Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
28.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Kris91 o wyścigu przełajowym w Kluczborku
2 grudnia 2012
Życzenia świąteczne i noworoczne
23 grudnia 2012

Powiedzenie, że moje dwa pobyty w Chile wywołały jakąś specjalną fascynację tym rejonem Świata było by dużą ( oj, chyba jednak nie tak dużą ) przesadą, natomiast pozostały w pamięci i trudno, od czasu do czasu nie przywoływać wspomnień. Gdybym miał takie możliwości, to chętnie przejechałbym tam na rowerze 4 – 5 tys. km. Taka sobie wycieczka na ok. półtora miesiąca lub więcej.

Wcale nie nazwę jej „wyprawą”, a uzasadnienie tego wynika z dalszej części tekstu.

Od razu na początku zaznaczam, że to, co niżej nie może być traktowane jako przewodnik po Chile oraz źródło pewnych i sprawdzonych informacji. Są to tylko moje osobiste wrażenia z pobytu w rejonie Maule, przejazdów przez Santiago z lotniska, i na lotnisko oraz trzystukilometrowego odcinka autostrady od stolicy na południe. Siedząc za kierownicą samochodu patrzyłem jednak na wszystko okiem rowerzysty – takie niewinne zboczenie.

Dlaczego Chile?

O innych pozaeuropejskich krajach napisać nic nie mogę bo w nich nie byłem.

Na pewno są atrakcyjniejsze rejony Świata, na pewno są miejsca, gdzie góry są piękniejsze, morze bardziej niebieskie, … itd. Wszelkie takie rankingi to wielka lipa bo w jakiej kolejności uszeregować : Luwr, Monument Valley, Dolinę Prądnika, Mur Chiński, czy malownicze zakola rzeczki Mrogi w lesie ( koło Głowna na wschód od Łodzi ).

Wyjazdy w miejsca, których się nie zna pozwalają zobaczyć coś nowego, a jednocześnie pokazują ile jeszcze jest do zobaczenia. Dość smutna jest świadomość, że w przeważającej większości tych miejsc nie będzie się nigdy. Wydaje mi się, że nawet zawodowi podróżnicy mają te same odczucia i to w jeszcze większym stopniu.

Po pierwszym pobycie w Chile myślałem: „byłem w Ameryce Południowej, zobaczyłem Pacyfik i Andy – super”. Podczas drugiego wyjazdu widziałem trzy różne rejony wybrzeża, jeździłem kilkoma drogami przez Cordillera de la Costa, do tego wyjazdy w Andy. Teraz myślę ile jeszcze warto tam zobaczyć.

A Chile, dlatego, że są tam dobre drogi z ładnymi widokami. Tereny niezamieszkane są duże ale można je przejechać na rowerze w przyzwoitym czasie bez konieczności zabierania wielkich zapasów wody i prowiantu. Szczerze mogę powiedzieć, że czułem się tam tak jak bym wyjechał tuż za naszą granicę, do Czech lub Słowacji. Oczywiście inna przyroda, inaczej wyglądają miasta, inni ludzie i język, jest zupełnie inaczej ale fajnie.

Czy mógłbym tam przebywać przez kilka miesięcy? – Tak. Czy chciałbym tam zostać na stałe? – Chyba, na pewno nie. Jednak to inny świat, do którego nie jestem przyzwyczajony.

Przelot

Dla większości z nas, a przynajmniej dla mnie, latanie samolotem i do tego na trasach transoceanicznych nie jest codziennością, lecz wyjątkową atrakcją. Dwa wyjazdy, to 4 przeloty z przesiadkami w Paryżu. W sumie ponad 64 godziny spędzone w powietrzu.

Podczas ostatniego powrotu miałem szczęście siedzieć przy oknie i po starcie z Santiago mogłem obserwować Andy, pustkowia Argentyny, a już w nocy światła miasteczek brazylijskich. Po wschodzie słońca, nad Atlantykiem, cały czas chmury, a ląd zobaczyłem dopiero we Francji.

