Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Imagis pierwsza relacja
14 sierpnia 2006
Imagis na żywo – wyniki
20 sierpnia 2006

Krzysztof Wiktorowski (wiki) – nr 33

Klasyk Kłodzki – jedna z imprez, której nie sposób opuścić. Do startu zachęca perspektywa spotkania znajomych, takich samych jak ja szaleńców, wielbicieli imprez ekstremalnych, przyzwoity wynik z ubiegłego roku i to co najważniejsze – trasa. Po każdym najbardziej uciążliwym, mozolnie pokonywanym podjeździe nagroda w postaci szalonego zjazdu (tu prędkości nieosiągalne na nizinach). Dla każdego z takich zjazdów gotów jestem wdrapywać się na każdą z kolejnych przełęczy.

Na 3 tygodnie przed Klasykiem startuję w innym morderczym maratonie Mazovia 24h MTB. To, dla mnie, prawie doba jazdy non stop podczas której dałem z siebie wszystko. Nie próbuję nawet sprawdzać jak zniosły to moje nogi. Właściwie boli mnie wszystko od kolan poprzez nadgarstki po kręgosłup. Czy jest jakaś część mojego ciała nie domagającego się wypoczynku? Przez kolejne 2 tygodnie odpoczywam, jeżdżę dużo, ale zdecydowanie spacerowo (500 km, 13 km/godz.). Jeżeli jeszcze ktoś tego nie wie starość jest okropna a regeneracja organizmu trwa z wiekiem coraz dłużej. Dopiero na kilka dni przed Klasykiem jeżdżę szybciej i czuję, że dawna moc wróciła.

Pociągiem do Dusznik. Kontrola biletów. Konduktor z uporem powtarza coś o psie, ja zgodnie z prawdą mówię o rowerze. Moje oczy robią się coraz większe ze zdziwienia. – Gdzie ten pies? – Jaki pies? Mam przecież rower. Wreszcie pokazuje mi mój bilet, czytam – „Przewóz psa (pod opieką podróżnego)”. Co gorsza PIES jest „tańszy” od roweru o 50 groszy. No cóż, panience w okienku obsunął się palec na klawiaturze. Wreszcie konduktor macha ręką. Kolejna kontrola. Facet nie zwraca uwagi na bilet, chociaż koledzy kiepsko próbują ukryć opanowujący ich śmiech. Na koniec rowerów jest tyle, że do mojego „psa” po prostu nie przyznaję się.

Startujemy ok. 8:16. Los przydziela mnie do grupy z Krzysztofem Grzegorzewskim, Leszkiem Bulskim, znajomym z pociągu Piotrem Królikowskim. Jest też zawodnik z Kłodzka a przed startem dołącza jakaś dziewczyna. Z poprzedniego Klasyka wiem, że podział na grupy to tylko formalność. Na najbliższym podjeździe, każdy pojedzie własnym tempem. Dołączy do jakiegoś zawodnika/grupy jadącej z przodu lub nadjeżdżającej z tyłu. Niektórzy ruszą do przodu na „full” inni będą rozkładać siły równomiernie na cały dystans.

Najszybciej, już na zjeździe do Dusznik, znika Krzysiek. Spotkam go dużo później w niezbyt dla niego sprzyjających okolicznościach. Teraz droga pnie się w górę wzdłuż Bystrzycy Kłodzkiej, później Laskowa, Spalona. Droga idealna dla mojego trekkingu na grubych oponach. Mijam szosowców i to nie tylko tych, którzy wymieniają na poboczu ogumienie. Sił wystarcza na luźne rozmowy ze znajomymi i nieznanymi bikerami. Powoli mijają kilometry dzielące mnie od bufetu, na zawsze kończy się też przyjazna dla mnie droga. Zjazd do Gniewoszowa, idealny asfalt, lekko falująca droga. Moja odwaga na nieznanej drodze sięga zaledwie 63,5 km/godz. Mijam wielu zawodników, ale najszybsi mknęli tu podobno 80-tką.

Piję, zjadam (połykam) bułkę, banana wrzucam na później do sakwy i nie czekając na innych ruszam dalej. Wkrótce wpadamy na gładki, nudny odcinek głównej szosy. Raj dla szosowców, którzy szybko znikają z przodu. Z żalem myślę o mijanej drodze w kierunku przełęczy Puchaczówka – zjazd do Stronia był boski.

