Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Mity odżywiania w sporcie
19 września 2008
Wyniki PP po maratonie w Świnoujściu
20 września 2008

Tubylcy i biali koloniści wytrzeszczali oczy na widok samotnego rowerzysty, wjeżdżającego do ich oazy wprost z pustyni. Albo do wioski wśród buszu, czy placówki misjonarzy odciętej od świata. Przed II wojną światową poznaniak Kazimierz Nowak okrążył Afrykę na rowerze.

Ryszard Kapuściński mówił, że nazwisko Nowaka powinno się wymieniać wśród najsławniejszych po-dróżników świata, takich jak Livingstone i Stanley. To szokujące, że wiedza o nim zaginęła. Odkrył ją dopiero Łukasz Wierzbicki, który zebrał reportaże Nowaka w książce „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”. – Mój dziadek przed wojną śledził relacje z podróży Nowaka w gazetach. A kiedy podróżnik wrócił z Afryki, dziadek biegał na jego odczyty. Zwolnił się nawet z pracy, żeby pójść na jego pogrzeb – mówi.

W czasie studiów zaintrygowany Łukasz znalazł w poznańskich bibliotekach około stu reportaży Nowaka. – Z początku nie zdawałem sobie sprawy, jak ważną historię odkryłem – wspomina.

Rowerem przez Saharę
Nowak pochodził z Podola, ale mieszkał w Poznaniu z żoną Marią i dziećmi: Elą i Romualdem. Był urzędnikiem w towarzystwie ubezpieczeniowym. Do czasu, kiedy na świat spadł kryzys. Kazik został bez pieniędzy. Wymyślił więc, że utrzyma rodzinę z pisania dla polskich i niemieckich gazet o… podróżach przez świat. – To nie był jakiś turysta, który uzbierał pieniądze i pojechał na wczasy. On wyjechał z biedy – mówi Krzysztof Noworyta z Narodowego Centrum Kultury. Centrum organizuje dziś wystawę zdjęć Nowaka. Można je oglądać do 30 kwietnia przy bramie Uniwersytetu Warszawskiego na Krakowskim Przedmieściu. – Przywracamy pamięć o tym niezwykłym podróżniku. Nasza wystawa prezentowana jest po polsku i angielsku. Liczymy na zainteresowanie młodych podróżników – mówi z pasją Noworyta.

W świat Kazik wyruszył w 1925 r. A w 1931 r. zaczął Wielką Podróż po Afryce. Wsiadł na swój siedmioletni rower, wziął zapas łatek na dętki i 60 kg bagażu. A potem ruszył na rowerze wprost przez… Saharę. Miał wtedy 34 lata. „Pustynia zaczyna swą wieczorną modlitwę. Jej hymn płynie poprzez wydmy i niebotyczne góry, poprzez przeraźliwe płaskie serir, nieskończenie zda się długie uadi i w cały świat płynie, każdy kamień, najdrobniejsze ziarnko piasku modli się. Wystarczy przyłożyć ucho do martwego zda się głazu, do garści złotego pyłu przybliżyć ucho i słychać najwyraźniej szept cichy, pokorny…” – pisał. – „Tuareg, syn Sahary, człowiek niewykształcony, którego świat cywilizowany nie uważa nawet za człowieka, w noce saharyjskie mówił do mnie: »Słyszysz, pustynia się modli«.

A potem, umywszy piaskiem, który tu wodę zastępuje, ręce i Koranem przepisane części ciała, padał na kolana i korne słowa pieśni do Allacha płynęły z piersi biedaka-koczownika. I zda się wtedy, że słychać rozkołysane serca dzwonów, których echo idzie poprzez świat cały, tam z kościółka, w którym modliłem się tak często. I w ciszę pustyni pobiegły słowa nauczonej przez matkę modlitwy. Jest niedziela i tu, wśród obcej pustynnej krainy, po polsku na głos modli się włóczęga. Modliłem się i ja, i piasek, i głazy” – wyznał.

