Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Pętla Drawska już w sobotę
31 sierpnia 2011
Choszczno: 20-ty maraton mamaca
6 września 2011

Niezmiernie lubię piątkowe popołudnia, kiedy po pracy ładuję do samochodu rower, bagaż i wraz z Krzysiem, a czasem również Darkiem, jadę na maraton szosowy. Zawsze wtedy towarzyszy mi radosna ekscytacja związana z nadchodzącym spotkaniem ze znajomymi i długodystansową jazdą na rowerze. Do Choszczna przyjechaliśmy przed 21:00. Pobraliśmy pakiety startowe i rozgościliśmy się w dużej, prawie pustej sali gimnastycznej.

Do naszej dyspozycji były wygodne materace. Tomek Marchel i jeszcze jeden kolega, którego imienia niestety nie pamiętam, pomogli mi z ich wyciąganiem i przenoszeniem. Wybraliśmy na nocleg miejsce koło Krzysia Łańcuckiego, z którym mile spędziliśmy czas na pogaduszkach. W pakiecie startowym poza numerem był też pamiątkowy kubek. To miłe gdy marzenia się spełniają – zawsze chciałam taką pamiątkę mieć.

W sobotę rano budzik wyrwał mnie z głębokiego snu. Oj nie chciało się wstawać! Po śniadaniu wysłuchaliśmy odprawy, a potem oglądaliśmy start pierwszych grup. Zdążyłam przywitać się z Beatą, Moniką i Jankiem Ambroziakiem. W naszej grupie startowej był Edward Dąbrowski, mocny i niezwykle sympatyczny zawodnik. Mieć go w grupie, to jak wygrać los na loterii. I jedyne o co trzeba się starać – to by nie spaść mu z koła. W naszej grupie było też kilku chłopaków z teamu Szerszenie Trzebnica. Zaczęliśmy zatem szybko. Po kilkuset metrach wjechaliśmy na szosę ze zdartą nawierzchnią. Dało się po tym jechać mimo, że rower wpadał w solidne wibracje.

W pełnym składzie jechaliśmy aż do 25 km trasy. Wtedy doszła nas jakaś grupa i Szerszenie pokazały żądło lecąc za tą grupą. Zostaliśmy w okrojonym składzie: Edward (nr 146), Marek Janiszewski (nr 138), Ryszard Borzęcki (nr 223), Krzysztof (nr 237) oraz ja (nr 235), był też z nami chłopak w czerwonej koszulce oraz zawodnik z Drużyny Szpiku (ten ostatni nie jechał z nami długo). Edwarda znaliśmy i wiedzieliśmy, że możemy spodziewać się po nim wszystkiego najlepszego – tj. mocnej, równej jazdy i uczciwie dawanych zmian. Marek, zawodnik ubrany na niebiesko, jechał na trzeszczącym rowerze i wykazywał się dając ładne zmiany oraz rozweselając mnie żartami z cyklu „czy uciekniemy Edwardowi, czy też nie”. Ryszard był postacią skrajną. Jego zmiany zawsze mobilizowały do maksymalnego wysiłku. Jadąc na przedzie nie oszczędzał ani siebie, ani nas. Potem się chował zupełnie z tyłu, na samym końcu grupy. Jego bezkompromisowość przejawiała się również w odpowiednim, tj. czarno-białym stroju. To również on był pomysłodawcą pełnej mobilizacji na końcowych 20 km, by utrzymać średnią prędkość 30 km/h.