Chociaż już od rana nie jest chłodno, z każdą godziną powietrze rozgrzewa się coraz bardziej. Ulgę przynoszą odcinki drogi zakrywane gęstą kurtyną przez drzewa liściaste. Kiedy wyjeżdżam z lasu szok jest niestety jeszcze większy. Kiedy zbliża się południe nie ma już takich chłodniejszych miejsc. Na przejeździe przez Krowiarki z łatwością mija mnie Krzysztof Kamocki. Jestem zaskoczony jego formą, spodziewałem się zupełnie innych zawodników. Powoli pnę się pod Jaworową. Słońce grzeje niemiłosiernie, na niebie pojawia się rosnąca ilość chmur, robi się parno, przed burzowo. Prędkość mało imponująca 12, 10 a nawet 7 km/godz. Widzę zawodników zatrzymujących się na poboczu lub prowadzących rower. Nawet na zjeździe nie czuję ubiegłorocznej swobody. Z jaką szybkością można pokonywać ostre zakręty pokazuje mijająca mnie właśnie grupa miejscowych zawodników (Kłodzko). Przez długą chwilę próbuję dotrzymywać im kroku – wreszcie macham ręką (to nie dla mnie).

Kolejny odcinek gładkiego asfaltu do Kłodzka. Z wielką trudnością pokonuję zdradliwie niezbyt widoczny podjazd do bufetu za Mąkolicą. Pomimo, że od kilku minut słońce schowało się za chmurami drogowy termometr wskazuje temperaturę powietrza 30 stopni. Wrażenie gorąca potęguje temperatura asfaltu zbliżająca się do 50-tki.

Bufet. Wypijam dużą ilość wody, zjadam kilka bułek, banany tradycyjnie wrzucam do sakwy i – po nieco dłuższym odpoczynku – ruszam dalej. Kryzys mija, odzyskuję siły. W dalszym ciągu nie identyfikuję oczywistej w tej sytuacji przyczyny kryzysu – niedostatecznego odżywiania. Kilkugodzinny pobyt w piecu jakim jest niewątpliwie dzisiaj Kotlina Kłodzka pozbawia mnie zdolności logicznego myślenia. Sytuację pogarsza ubiór: założone po raz pierwszy krótkie spodenki z jakąś niewielką kieszonką i taka sama koszula. Sięgnięcie do sakwy to niepotrzebny postój. A pomyśleć, że przy każdej nadarzającej się okazji przypominam maratończykom o konieczności regularnego odżywiania. Nauczyciel tym razem nie popisał się.

Przez Kłodzko jadę z młodym niezidentyfikowanym szosowcem i brodaczem na MTB. Jeśli pamięć mnie nie myli pod przełęczą Wilczą mija mnie zgrany duet Gregory i Wigor. Rzucam do Daniela by nie robił takich, jak przed rokiem numerów (złamany w mojej obecności widelec) i nie próbuję nawet do nich dołączyć. Po zjeździe z Wilczej w kierunku Srebrnej Góry postanawiam zatrzymać się na krótki odpoczynek i posiłek (kanapki). Zjeżdżam na pobocze, a z zza krzaka wyłania się Piotrek odpoczywający dokładnie w tym samym miejscu. Nadjeżdża Staszek Jutel. Ma dość. Chce jak najszybciej wrócić do Dusznik. Niestety przy naszej znajomości Kotliny nie jesteśmy w stanie mu pomóc. Postanawia wrócić na krótką pętlę do Kłodzka. Wreszcie rezygnuje nawet z tej trasy.

Z jednej strony, też mam duże obawy, czy wystarczy mi sił na pokonanie trasy pozostałej do mety. Z drugiej strony, to przecież nie więcej niż 80 km i ponad 10 godzin obowiązującego mnie limitu. Dotrę do mety. Dotrę tam nawet gdybym, każdą czekającą mnie jeszcze przełęcz zdobywał prowadząc rower. Teraz z niepokojem myślę o najbliższej przeszkodzie – Przełęczy Srebrnej. Doskonale pamiętam ją z roku ubiegłego, a wtedy pokonywałem ją wypoczęty zaraz po starcie. Jest lepiej niż przypuszczałem. Dość wolno ale jednak bezproblemowo pokonuję podjazd. Jest parno, ale na czas podjazdu słońce skryło się za chmurami.

