serio kolarstwem. Już w 1948 roku został powołany do narodowej reprezentacji kraju na mistrzostwa świata. Rok później przeszedł na zawodowstwo. Za wygraną w Bordeaux – Paris dostał nagrodę w wysokości 100 tys. franków. Nie było to na owe czasy dużo. W holenderskiej prasie komuś się pomyliły waluty i podano informację, że nagroda wynosiła 100 tys guldenów, co było prawdziwą fortuną.

W rzeczywistości było to tylko 1800 guldenów. Prawda jest taka, że Wim zaczął zarabiać dobre pieniądze i przemytnika stał się porządnym obywatelem. W 1951 roku był nawet liderem w Tour de France, ale na zjeździe z col d`Aubisque spadł w przepaść. Szczęściem wylądował na łące pełnej kaczeńców, zamiast na bardzo bliskich skałach, gdzie z pewnością zabiłby się. Wim wykorzystał ten fakt do zarobienia na reklamie. Kasował duże pieniądze od wytwórcy zegarków Pontiac, który był tak dobry, że pomimo upadku w przepaść nie rozbił się. Wim miał kilka przezwisk. Kiedy był przemytnikiem nazywano go „ kat ze Sint Willebrord”. Po upadku w Tour zyskał miano „ żelaznego Wima” Ze względu na jego masywną sylwetkę przezywano go „ kwadratowy Wim” Po jego sukcesach w Bordeaux- Paris dostał przezwisko „ lokomotywa”

Diot był o rok od niego starszy i pochodził z Paryża. Zawodowcem został w 1946 roku. Był kolarzem ambitnym i walecznym. Był tak żądny zwycięstw, że nie przebierał w środkach. Zyskał sobie nie zbyt ładne przezwisko „ parszywca”. W 1949 roku wygrał wyścig z Paryża do Brukseli. Rok później chwalił się ,że wygrał także Paris – Roubaix. Tak naprawdę był drugi za Coppim, ale jak powiedział Włoch był po za wszelką konkurencją.

W 1951 roku Van Est i Diot musieli uznać wyższość Bernarda Gauthiera. Cała trójka stoczyła pomiędzy sobą do końca bardzo zażartą walkę. Urodzony w 1924 roku Bernard zyskał sobie przezwisko „ Lwie serce” ze względu na swoją waleczność. W 1950 roku był przez pewien czas liderem Tour de France i bronił żółtej koszulki, jak lew swojej grzywy. Podejrzewano, że wspomagał się środkami dopingowymi. W 1952 roku nie startował w maratonie, który po raz drugi wygrał Van Est przed „parszywcem”

Źródło: Pro-cycling.org

Facebook