Krzysztof miał „dzień żaby”. Nie tylko tradycyjnie dawał długie zmiany ale też raz po raz, niczym żaba, skakał do przodu. Na każdym lub prawie każdym wzniesieniu meldował się jako pierwszy, a gdy wyprzedził nas skuter jadący z prędkością około 50km/h, wykonał skuteczny skok doganiając go. Bardzo długo jechał i współpracował z nami zawodnik w czerwonej koszulce. Niestety nie pamiętam numeru startowego. Zniknął gdzieś przed lub za Łobzem. Nie wiem jednak czy to on uciekł nam, czy to my urwaliśmy jego. Dla pełnej charakterystyki grupy dodam, że ja tradycyjnie się chowałam z boku lub z tyłu. Kilka razy zdarzyło mi się jechać z przodu, kiedy dociągałam grupę do skaczącego Krzysia. Wzięłam też udział w dwuosobowej ucieczce (z Krzysiem), która jednak została skasowana. Podczas maratonu cieszyłam się nowym nabytkiem – licznikiem z pomiarem kadencji i pulsu. Pierwszy raz miałam go na rowerze. O ile o właściwym pulsie nie miałam (i nadal nie mam) wiedzy, to bardzo szybko połapałam się o co biega z kadencją i od razu zaczęłam czerpać z tej wiedzy korzyści. Efekt był taki, że jechałam szybciej, mniej się męczyłam, a następnego dnia (chyba po raz pierwszy w całej mojej maratonowej karierze) nie bolały mnie kolana.

Po 27 km jazdy dogoniliśmy p. Janka Ambroziaka. Pozdrowiliśmy go zgodnym chórem, a on pozdrowił nas. Pan Jan zapisał się na mały dystans, intuicja podpowiadała mi jednak, że w tak ładny dzień nie poprzestanie on na 107 km, tylko pojedzie na dużą pętlę. Nie myliłam się. Około 60 km trasy dogoniliśmy Emilię Gajdzis i jadącego z nią Jana Wesołowskiego. Z Janem działo się coś niedobrego. Zamiast siąść nam na kole, nie podjął nawet próby skoku za nami.

Trudno mi stwierdzić, czy to było przed, czy po dogonieniu Jana i Emilii, w każdym razie to było gdzieś w tych okolicach, mijaliśmy wypadek. Na drodze stał wóz policyjny, a obok leżał roztrzaskany rower szosowy z leżącym osobno kołem i widelcem. Widok był przerażający. Nie zatrzymywaliśmy się jednak, bo poszkodowanego nie było już na miejscu zdarzenia. Wkrótce zobaczyliśmy samotnie jadącego zawodnika. Biało niebieska koszulka, wzorek na plecach przedstawiał fale jeziora – oto dogoniliśmy Roberta z Iławy. Krzyknęłam do niego, by siadał na koło. Tradycyjnie trochę marudził, że nie da rady, po czym uwiesił się na kole. Trochę odpoczął, i jak pozostali chłopcy zaczął dawać zmiany. Jechaliśmy tak razem ze 30 km. Potem ktoś, chyba Ryszard, wykonał mocne szarpnięcie. Odpadłam, Robert też. Krzysztof poczekał, a ja poprosiłam, by dociągnął do grupy. Takie scalanie grupy nie jest przyjemne. Zanim się dojdzie do tych co z przodu trzeba cisnąć na maksa i nie odpuszczać. Nie odpuściliśmy i doszliśmy do Edwarda. Niestety tego szarpnięcia nie wytrzymał Robert i po 30 km pięknej wspólnej jazdy, został.

Przed zakończeniem pierwszej pętli i wjazdem do Choszczna złapaliśmy naszego Darka, który jechał z jakimś chłopakiem. Pokrzyczeliśmy trochę by go zdopingować i bez zwalniania pomknęliśmy dalej. Kilka kilometrów dalej na horyzoncie zobaczyliśmy większą grupę. Sukcesywnie zmniejszaliśmy do niej dystans. Gdyśmy dogonili (setny kilometr trasy), okazało się, że w grupce jest Beata. Cały czas trzymaliśmy równe tempo. Beata nie wyskoczyła za nami, ani też jej grupa nie szarpnęła. Widać było wyraźnie, że jadą swoje.

