Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
21.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Czasowiec z aparatem
29 czerwca 2011
Czy Kalin zrobi to w sobotę?
5 lipca 2011

Po raz pierwszy w życiu na maratonie szosowym pojechałam dystans MINI, po raz pierwszy również dnia następnego obudziłam się chora. To nie tak miało być. Na ten maraton byliśmy kondycyjnie świetnie przygotowani. Bite 3 tygodnie jeżdżenia na obładowanych sakwami rowerach po Portugalii, zakończone mocnym hiszpańskim akcentem (Pico de Veleta) musiały zrobić swoje i wyrobić odpowiednią siłę.

Mieliśmy też znakomitą grupę startową z Beatą Tulimowską, Sylwestrem Rutkowskim i Zdzisławem Repsem. Mając tę trójkę w grupie można się było spodziewać wspaniałej współpracy i dobrego tempa.

Tymczasem 2 dni przed maratonem zaczęło mi nawalać zdrowie i czułam się słabo. W dodatku prognozy pogody były wyjątkowo nieciekawe. Miało padać, wiać i być zimno. Poważnie się zastanawiałam, czy mimo opłaconego wpisowego, nie odpuścić sobie startu. Koniec końców pojechaliśmy. Głównie dlatego, że obiecaliśmy Darkowi, że weźmiemy go do auta.

W piątek wieczorem dojechaliśmy do Gorzowa, do szkoły gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Przybyliśmy na miejsce jako jedni z ostatnich. Kiedy kończyliśmy rozpakowywanie się, na sali było już zgaszone światło. Szybko znaleźliśmy sobie kawałek podłogi i poszliśmy spać.

Sobota powitała nas chmurami, wiatrem i zimnem. Wkrótce zaczęło też padać. Było podle. Chodziłam po szkole i smęciłam, że w takich warunkach zamiast rowerów, powinniśmy pozabierać scrabble albo szachy. Kompletnie nie miałam ochoty na wyjście ze szkoły i jazdę rowerem. Przy śniadaniu pogadałam trochę z Beatą Tulimowską i Bogusławem Kramarczykiem.

Chwila wyjścia ze szkoły była wstrząsająca. Na start na szczęście mieliśmy blisko, około 300m. Linia startu/mety zlokalizowana była na gorzowskim torze żużlowym. Nawierzchnia była nieciekawa – był to ubity piasek gliniasty lub pylasty. W każdym razie jechało się po tym średnio. Przed startem mieliśmy robione fotki. Było to miłe, tym bardziej, że po maratonie każdy zawodnik mógł taką fotkę sobie odebrać. Gdyśmy ruszali piasek na torze był jeszcze suchy. Wystartowaliśmy powoli, nawierzchnia toru nie zachęcała do szybkiej jazdy. Potem było dużo kluczenia po mokrych ulicach Gorzowa.

Nierówny, mokry asfalt, czasem koleiny lub dziury, kałuże. Czułam się bardzo niepewnie. Po raz pierwszy jechałam na szosówce w deszczu i czułam, że nie do końca panuję nad rowerem. Bałam się gleby. Tego, że zniszczę rower i się potłukę/poodzieram/połamię. Z tego powodu jechałam bardzo sztywno, asekuracyjnie i… powoli. Nasza znakomita grupa uciekła i zostaliśmy z Krzysiem sami.

Potem były miejskie góreczki: podjazd po czymś w rodzaju chodnika i po kostce brukowej. Altimetr wykazał 12% nachylenia. Dogoniliśmy tam Beatę Tulimowską. Miała jakiś problem z wpięciem buta w pedał zatrzaskowy – nałapała pełno tego piasku z toru i musiała się go jakoś pozbyć. Skrzyżowania w mieście były znakomicie zabezpieczone przez policjantów.

Jechaliśmy z Krzysiem zupełnie sami. Powoli. Od początku do końca maratonu bałam się gleby i tego, że zniszczę mój wymarzony rower. Z tego powodu: na zjazdach nie dokręcałam, na podjazdach się nie przykładałam, a na płaskim jechałam spacerowo, z nóżki na nóżkę. Raz po raz ktoś nas wyprzedzał. Początek trasy był pełen samochodów. Jazda wśród nich w takich warunkach nie była ani przyjemna ani bezpieczna.

Potem wjechaliśmy na jakąś mniej ruchliwą drogę. Wiało. Umówiłam się z Krzysiem, że będziemy jechali po zmianach. Niestety nic z tego nie wyszło, bo cały czas jechaliśmy bardzo powoli i on zwyczajnie nie mógł się rozgrzać (ja zresztą też nie). Gdyby jechał na kole to by zupełnie zmarzł. Ja na kole też nie jechałam, bo leciała z niego nieustająca fontanna wody. Nie pamiętam kiedy ostatnio jechało mi się tak fatalnie. Cała byłam mokra, a każdy z butów był niczym miska z zimną wodą, w której moczyłam stopy.