Niekończące się zjazdy, podjazdy, droga opadająca w kierunku żlebów wydrążonych przez niewielkie strumyki i wspinająca się na niewielkie grzbiety oddzielające kolejny strumyk. Długie, ciągnące się w nieskończoność oczekiwanie na bufet w Nowej Rudzie. Wszystkie sklepy w mijanych miejscowościach oblegane przez uczestników Klasyka. Jedna osoba zwisa na płocie mijanego gospodarstwa, czeka na poratowanie wodą ze strony jakiegoś tubylca. Mnie wystarcza ponad 1,5 litrowy zapas wody z poprzedniego bufetu. Tylko czy płyn o temperaturze przekraczającej 30 stopni jest jeszcze napojem chłodzącym – spróbujcie sami.

W pewnym momencie na poboczach widać ślady wody. Podobnie wyglądają krzaki na poboczu. Tylko asfalt jest zupełnie suchy. Myślę absurdalnie o „miejskiej” polewaczce, która przed kilkunastoma minutami przejeżdżała tą drogą (cóż upał robi swoje). Dopiero po kolejnych kilkuset metrach dociera do mnie: tu padała i to padało bardzo obficie. Dlaczego nie tam, gdzie ja byłem w tym czasie. Z rosnącego obok drogi lasu czuję przyjemny chłodek.

Bufet znajduje się daleko za tablicami oznaczającymi miejscowość Nowa Ruda. Dwa samochody stojące na poboczu. Wspaniała obsługa dwoi się i troi. Jeden z gości bez pytania wyrywa mi bidony i momentalnie uzupełnia wodą. Drugi bierze ode mnie i odprowadza na bok mój rower. Zapraszają na bułki, banany, batony. Wskazują na rozkładana krzesełko. Sięgam po bułkę. Siadam, czując się jak na najwspanialszym i najbardziej miękkim fotelu. Powyższą czynność powtarzam jeszcze kilkakrotnie. Jeszcze jedna, kolejna i jeszcze jedna bułka – dochodzę do 6 szt. Patrzę na innych zatrzymujących się zawodników. Zmęczone, pokryte solą twarze, mokre przylizane włosy. Czy ja wyglądam równie okropnie?

Jako ostatni wstaję z krzesła i ruszam samotnie przed siebie. Dobrze pamiętam, że po odcinku drogi wzdłuż rzecznych dolin czeka mnie kolejny ciężki podjazd. Trzeba będzie się przedostać przez pasmo Gór Stołowych. Na początek Przełęcz Lisia. Na asfalcie podany dystans 8 km. Jestem rozczarowany i początkowo z trudnością rozpoznaję ubiegłoroczny podjazd (teraz pokonuję go bez problemu). W miejscu dziurawego jak ser asfaltu i dziur, których mimo najlepszych chęci nie sposób było ominąć, idealnie równy asfalt. Na psy schodzą słynne kłodzkie asfalty (lub ich brak). Dziury znikają z każdym mijającym rokiem. Z mojej perspektywy powiem – SZKODA.

Przełęcz pod Lisią jest dla mnie miejscem dość szczególnym. Doskonale pamiętam ten odcinek, bo pokonywałem go obok tak wspaniałego bikera i człowieka jakim był Olek Czapnik. Dzisiaj nie ma wśród nas. Z pewnością tej imprezy by nie opuścił.

Gdzieś na wypłaszczeniu G.Stołowych zaskakuje mnie niezwykły widok. Jeden z zawodników prowadzi rower z którego zwisają nisko jakieś małe przedmioty. Nisko zawieszone sakwy? Z daleka nie jestem w stanie ich zidentyfikować. Gdy podjeżdżam bliżej widzę Ryśka Frankowskiego wędrującego dostojnie w białych skarpetkach po asfalcie. Dwa przedmioty to przytwierdzone do pedałów buty. Oj, jeszcze kilka godzin wcześniej taki spacer wymagałby zdolności fakira. Prawie niezauważalnie nastało przecież późne popołudnie. Podobny widok z innym wędrującym w skarpetkach zawodnikiem powtórzy się przed Bobrownikami.

Zjeżdżam grzbietem Gór Stołowych przez Łężyce, Złotno do Szcztnej. Wąska, równa droga równomiernie i łagodnie opada w kierunku doliny. Przed oczyma mam niepozornie wyglądające wzniesienie a na asfalcie 3 czy 4 km do grzbietu. Pomimo zmęczenie czuję lekkie rozczarowanie: gdzie ta obiecywana „ściana płaczu”. Czyżbym coś przeoczył na pokonanej dotychczas trasie. Po drodze zaczyna krążyć wóz techniczny. Można zaopatrzyć się w wodę, jest zeschnięte po całym dniu ciasto. Wrzucam kawałek do kieszonki koszuli. W wolnej chwili małe kawałeczki będę wrzucał do ust i przeżuwał. W samochodzie znajoma twarz Krzyśka Grzegorzewskiego. Gdzieś na trasie mijałem go siedzącego bezradnie na poboczu z przerzutką w dłoniach. Widać, że nie dało się jej już umieścić na właściwym miejscu. Szkoda, bo maraton ukończyłby z dobrym wynikiem.