W Wielką Sobotę 1932 roku Kazik wzbudził szok tubylców, wjeżdżając do oazy Maradah. Nie umieli zrozumieć, skąd w szczerej pustyni znalazł się samotny cyklista z Polski. Włoscy urzędnicy kazali mu jednak zmienić trasę ze względu na niepokoje w Cyrenajce. Kazik skręcił więc w stronę Egiptu. „Może list następny ciekawszy będzie, może nawet uda mi się zrobić zdjęcie, jak mnie lew zjada na śniadanie lub coś w tym rodzaju” – pisał z pogranicza Egiptu i Sudanu. Przez większość podróży nie miał ze sobą strzelby. „Wjeżdżam w kraj, gdzie na każdym kroku czyha śmierć. A jednak, choć liczę się z trudem dni najbliższych, jakaś przepotężna siła gna mnie naprzód, oprzeć się jej nie mam mocy” – dodał. Kartki wysyłane żonie tytułował: „Kochanej Marysieńce”.

Oszczep kontra krokodyl
Miasteczko Malakalu w Sudanie opisał tak: oprócz kilku rządowych budynków stoi tu osiem bud. Kupcy greccy dorabiają się w nich fortun, sprzedając Murzynom barwne paciorki. „Obok Murzynów mieszka tu garstka Arabów i Mulatów, którzy żyją z handlu i oszukiwania przybywających na rynek tubylców, płacąc za wszystko świecącymi blaszkami i kolorowymi paciorkami” – stwierdził. Tubylcy z okolicznych wiosek przychodzili na targ zwykle uzbrojeni w dwa oszczepy, bo okoliczne mokradła były pełne krokodyli.

Kazik zostawił rower na stancji w Malakalu i chciał dotrzeć do misji katolickiej w Lul. Brytyjski gubernator powiedział mu jednak, że obiecana łódź nie przypłynie po niego, bo poziom Białego Nilu jest za wysoki. „Jakże więc dostać się do Lul? – spytałem. – Jest to niemożliwe! – odrzekł gubernator, wzruszając ramionami. Nie zamierzałem się jednak poddawać. Niemożliwe? Dla mnie wyraz ten nie istniał do tej pory” – relacjonował Kazimierz.

Przyłączył się do Murzyna z plemienia Szilluka, który wędrował do Lul. Szilluka maszerował uzbrojony w oszczepy, ale całkiem nagi. „Przebrałem się zaraz za miastem w »strój« Szilluka, bagna bowiem były głębokie, często dno uciekało spod nóg i wpław przemierzać trzeba było drogę, w jednej ręce trzymając ciężki tobół, a oszczep w zębach. Gdzieniegdzie, na wyższych nieco miejscach, leżały w bezruchu potworne gady, czyhające na żer. Nieraz zaledwie kilkumetrowa przestrzeń dzieliła nas od szklistych szeregów kłów zastygłego w bezruchu potężnego krokodyla” – pisał Kazik.

Kazimierz nie miał sponsorów, poza firmą Stomil, która przysłała mu do Afryki opony rowerowe. W drodze pomagała mu tylko Polonia i katoliccy misjonarze. „Gdy natomiast dociera do osiedli białych eksploratorów Afryki, poczucie osamotnienia wydaje się w nim narastać, spostrzega tam bowiem, jak wiele odróżnia go od urzędników, wojskowych, poszukiwaczy bogactw naturalnych i myśliwych przybyłych tu dla zysku, kariery, trofeów lub rozpusty” – pisze o Nowaku Łukasz Wierzbicki. – „Wrażliwy na ludzką krzywdę i pełen szacunku dla dziewiczej przyrody, w niesłychanie, jak na owe czasy, krytyczny, odważny, niezależny sposób ocenia imperialne zwyczaje Europejczyków w Afryce. Nie spieszy się, gdy widzi na horyzoncie światła kolejnego miasta na swym szlaku. Rozbija wtedy obóz i spędza jeszcze jedną noc z dala od osiedla ludzi, wśród ukochanej, nieskażonej cywilizacją afrykańskiej przyrody” – dodaje.

