Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Śrem
21.04

Rewal
5.05

Stargard
12.05

Nowogard
23.06

Świdwin
7.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Zapowiedzi imprez na 2007
4 grudnia 2006
Bordeaux-Paris 1891
11 grudnia 2006

Moje Styrkeproven 2006

Ewa Jurecka

Od zawsze fascynowały mnie kraje idące swoją własną drogą, neutralne i w nic nie mieszające się. Pierwsza taką moją fascynacją była Szwajcaria ( i jest do dzisiaj ), drugą kraje skandynawskie, ze szczególnym wskazaniem na Norwegię. Poza neutralnością Norwegia jest też krajem słabo zaludnionym, szczególnie Nord Trondelag, posiadającym ogromne obszary dziewiczej, nienaruszonej ręką ludzką przyrody.

Jak również jest to też ojczysty kraj mojej innej fascynacji: Gunn Rita Dahle-Flesja, niedoścignionej od kilku sezonów zawodniczki w kolarstwie górskim, Mistrzyni Świata i Europy, a także złotej medalistki olimpijskiej z Aten. Ale przede wszystkim bardzo miłego, skromnego człowieka. W sezonie 2005 miałam okazję poznać ją osobiście na Mistrzostwach Europy w Kluisbergen.

Ewa i Gunn Rita  Dahle-Flesja

ME w kolarstwie górskim – 2005 Kluisbergen ( Belgia )

Więc, kiedy znalazłam stronę Styrkeproven od razu byłam pewna, że ten maraton będzie najważniejszym moim maratonem w sezonie 2006. Sezon 2005 zakończyłam pokonaniem bariery 400 km, podczas maratonu Pucharu Polskiw Gorzowie Wlkp., a na sezon 2006 zostawiłam sobie dystans 540 km. Jeżdżę na rowerze górskim i właśnie na nim, w górach Norwegii pokonałam tą odległość.

mapa trasy

trasa z Trondheim do Oslo

W styczniu opłaciłam udział, zarezerwowałam hotele w Trondheim i w Oslo, i wykupiłam bilety lotnicze. Do marca pod znakiem zapytania stał przelot roweru, bo leciałam SAS-em, a na tej trasie latają tylko małe samoloty z ograniczoną możliwością przewozu bagaży. W końcu jednak w marcu, po dwóch miesiącach korespondencji, SAS dał mi wiążącą odpowiedź, że na pewno zabierze rower.

Wyleciałam 18 czerwca. W Polsce zaczęły się upały, natomiast Trondheim powitało mnie miłym deszczem i temperaturą 15° C . Tyle, że w tym klimacie, przy takiej pogodzie można jechać „ na krótko” i się nie marznie. To było niesamowite. Oprócz wspaniałego klimatu, gdzie człowiek nie poci się przy najmniejszym ruchu, otrzymałam najcudowniejszy prezent od natury, a mianowicie : białe noce.

Rower doleciał w całości, bez jakichkolwiek uszkodzeń, ale był rozłożony chyba bardziej niż te, które przychodzą w kartonach do sklepów. Poza tym widziałam jak bardzo ostrożnie obsługa lotniska w Trondheim obchodziła się z bagażami, w tym i z moją, wielką torbą. W Trondheim mieszkałam w hotelu Fru Scholler, przemiłym, niewielkim, bez obsługowym hoteliku, ok. 100 m od Hotelu „Britania”. Do maratonu miałam jeszcze kilka dni i w tym czasie objechałam masyw Bymarka, Trolla ( miejscowość wypoczynkowa po drugiej stronie fiordu), przepiękne jezioro Jonsvatnet, lodowiec Gra*kallen i kilka pięknych miejsc w pobliżu Trondheim.

W samym Trondheim trafiłam na obchody 100-lecia królestwa i miałam okazję zobaczyć parę królewską oraz dwór wraz z norweską dyplomacją. Na trasie przejścia pary królewskiej stały tłumy Norwegów oraz turystów. Zdecydowanie nie przypominało to naszych przymusowych pochodów z okazji 1 Maja. Na każdym kroku dało się odczuć jak bardzo Norwegowie są dumni ze swojego kraju i jak bardzo zadowoleni z życia tu i teraz.

Rejestracja do maratonu odbywała się na tyłach Hotelu „ Britania” ( chyba najbardziej ekskluzywnego w Trondheim). Mimo, iż na listach uczestników widniało ponad 4 tys. osób i o godzinie 12-ej, czyli na początku rejestracji, stała już bardzo długa kolejka, wszystko odbywało się bardzo sprawnie. Sala do rejestracji była dokładnie oznakowana i opisana, i oczywiście nie było problemu z porozumieniem się w języku angielskim. Zresztą w całej Norwegii nie spotkałam się z tym problemem, po angielsku mówią wszyscy, dorośli, młodzież, dzieci, i do tego mówią biegle, to po prostu ich drugi język.

Startowałam w grupie wyruszającej o godzinie 24-j w piątek. Przed wyjazdem pierwszej grupy, tzn. przed 21-ą, nadałam bagaż i zostałam już tylko z rowerem, w stroju do jazdy. Na start podjechałam kilka minut przed północą. Zaraz po włączeniu maty zwariował mi licznik i tak już zostało do Oslo. Później okazało się, że po prostu była słaba bateria w czujniku … Szkoda, że nie stało się to na treningach. Pozostał mi tylko odczyt czasu jazdy z zegarka i kilometrówka z tablic drogowych, bardzo rzadko stojących. No może dla samochodów w sam raz, ale dla roweru, zwłaszcza po przejechaniu 400 km zdecydowanie za rzadko.