Dokulaliśmy się do drugiego bufetu. Uzupełnialiśmy szybciutko płyny i tak jak na pierwszym bufecie zjadłam zestaw banan + drożdżówka. Kiedy kończyliśmy bufetowanie, dojechała Beata z grupą. Wszystko działo się szybko i nie było nawet czasu by pogadać. Ruszyliśmy dla odmiany spokojnie. Edward zadecydował, że czekamy, aż będziemy w komplecie. Chwilę to zajęło, bo Marek zdejmował rękawki i nogawki. Mimo, że było całkiem ciepło, nie rozbierałam się (miałam kurtkę z gamexu, a pod kaskiem cienką chustkę). Kiedy Marek dojechał, wróciliśmy do swojego tempa. Tempo to wyglądało mniej więcej tak: pod górę 22-30 km/h, na płaskim 28-36 km/h, z góry >40 km/h. Razem z nami z drugiego bufetu ruszył jadący na rowerze MTB zawodnik nr 81. Nie widziałam jego twarzy i aż do bufetu w Łobzie (ładny kawał drogi!!) nie miałam pojęcia, że jest to nie kto inny, jak Sylwester Rutkowski.

Nie ujechaliśmy daleko, gdyśmy zobaczyli, że z naprzeciwka w zupełnie spokojnym tempie jedzie sobie Jan Lipczyński. Ktoś krzyknął mu, że to nie w tą stronę. On uśmiechał się jadąc na stojąco. Nic nie musiał mówić, wystarczyło popatrzeć – jechał bez siodła. Później dowiedzieliśmy się, że połamał sztycę. Można tu podziwiać jego pogodę ducha. Oto zawodnik rywalizujący ramię w ramię ze Zdzisławem Kalinowskim, czy Bogusławem Kramarczykiem, w obliczu awarii sprzętu uniemożliwiającej dalszą jazdę i walkę o puchar, potrafił z uśmiechem zejść z trasy. Wielka sprawa.

Pamiętaliśmy cały czas, by za bufetem nie skręcać w prawo, tylko jechać prosto. Na drugim bufecie przypomniano nam o tym ze dwa razy. Zresztą i bez tych przypomnień, byśmy pojechali dobrze, bo Krzysztof zawsze dokładnie zapoznaje się z trasą. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to na tamtym rozjeździe rozstrzygną się losy wyścigu.

Dojechaliśmy do Drawna, a potem do Kalisza Pomorskiego. Jeśli idzie o Kalisz, to planowałam zwrócić uwagę na to miasto. Niedawno wraz z klubem byliśmy w tej okolicy. W drodze do Drawna przejechaliśmy wtedy kilkadziesiąt km czerwonym szlakiem pieszym. Zabrakło trochę czasu, by odwiedzić Kalisz. Wtedy to wiedząc, że maraton idzie właśnie tędy, postanowiłam, że popatrzę sobie na Kalisz. Niestety nie wszystko się udaje. Nie rozglądałam się specjalnie i kiedy zwiększyłam czujność, zobaczyłam tablicę z przekreśloną nazwą miasta, które to właśnie opuszczaliśmy.

Za Kaliszem trasa się zmieniła. Pojawiły się górki. Zjazd, podjazd i tak w kółko. To była dynamiczna jazda, bo podjazdy nie były długie, a na zjazdach z kolei szło nabrać prędkości. Jak to zwykle bywa, kiedy są górki, są też ładne widoki. Odcinek z górkami był bardzo malowniczy. W tych pięknych okolicznościach przyrody mijaliśmy drugą kraksę na trasie. Na poboczu stała karetka pogotowia, a obok było kilku maratończyków. Nie widziałam kto tam był. Miałam nadzieję, że nie stało się nic poważnego.

Między Kaliszem a Drawskiem Krzysztofa i mnie roznosiła energia. Nie wiedząc jak ją spożytkować bawiliśmy się w premie górskie. Krzysztof skakał do przodu, a ja skakałam za nim. Szarpaliśmy tempo i raz po raz urywaliśmy na naście metrów grupę. Jako świeżo upieczona gadżeciara patrzyłam na licznik, sprawdzając jaki ma to wpływ na tętno i z jaką kadencją podjazdy idą najlepiej. Było fajnie, ale zaraz za Drawskiem zorientowaliśmy się, że ekipa została z tyłu. Nasza prędkość na płaskim wahała się między 34-38km/h. Postanowiliśmy, że jeśli grupka nas wcześniej nie dogoni, to poczekamy na bufecie w Łobzie.