Coś o Chile

Nie będę tu przytaczał encyklopedycznych wiadomości o Chile, tylko dla pewnej orientacji:

– kraj długości ok. 4300 km; na kontynencie europejskim było by to od północnych krańców Norwegii przez Polskę, … i Włochy aż po kawałek Tunezji w Afryce.

– cztery strefy klimatyczne; więc ani o klimacie ani pogodzie nie da się powiedzieć jednym zdaniem.
http://freemeteo.com/defa…a=4&gid=3870294

– powierzchnia Chile prawie 2,5 x większa niż Polski, przy 18 mln ludności ( z tego 6 mln. w Santiago ) gęstość zaludnienia mniejsza. Dlatego odległości między miejscowościami są przeważnie większe niż w Polsce i niebo w nocy bardziej czarne. Znacznie mniejsze zanieczyszczenie świetlne niż u nas i dzięki temu można podziwiać gwiaździste niebo półkuli południowej.

– od czasu do czasu ziemia zadrży. Trzeba zawsze mieć nadzieję, że na delikatnych wstrząsach się skończy i skutki nie będą tragiczne. Tak jest najczęściej ale, niestety, nie zawsze.

Tu można prześledzić, co się wyprawia ze skorupą ziemską:
http://earthquaketrack.com/cl-11-talca/recent

Ostatnie, potężne trzęsienie ziemi w Chile ( epicentrum w rejonie Maule ) miało miejsce w lutym 2010 r. Spowodowało duże zniszczenia i kilkuset zabitych. Na pewno wpłynęło też na spadek przyjazdów turystycznych.

– historia Chile w 6 zdaniach:
Tereny zamieszkiwała ludność indiańska, a na początku XVI w północną część zajęli Inkowie. W 1520 do wybrzeży dotarł Magellan. Od XVI w tereny stopniowo podbijali Hiszpanie, później to, co powstało nie chce zależności od Hiszpanii i od 1818 jest już niepodległa Republika Chile. Po wojnie z Peru kraj powiększa się o pustynię Atakama i dzisiejsze północne rejony. Wynikiem tych historycznych perturbacji jest obecne Chile, w którym połowa ludności ma jakiś procent krwi indiańskiej.

Moje pobyty w Chile

W Chile, podczas dwóch tegorocznych pobytów, spędziłem w sumie prawie osiem tygodni i jako kierowca przejechałem samochodem ok. 5300 km. Starałem się jeździć zgodnie z przepisami i unikać bezpośredniego kontaktu z carabineros, bo na pierwszym wyjeździe nikt z nas nie miał międzynarodowego prawa jazdy, a właśnie mi przypadła zaszczytna rola kierowcy wynajętego samochodu.

Przed samym wyjazdem w marcu dowiedziałem się, że Chile jest jednym z krajów, w którym wg przepisów wymagane jest „międzynarodowe prawo jazdy”.

Miałem tylko nasze, z unijnymi gwiazdkami, ważne w całej Europie i nie tylko. Na wyrobienie międzynarodowego nie było już czasu. W wypożyczalni samochodów w Santiago powiedziano mam, że z europejskim można spokojnie jeździć. Dla nich byliśmy dobrymi klientami biorącymi samochód na 3 tygodnie więc w takiej odpowiedzi mieli swój interes.

Nie wiem, czy to samo powiedzieli by carabineros podczas kontroli. Na szczęście nie sprawdzali nas, i dobrze ale dlatego nie mogę nikomu zagwarantować, że z europejskim można tam kierować samochodem bez ewentualnych konsekwencji.

Na chilijskich drogach patrole spotyka się z podobną częstotliwością jak u nas tylko, że samochody z napisem „carabineros” mają kolor zielony i na dachu czerwoną lampę sygnalizacyjną. Natomiast sami Carabineros de Chile ubrani są w mundury koloru oliwkowego, a niezgodnie z nazwą i emblematem, uzbrojeni w rewolwery.