Od początku miałam piękną pogodę, tylko ok. godziny szarówki, a potem, szczególnie wysoko w górach Słońce, ośnieżone szczyty i 5° na termometrze. Jechało się wspaniale do połowy, czyli 270 km, mimo iż moim zdaniem nie do końca były dopracowane bufety, po prostu były za rzadko, co 60-100 km i zaopatrzone tylko w izotoniki i kanapki. Gorące napoje oraz batony trzeba było sobie dokupić (bufety były przy restauracji i kolejny przy stacji benzynowej). Od połowy dystansu bufety były rozstawiane co 30-40 km, lepiej zaopatrzone oraz znajdowały się tam również punkty techniczne i medyczne. Ale też mniej więcej od połowy, po zjeździe na „niziny”, zaczął wiać silny wiatr, o kierunku raczej nie muszę pisać, bo każdy rowerzysta wie jaki wiatr przeważnie wieje rowerzyście. Wiatr tak męczył ok. 8 godzin czyli mniej więcej do „wieczora” (tzn. wieczora tylko na zegarku, bo nadal było jasno). Tym sposobem dotarłam do Lillehammer, 185 km do mety.

W Lillehammer była sala z materacami i musiałam siłą woli się powstrzymywać, żeby się nie położyć. Po za tym w Lillehammer wycofał się maratończyk, z którym od prawie 200 km spotykaliśmy się na bufetach. Raczej nie było to budujące. Od Lillehammer rozpoczęły się schody, dosłownie. Jeżeli ktoś patrzył na profil trasy, to pewnie ocenił go podobnie jak ja, a mianowicie, że najtrudniejsze jest pierwsze 150 km, bo wyglądało to jak ciągły podjazd . Nic bardziej mylnego. Te kilometry do Hjerkin były wręcz nieodczuwalne, później długi zjazd do Dombas i w miarę spokojnie do Lillehammer, a potem 30 km podjazdów, męczących bardziej psychicznie aniżeli fizycznie.

Na 150 km do mety wracaliśmy z powrotem na autostradę do Oslo, która niewiele różniła się od „ schodów” z Lillehammer, no może tym, że podjazdy były dłuższe i od czasu do czasu zdarzał się zjazd. Mniej więcej 50 km przed metą przeżyłam jeszcze ostatnią przygodę. Była gdzieś 4-5 nad ranem, jadę sobie spokojnie autostradą, a tu widzę jak nade mną przejeżdżają rowerzyści, mimo bardzo dużej ilości Norwegów uprawiających różnorodne sporty, był to jednak niecodzienny widok, po prostu było za wcześnie. Zresztą zaraz Panowie mnie zawołali i wszystko stało się jasne. No cóż, okazało się, że gdzieś przeoczyłam zjazd z autostrady. Wszyscy wiemy, że na autostradzie nie da się zawrócić, a w tym przypadku nawet było to niemożliwe rowerem, bo na środku był wysoki płot. Pozostało mi jedynie wdrapać się po skarpie na most i jechać dalej. Całej tej operacji przyglądała się norweska policja, ale widocznie stwierdziła, że nie stanowię zagrożenia dla ruchu i potraktowali mnie z wyrozumiałością .

Dalej było znowu pod górę i z góry, i tak do samego końca. Nawet upragniony ma*l (po norwesku meta) był usytuowany pod górę . Ma*l obok matstasjon (bufet i pretekst do odpoczynku) były to dwa najważniejsze norweskie słowa przez ostatnie 30 godzin. Potwornie zmęczona, ale jakże szczęśliwa dotarłam do mety.

Dystans 540 km pokonałam w 31godzin 42 minuty, na rowerze mtb.

Na mecie otrzymałam medal, koszulkę i dyplom, odebrałam torbę i pojechałam do hotelu. Do następnego dnia odsypiałam, a w poniedziałek wyruszyłam zwiedzić Oslo. Oczywiście tyle, ile można w jeden dzień.

W zasadzie cały dystans przejechałam sama, nie miałam możliwości na rowerze MTB „złapać” się koła szosówek. Na całej trasie serdecznie pozdrawiali nas Norwegowie flagami i transparentami. Mijały mnie też grupy, które jechały na czas poniżej 16 godzin, chyba zawodowe, bo mieli własne wozy techniczne oraz płyny i odżywki. Nie spotkałam się z negatywnymi reakcjami ze strony uczestników, wręcz zachęcali mnie do wspólnej jazdy, ale nie było to możliwe na rowerze MTB.

Mimo ogromnego wysiłku postanowiłam tu wrócić i jeszcze raz pokonać koronny dystans Styrkeproven, tyle, że tym razem na rowerze szosowym. Starannie pakowałam swoją scalę. Czekała nas jeszcze jedna dłuższa podróż tego lata: maraton Alpenbrevet w Andermatt, w Szwajcarii

Dette var morro !

Z rowerowym pozdrowieniem Ewa Jurecka

Podobne:

Facebook