Na pierwszym bufecie nie zatrzymaliśmy się. Jechaliśmy tak powoli, że w ogóle nie byliśmy głodni (przez cały dystans MINI nie zjadłam kompletnie nic), nie brakowało nam też picia. Jechaliśmy dalej. Gdzieś za pierwszym bufetem, w lesie, wyprzedziła nas Asia Liczner jadąca z jakimś chłopakiem. Zrobiliśmy jedną przerwę krzakową i miałam po niej problem by z powrotem wsiąść na rower.

Byłam tak zmarznięta, że z trudem się na niego wgramoliłam. Kilka km przed metą zauważyłam, że Krzyś ma już chyba trochę dosyć samotnego mordowania się z wiatrem i deszczem i dałam mu kilkukilometrową zmianę. Do przodu Krzysztof wyskoczył w Gorzowie. Przejechaliśmy całe miasto i w końcu wjechaliśmy na stadion, a tam niespodzianka: z piasku zrobiło się nieciekawe i śliskie jak diabli błotko. Niczym baletnica na lodzie zygzakując wjechałam na linię mety.

Jedząc batoniki zastanawialiśmy się, czy jechać na GIGA, czy oddać czipy i zakończyć jazdę na MINI. W międzyczasie na metę wjechała Beata i powiedziała, że kończy dziś na MINI. Po długiej naradzie postanowiliśmy jechać GIGA. Wyjechaliśmy ze stadionu i zatrzymaliśmy się od razu na bufecie po drożdżówkę. Miałam od błota zablokowane tylne koło. To tam dopadła mnie hipotermia. Zaczęłam dygotać jak liść na wietrze. Zęby mi dzwoniły tak, że nie mogłam tego w żaden sposób opanować, paznokcie przybrały siny kolor.

Krzysztof widząc co się dzieje, pojechał zgłosić, że jednak zakończyliśmy jazdę na MINI. Potem pojechaliśmy pod szkołę, która była zamknięta. Dojazdu do szkoły prawie nie pamiętam. Staliśmy pod drzwiami i czekaliśmy na pana z kluczami. Cały czas się trzęsłam. Beata usiłowała mnie namówić bym się ruszała, ale ja nie byłam w stanie.

Jedyne co potrafiłam to dygotać. Krzysztof poleciał szukać jakiegoś miejsca, gdzie by można mnie schować przed zimnem i ogrzać. Sklepu, knajpki, czegokolwiek. Znalazł faceta z kluczami od szkoły i wkrótce do niej weszliśmy. Po prysznicu zaczęłam powoli dochodzić do siebie.

Gorzowski Maraton Rowerowy 2011 - fot. Piotr Pizoń

Dystans MINI ma tę zaletę, że kończy się jazdę bardzo wcześnie i potem jest cały dzień na to, by pogadać z innymi zawodnikami i nacieszyć się pomaratonową atmosferą. Umyci i najedzeni poszliśmy na stadion żużlowy. Patrzyliśmy jak kolejni zawodnicy wjeżdżają na metę, robiliśmy fotki, gawędziliśmy z wieloma przesympatycznymi osobami. Podczas jednej z takich pogawędek miałam przyjemność poznać tatę Małgosi Pawlaczek – p. Alojzego.

Wiele osób na metę wjeżdżało z mniejszymi lub większymi otarciami. Na trasie było sporo upadków, był też jeden poważniejszy – zakończony złamanym obojczykiem. Widziałam uszkodzone rowery: pozrywane owijki, zniszczoną kierownicę, złamane siodło, poszlifowane ramy i cieszyłam się, że mój rower uchował się cało.

Gorzowski Maraton Rowerowy - fot. Piotr Pizoń

Poszliśmy do namiociku z wynikami dowiedzieć się jak nam poszło. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że mimo brzydkiej jazdy byłam pierwsza na dystansie MINI zarówno w swojej kategorii jak i open wśród kobiet. Poszliśmy trochę na miasto, potem czekaliśmy na wjazd Darka, który nie odpuścił i pojechał GIGA.

Dowiedzieliśmy się też, że p. Jan Ambroziak jedzie GIGA. Na podstawie ostatniego międzyczasu Krzysztof wyliczył, że dojedzie on na metę około godziny 00:30. Jak się później okazało nasze wyliczenie było dość dokładne.

Wieczorem, w sali do późna siedzieliśmy i gadaliśmy.

W niedzielę obudziłam się z bólem gardła. Podczas dekoracji zwycięzców odebrałam swój puchar. Pierwszy w mojej kolekcji za dystans MINI.

X Jubileuszowy GMR obfitował w liczne nagrody. Darek wygrał rowerowy bagażnik na dach samochodu, Krzysztof rowerowy plecak. Główną nagrodą była szosówka marki Author, którą wygrała Monika Buchowiecka.

Z licznika:
Czas netto ……………………………02:57:09
Czas brutto …………………………..02:58:31
Dystans ………………………………….80,69 km
Prędkość średnia brutto ……………..27,19 km/h
Prędkość maksymalna ……………….40,00 km/h
Temperatura minimalna ………………….11 stopni Celsjusza
Temperatura maksymalna ……………….13 stopnie Celsjusza
Przewyższenie ……………………………..293 m
Nachylenie średnie ………………………….2%
Nachylenie maksymalne …………………12%

Marzena Szymańska

Zdjęcia z galerii Piotra pepe Pizonia.

Facebook