Prawie zawsze taki patrol stoi rano przy szkole gdy dzieci wysiadają z autobusów – „escolares”. Znaki ograniczenia do 30 km/h plus widok mundurowego skutecznie działają na kierowców. Ruch na autostradzie też przebiega spokojnie – max prędkość to 120 km/h i gdy jechałem ponad 110, a tylko czasem dochodząc do 130, to wyprzedzani byliśmy bardzo rzadko.

Ciekawostką jest, że tam wszelkie pojazdy uprzywilejowane sporadycznie używają sygnałów dźwiękowych i jadą tylko z włączonym „kogutem”. U nas wszystko, co może, to pędzi, nawet pustymi ulicami, wyjąc na całą okolicę, tam syrena jest uruchamiana tylko na chwilę wtedy, gdy to naprawdę konieczne.

Kilka ilustracji do tematu:
https://picasaweb.google.com/117933291850857177604/ChilijskieReminiscencje

Drogi

Ponad 5 tys. kilometrów tam przejechanych pozwoliło mi poznać ok. 1500 km dróg, od autostrady po prawie bezdroża w Andach.

Wszystkie ważniejsze drogi i część lokalnych mają nawierzchnię asfaltową lub czasem betonową o niezłej jakości, bez kolein i dziur. Dużo jest dróg w budowie lub już przebudowanych i wtedy pozytywne zaskoczenie – na mapie droga szutrowa, a w terenie kilkadziesiąt kilometrów pięknego asfaltu. Tak mieliśmy na trasie San Rafael – Licanten jadąc nad Pacyfik.

W takiej sytuacji rower szosowy jest tam jak najbardziej na miejscu.

Trudno jest zginąć w Chile bo na wschodzie Andy, których szczyty widać z odległości kilkudziesięciu kilometrów, na zachodzie Pacyfik, a środkiem przebiega autostrada Ruta 5. Poza tym oznakowanie bardzo dobre, wszędzie jest numeracja dróg i czytelne drogowskazy. Jadąc po raz pierwszy z Santiago, bez konieczności korzystania z mapy trafiliśmy po 300 km jazdy do małego Pueblo de Panimavida (klik).

Znaki drogowe, nie wszystkie są takie jak u nas ale, że są to piktogramy więc nie było problemu z odczytaniem ich znaczenia.

Samochody

Na prowincji wśród samochodów osobowych ponad ¾ to terenowe, pick-up i suv , a nawet na wielkim parkingu lotniska i ulicach Santiago „zwykłych” było mniej niż połowa. Dużo produkcji azjatyckiej i amerykańskiej ale bywają też marki europejskie.

My korzystaliśmy z samochodu Nissan X-Trail Clasic. Całkiem wygodny.

Kolarstwo

Sieć dobrych dróg pozwala na uprawianie kolarstwa szosowego. W czasie naszej zimy rozgrywany jest wyścig Vuelta a Chile (klik). Wygrywali w nim m. in. Rosjanie: Siergiej Suchoruczenkow i Paweł Tonkow, a także Francuz Christophe Moreau.

Prawdopodobnie są też jakieś rowerowe imprezy dla amatorów ale nic nie wiem na ten temat.

Drugi nasz pobyt przypadał na tamtejszą zimę więc rowerowego szału na drogach nie było. Zdarzało nam się spotykać kolarzy szosowych, w strojach kolarskich, a częściej rowerzystów „innych” też ubranych kolarsko i kolorowo. Korzystający z roweru w dojazdach do pracy itp. przeważnie są w kamizelkach odblaskowych.

Zupełnie teoretyczne rozważania na temat: „Rowerem po Chile”

Spokojnie, czyli nie maraton w stylu RAAM z obstawą samochodu serwisowego ale też nie półroczna tułaczka z przyczepką rowerową i postojami co 20 km. Nie mam obaw przed samotną jazdą i ta przymiarka jest do jazdy w pojedynkę.