Wreszcie po „płaskim” podjeździe, pojawia się w lesie „ściana” – podjazd o niespotykanym dotąd nachyleniu. Widzę gości prowadzących rowery. Ten widok mobilizuje do jazdy. Wystarczy bym jechał 4-5 km/godz. by wyprzedzać wszystkich idących. Przy przełożeniu ok. 1:1 (do dziś nie sprawdziłem jakie dokładnie jest) odpowiedni balans całego 80 kilogramowego ciała z jednego pedału na drugi, wsparty niewielkim dodatkowym naciskiem sprawia, że posuwam się do przodu z szybkością nawet większą od założonej. Czuję się jakbym, krok po kroku, wspinał się na strome zbocze. Każdy „krok” i jestem o 2 metry bliżej celu. Mijam Leszka Bulskiego. Opowiada o poważnych dolegliwościach zdrowotnych, które sprawiły, że dopiero teraz (mimo wszystko) kończy tylko małą pętlę. Wielki szacunek dla tego zawodnika.

Na szczycie czeka wspaniała nagroda. Zjazd w kierunku Dusznik. To prawdziwa przyjemność, przedwieczorny chłodek, prosta droga, równy asfalt. Nieznana, wąska droga użytkowana głównie przez leśników sprawia, że nie odważam się jechać powyżej 50-tki. Mile zaskakuje tabliczka Duszniki Zdrój. Do mety pozostaje tylko 2 km podjazdu. Ostatni 100 metrowy odcinek jest bardziej stromy niż ten w Bobrownikach. Nie potrafię ocenić nachylenia ale tak stromy, że bałem się schodzić tędy pieszo w butach kolarskich. Przejechać ponad 220 km i przejść ostatnie 100 m. Nigdy! Chociaż nie jestem przekonany do sukcesu – jadę. Dumny mijam metę. Niestety, nie ma spodziewanego podziwu, oklasków. Nikt nie czeka na zawodników przybywających na metę 3-4 godziny po zwycięzcy.

Statystyka:

Dystans: 222,5 km
Czas – 11 godz. 33 min.
Czas jazdy – 10 godz. 40 min.
Przestoje i odpoczynki – 53 min.
Prędkość śr. – 20,89
Prędkość max – 63,5
Miejsce open – 64
Miejsce M5-MTB – 2

Wynik o wiele gorszy od tego z ubiegłorocznego Klasyka. Swój ubiegłoroczny czas pokonania trasy „poprawiłem” o blisko 3 godziny (było 8 godz. 40 min.). Nie tłumaczy tego ani dłuższy dystans (był 206 km), ani dłuższy czas odpoczynków (było 5 min.). Nie tłumaczy tego nawet pogoda. Wiele więcej mówi fakt nieoczekiwanego odzyskiwania sił po odwiedzinach bufetów i fakt, że po ukończeniu trasy nie czuję wielkiego zmęczenia a następnego dnia gotów jestem wrócić na trasę. Odpowiedź na pytanie, czy dałem z siebie wszystko jest chyba oczywista.

Świat jest bardzo mały. Kiedy następnego dnia wracam pociągiem do Łodzi w Kłodzku do wagonu wsiada grupa dzieciaków, rozlokowują się na korytarzu. Naprzeciwko przedziału w którym siedzę pojawia się znajoma twarz. Karol Kalsztein z Gdańska, organizator i budowniczy tras Harpagana wraca z grupą młodzieży z zawodów na orientację w Czechach. Impreza rozgrywana na wiele krótszym dystansie (1, 5 czy 10 km w zależności od wieku) ale bieganie po górach z oczyma wlepionymi w mapę i odnajdywanie punktów kontrolnych przy panującej temperaturze to też musiał być koszmar. Dzieciaki natychmiast zasypiają. Chwilę rozmawiamy o Harpaganie, LUC-u, innych imprezach pieszych i rowerowych, wspólnych znajomych.

tekst pochodzi ze strony WIkiego

Facebook