Jechaliśmy tak sobie, i ni z tego, ni z owego usłyszeliśmy znajome trzeszczenie. Nie trzeba było się odwracać, od razu poznaliśmy, że to Marek jedzie za nami. Jakiś czas później zorientowaliśmy się, że za Markiem po cichu jedzie cała nasza grupka. Początkowo nikt się nie kwapił do zmieniania Krzyśka, ale wystarczył uśmiech i słowo zachęty, i już niestrudzony Marek był z przodu.

W Łobzie, tak jak na pozostałych bufetach, zjadłam banana i drożdżówkę. Tej drożdżówki nie chciałam jeść, Krzyś mnie jednak namówił. Zjadłam, i to był błąd, bo mnie strasznie zemdliło. Od tego momentu aż do mety mój żołądek walczył z drożdżówką, a ja z żołądkiem. Czułam się tak źle, że nie miałam pojęcia, czy dojadę do mety. Zastanawiałam się nawet, czy w razie czego dam radę zwracać podczas jazdy, czy jednak w tym celu będę musiała się zatrzymać.

Trasa była malownicza. Przejeżdżaliśmy obok kopalni piasku i żwiru, w jednym miejscu trzeba było bardzo uważać na piach na szosie. Zwolniłam i potem goniłam grupę (Krzysztof holował mnie „do Edwarda”). Nie dać uciec Edwardowi i wjechać z nim na metę to był mój główny cel podczas tego maratonu.

Jechaliśmy też przez poligon. Szosa była tam dobrej jakości, trzeba tylko było uważać na pełzające po niej zaskrońce. Był fragment z głębokimi wyrwami, ale kratery były obmalowane dookoła żółtą farbą. Z żółtych kółek odchodziły domalowane żółte promienie. Tak słonecznych dziur to ja jeszcze nie widziałam.

Po drodze był jeden szybki zjazd. Grupa tam poleciała z pełną prędkością. Ja niestety (ze względu na żołądek) na hamulcach i potem znowu musiałam gonić.

Końcówka była straszna. Ryszard wpadł na pomysł, byśmy gnali co sił w nogach, by utrzymać średnią powyżej 30 km/h. Nie wszyscy mieli na to ochotę, ale wszyscy honorowo podjęli próbę. Mój zmasakrowany żołądek wołał o litość. Sylwester przykazał, bym nie puszczała koła. Krzysztof pilnował mnie cały czas, a mi w głowie dźwięczały słowa Bolesława Zajiczka: „najlepiej nie poddawać się wcale, tylko walczyć do końca”.

No i się udało. Siłą woli odcięłam się od problemów gastrycznych i kręciłam jak automat. Dogoniliśmy grupę, która nieco nam odskoczyła. Wszyscy razem wpadliśmy do Choszczna. Edward uczynił szaleńczy sprint i jako pierwszy wleciał na metę. Bardzo chciałam to zobaczyć i zobaczyłam. Wjechałam na kreskę ramię w ramię z Markiem, przy samym końcu z uśmiechem przestając kręcić i puszczając kolegę o setne sekundy jako pierwszego. Za mną wjechał roześmiany Krzysztof, Sylwester i Ryszard. Średnią 30 km/h udało nam się utrzymać, wyniosła dokładnie 30,03 km/h.