W każdej odwiedzanej wiosce zbiegał się do niego tłum „nagusów”. Kazik opisywał ich z szacunkiem. – Nowak nieświadomie daje wskazówkę kolejnym pokoleniom podróżników, jak traktować napotkanych ludzi – mówi „Gościowi” Łukasz Wierzbicki. – On proponuje podchodzić do nich bez kompleksów, ale też bez uprzedzeń i stereotypów. A za to z zainteresowaniem i życzliwością. Nie pisze o tym wprost, ale to przesłanie jest obecne między wierszami w każdym jego reportażu – ocenia.

Kazimierz zrobił w Afryce ponad 10 tys. zdjęć. Są na nich karły Babinga, Pigmeje, Hotentotoci i Buszmeni, dzicy Abasalampasu, setki przedstawicieli egzotycznych ludów. Nowak pokazał i opisał ich świat, którego dziś już nie ma, bo zmieniła go cywilizacja. Rzadko pod ręką byli biali misjonarze, więc rozmawiał z tubylcami na migi. „Gdy rusza w dalszą drogę, rytm tam-tamów niesie innym osadom nie-bywałą wieść o samotnym białym na dziwacznym wehikule” – pisze o nim Wierzbicki.

Sól Pigmeja krzepi
Kazimierz pisał swoim czytelnikom w Europie, że na przykład Pigmeje nie potrzebują pieniędzy. „Łakomi są jedynie na sól, którą jedzą jak nasze dzieci cukier, toteż gość, który im garść tego przysmaku sypnie, jest od razu w przyjaźni zażyłej”. Czuł się u nich jak w bajce o krasnoludkach. Tym bardziej że częstowali go nie tylko twardym mięsem słonia, ale też bajkowo wyglądającymi, fantastycznie kolorowymi grzybami. „Pigmeje dobrzy, mili i przychylni paplają jak dzieci rozpieszczone. Czują, że mam sól jeszcze, a oni tak sól lubią! Ich sól »krzepi«, a nie cukier” – relacjonował Kazimierz.

Po dwóch i pół roku podróży Kazik dotarł do Przylądka Igielnego na południowym skraju Afryki. I znów ruszył na północ, ale tym razem przez Afrykę Zachodnią. Na jednej z pustyń rower całkiem mu się rozleciał. Kazimierz kontynuował więc podróż konno, pieszo, na łodziach. Łodzie nazwał „Poznań I” i „Maryś”, na cześć żony. „28 sierpnia 1935 roku przeżyłem najstraszniejszą chwilę w swym życiu. Wszelkie wysiłki pokierowania łodzią nie zdały się na nic.

Wicher, deszcz i wzburzone wody Konga gnały mą łódkę prosto w dół rzeki, jak w jakąś straszliwie rozwartą, wsysającą wszystko paszczę. W końcu w wirze nurtu utraciłem jedyny swój oręż w walce z żywiołem. Moje wiosło zostało dosłownie wyrwane mi z ręki i wessane w głębię rozwścieczonej rzeki. Sunąłem w dół bez możliwości jakiegokolwiek sterowania czółnem… na stracenie. (…) Nie wiem, czy wyratowała mnie ludzka ręka, czy też wściekły wicher sam poniósł »Maryś« i mnie ku Wyspie Kości Słoniowej, gdzie wreszcie zupełnie wyczerpany, ale żywy wylądowałem… Ponownie zostałem rozbitkiem” – wspominał.

W Leopoldville (dziś Kinszasa) znów wsiadł na rower i dojechał nim do Jeziora Czad. Dalej przejechał przez całą Saharę na wielbłądzie. I w 1936 roku, po pięciu latach, wrócił do Poznania. Niestety, był wycieńczony nawrotami malarii. Dostał też zapalenia okostnej lewej nogi. Kiedy leżał w szpitalu, przyplątało się zapalenie płuc. Rok po powrocie do domu Kazimierz Nowak zmarł. – Zapłacił za swoje odkrycia życiem. Ale jego pasja ogromnie wzbogaciła wiedzę o Afryce – mówi Krzysztof Noworyta.

Przemysław Kucharczak

Źródło: Gość Niedzielny.

Zdjęcia pochodzą ze strony poświęconej życiu i dziełu Kazimierza Nowaka.

Facebook