W moim wykonaniu mogła by to być taka eskapada na 5 tys. km w 5 – 6 tygodni czyli ok. 30 dni kolarskich i kilka dni na lenistwo, pieszą turystykę górską oraz rezerwę czasową. Oczywiście rower szosowy z bardzo umiarkowaną ilością bagażu: dokumenty, ubrania i zapas żywności na najbliższe kilka godzin.

Części zapasowe: podstawowe klucze, 2 dętki, klej + łatki, pompka, kawałek drutu i taśma klejąca. Wszystko!!! No, nie wszystko, jeszcze jakaś karta płatnicza i trochę gotówki oraz telefon.

Podstawowy problem to czas i pieniądze. Trzeba dostać się za ocean, mieć tam rower i kilka tygodni wolnego czasu. Niby te same problemy co wyjazdem na maraton PP, tylko razy 100.

Szacuję, że wybierając możliwie tani przelot i żyjąc tam normalnie, ale dosyć oszczędnie, koszt takiej imprezy to ok. 10.000 zł. Oczywiście posiadacze większej gotówki mogą to powiększyć pięciokrotnie lecąc klasą biznes i nocując w lepszych hotelach, a wytrawni globtroterzy prawdopodobnie zredukują o połowę.

Może nawet lepiej rower tam kupić i na koniec zabawy sprzedać, niż przewozić samolotem.

Trasa

Na rower szosowy nadają się tereny gdzie jest ciągłość twardych nawierzchni. Tak jest od granicy z Peru, przy mieście Arica w Norte Grande. Kierunek z północy na południe znacznie ograniczy czas jazdy pod słońce. Więc dalej przez Norte Chico, Centro ( tu jest Santiago ), Centro Sur ( tu jest region Maule ) i Sur do miasta Puerto Montt. Dalsze setki kilometrów na południe można już nazwać wyprawą przez Patagonię.

Chile jest na tyle wąskim krajem, że gdy znudzi się widok oceanu, można w ciągu jednego dnia jazdy na rowerze znaleźć się u podnóża Andów. Wybierając trasę dalej w góry warto wcześniej przeanalizować ją na mapie bo w większości przypadków trzeba wracać tą samą drogą.

Termin

To trzeba dopasować do własnych upodobań temperaturowych. Słońca tam zawsze będzie znacznie więcej niż u nas i oczywiście dużo większe promieniowanie UV.

Raczej trzeba odrzucić terminy między czerwcem, a sierpniem bo to i dzień krótki i pogoda w środkowym Chile polsko-listopadowa.

Noclegi

Ja nie zabierałbym namiotu, tylko jakiś lekki śpiworek na niektóre noclegi. Nocowanie zupełnie „na dziko” w wielu miejscach odpada bo dużo obszarów leśnych i rolniczych jest ogrodzonych, a nie wiem jak tam traktuje się samowolne wejście na teren prywatny.

Jakiś hotelik, hostel lub cabańa przeważnie znajdzie się gdzieś na trasie i np. co drugą noc można spać pod dachem. W pozostałych przypadkach coś się wymyśli bo pewno i tam turysta rowerowy, jako taka ciekawostka przyrodnicza, jest postrzegany lepiej niż inni.

Te tygodnie spędzone daleko od Europy jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu, że do wyjazdów i to nawet dalekich nie potrzeba pośrednictwa biur podróży. Wszystkie sprawy związane z pobytem można załatwić na miejscu. Znajomość języka angielskiego jest bardzo przydatna w lotniczej części podróży. W samym Chile niewiele daje bo tam angielski kończy się zwykle na zwrocie: „only latina”, ale gdy obie strony chcą się porozumieć to zawsze się to uda.

Dobrze czasem pomarzyć, a nawet czasem coś planować, gdy nie ma wielkich szans na realizację planów. A może nam się tylko wydaje, że nie ma takich możliwości.

Popatrzyłem na kalendarz – 6 grudnia Mikołaja: może taki prezent znajdzie się w nocy pod poduszką, a może chociaż przyśni się taka rowerowa wycieczka.

Krzysztof