Na mecie:
1. Ze zdumieniem stwierdziłam, że tym razem nie czuję żadnego zmęczenia. Tego dnia były świetne warunki pogodowe i można by było popełnić nawet 500 km, gdyby była taka możliwość. Swoimi przemyśleniami podzieliłam się z Krzysiem i Edwardem.
2. Dowiedziałam się, że chłopak z pierwszej kraksy niestety w stanie śpiączki farmakologicznej jest w szpitalu na OIOMie. Ponoć wjechał komuś w zacisk koła, czy tylną przerzutkę, urwał widelec i upadł bardzo paskudnie.
3. Dowiedziałam się, że w drugiej kraksie jednym z poszkodowanych był Krzysztof Łańcucki. Rozmawialiśmy potem, faktycznie był poszlifowany, miał też jednego nieciekawego krwiaka pod kolanem.
4. Potłukł się też p. Grzegorz z Gryfic – szlif na ramieniu.
5. Roman Krupa powiedział mi, że przyjechałam na metę jako pierwsza dziewczyna z dystansu giga. Z jednej strony się ucieszyłam, z drugiej zmartwiłam. Monika jest przecież silniejsza ode mnie. Skoro przyjechałam przed nią – coś musiało się stać. Na szczęście okazało się, że nie brała udziału w żadnej kraksie. Cała i zdrowa dojechała do mety. Kto zobaczy w wynikach dziwnie niską średnią uzyskaną przez Monikę, musi sobie zdawać sprawę z tego, że przyczyną jest tylko i wyłącznie to, że pomyliła ona trasę nadrabiając kilkadziesiąt (!) km. Gdyby nie ta pomyłka – byłaby bezdyskusyjnie pierwsza.
6. Na hymny pochwalne zasługuje posiłek regeneracyjny. Takich cudów po maratonie nie było nigdzie indziej. Każdy dostał dwudaniowy obiad, na który składała się zupa pomidorowa z ryżem, ziemniaki, surówka i kotlet. Coś wspaniałego!
7. Rozmawiałam chwilę z Moniką po jej wjeździe na metę. Z jednej strony było mi jej szkoda, bo to ona jest mocniejsza i gdyby nie błąd – byłaby pierwsza. Z drugiej strony, podziwiałam jej siłę psychiczną. Mimo pomyłki na trasie i tego, że jechała dalej sama nie zraziła się i kontynuowała jazdę. Przyznaję też, że ja kompletnie zakręcona na punkcie ilości przejechanych na rowerze kilometrów, …. zazdrościłam jej przejechanego dystansu (305km!). Przemogłam w sobie jednak to brzydkie uczucie i pogratulowałam jej tego wyczynu. Tym bardziej, że pokonała taki dystans po raz pierwszy. W wielkim stylu.
Po prysznicu poszliśmy z Krzysiem na grilla nad jezioro. Posiedzieliśmy na pomostku patrząc na zachodzące słońce, a potem siedliśmy z Grażyną i Sylwestrem oraz Robertem z Iławy. Robert był zmartwiony i niespokojny, bo na mecie cały czas nie było jego kolegi – Mariana. Po tych wszystkich kraksach na trasie bał się do niego zadzwonić. Za naszą namową wykonał jednak połączenie. Okazało się, że Marian, podobnie jak Monika, nadłożył kawał drogi.

Z licznika:
Czas netto ……………………………08:44:16
Czas brutto ………………………….08:55:30
Dystans ………………………………….269,42 km
Prędkość średnia netto ……………….30,80 km/h
Prędkość średnia brutto ……………..30,03 km/h
Prędkość maksymalna ……………….52,50 km/h
Temperatura minimalna …………………..16 stopni Celsjusza
Temperatura maksymalna ………………26 stopni Celsjusza
Przewyższenie …………………………..1211 m
Nachylenie średnie ………………………….1%
Nachylenie maksymalne ………………….7%

Niedziela

Po śniadaniu, na które zjedliśmy cudowny obiad pozostały w wielkich garnkach od dnia poprzedniego, spakowaliśmy się i czekaliśmy na uroczyste zakończenie maratonu. Odebrałam puchar za pierwsze miejsce w swojej kategorii oraz za pierwsze miejsce Open wśród kobiet na dystansie Giga. Krzysztof wylosował nagrodę. Wszystko poszło bardzo sprawnie – całość trwała zaledwie pół godziny. Niestety tym razem trofea sportowe przewidziane były tylko dla zwycięzców w kategoriach oraz dla 3 pierwszych osób wśród kobiet i mężczyzn na dystansach 107 i 268 km Open. Po rozdaniu pucharów i rozlosowaniu nagród, pogadałam jeszcze z Olą Kalinowską, po czym zebraliśmy się w drogę do domu.

Marzena Szymańska

Zdjęcia z galerii Marzeny i Krzysztofa.

Facebook