Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Wyniki z Gorzowa i generalka po Choszcznie
28 sierpnia 2007
Moje Gorzowskie Rowerowanie.
29 sierpnia 2007

Gorzowska Strzała – Odjazd 9:20

Adam 66 Filipek

Wiedziony blaskiem Pucharu Polski pojechałem na odbywający się w cieniu Wielkiego Wyścigu maraton w Gorzowie Wielkopolskim. Mekka i kolebka polskiego szosowego maratonizmu rowerowego powitała uczestników pogodnie.

Jeśli nie mogłem pojawić się na trasie Imagisu nawet jako kibic (myślałem nawet o trasie Bydgoszcz – Sochaczew) to pomyślałem, że rekompensatą może być jedynie start w najsilniejszej grupie GMR-u. Tego nie zaznałem nigdy. I to zostało mi dane. O godzinie 9:20 wystartowała moja grupa marzeń.

No i początek okazał się ekstremalnie ciężki. Do Tarnowa wiozłem się prawie stale na końcu. Wewnątrz grupy nie byłem w stanie trzymać koła. Ogon miał nierówne tempo, takie na dokręcanie i luzowanie korb. Nie można się było przyzwyczaić. Ze trzy razy zostałem na kilka długości roweru, ale akurat był jakiś podjeździk lub miejscowość i chcąc nie chcąc wpadałem bezwładnie w grupę. Zmiany Marcina po zmianie Andrzeja to był dobry sposób by mnie oberwać. Noga nie podawała. Modliłem się o boczny wiatr po nawrocie w lewo.

Tarnów, skręcamy. Wcześniej prawie karambol przy punkcie z „tenisistą”. Za Tarnowem koszmarny asfault, KK się chowa. Nierówny i co jakiś czas jopa jak micha. Uwaga napięta do granic. Czasem sygnalizują dziury czasem nie. Mogliby wcale – chyba lepiej. Ktoś tam zalicza którąś. Słychać wołania o pomstę do nieba. Na licznikach 35km/h. Gdzieś tam omijamy zaparkowany sprzęt rolny, ścieśniamy się na połówce asfaltu i mijamy dwie największe jopy na trasie. Horror kipiący! Ktoś hamuje i wpada, nie cytuję…

Sarny, znajome okolice. Po takim cudzie – jestem w grupie i rower cały – z radości wychodzę na legalną zmianę. Średnia ponad 37km/h a ja ją śrubuję – dlatego legalna ta moja zmiana. Walimy przez Witnicę jak Pro Tour. A Witniczanie… Dzieci wychodzą z wózków i stawiają pierwsze kroki. Kobiety zaczynają rodzić. Mężczyźni zaczynają planować zakup roweru… psy wyją.

Dalej ciężka acz przyjemna orka z wiatrem sprzyjającym. A nie pisałem jak połykaliśmy wszystkich startujących wcześniej. Zawsze to raczej ja byłem tak połykany przez grupy walące na mniejsze dystanse. Każda perspektywa przyjemna. Cudownie jest i…

42 km tak, tak Krzysztofie. Podcięto Ci koło za mostem na Warcie tym z tymi przełomami. Pamiętam jak podczas Bogdańca radziłeś jechać po lewej. Teraz jechał lewą TIR. Klan miał duuuuużo szczęścia. Podczas mojego pobytu w Choszcznie znajomy w Sieradzu w takiej samej sytuacji rozłupał kask. Zatem uderzone przednie (TIR nie brał tu udziału) koło Klana, przez koło tylne poprzedzającego zawodnika. Widziałem jak Klan kładzie się błyskawicznie, ale jakoś tak „na raty”, jakby próbował jechać – hamować – biec – odrzucając rower położył się na brzuchu. No i jeszcze ze trzech mogłoby Go przejechać – ale nie. Tak reszta grupy poleciała, ja obejrzałem się, został Musaszi, Klan stał o własnych siłach. Remik zapytał się czy zostajemy – podjąłem moralnie złą, ryzykowną z uwagi na małą ilość danych decyzję i pomknęliśmy za grupą. Okazało się, że nasza obecność niewiele by wniosła. Choć Klan nie musiałby jechać sam, gdy Musaszi wyczerpał baterie.
W ogóle to brawa za postawę dla Muasziego na tych 42 kilometrach i patrz wyżej.

Przed Sulęcinem na małej hopce zostajemy z Remikiem. Szalone tempo nas zagotowało. Zjazd i „odpoczynek” a na rynku – stoją głodomory. No i znów jesteśmy w grupie. Super hopki do Lubniewic. Jadę w czubie grupy. Prowadzę w GMR przez parę sekund. Miodzio. Dla takich chwil sie żyje. Daję ostatnią zmianę przed Bledzewem walimy z wiatrem potem w dół, rynek, mostki i silniki odmówiły dalszego kręcenia na szóstym biegu. Powolutku, bardzo powolutku grupa oddala się. Z mną jest jeszcze Remik, który walczy bólem kolana.

W Skwierzynie jest szansa pożegnać się z liderami. Już byli na punkcie, ja wpadam. Przed skrętem na Gorzów doganiają mnie dwóch z Interkolu i jeden z Kołobrzegu. Słowem zachęcili do wrzucenia szóstego biegu. Wskoczył mi bez problemu. Walili na 157km ja po 10km miałem znów dosyć. Fajana góreczka. Tu na pewno by mnie urwali i pod konkretny wiatr do Wawrowa i na płytki (lepiej się tu jechało niż za Tarnowem) i Kłodawa i półmetek.
Woda była w namiocie gdzie zupa – no problem.

Z Remikiem ruszamy na drugą pętlę wiedzeni blaskiem Pucharu Polski. Ależ ciężko po ten wietrzyk. Ożywił nas Waldek Skiba. I dalej we trójkę. Wszyscy solidnie pracowali. Za Krzeszowicami po kolejnym halsie na wiatr Remik poddał się bólowi kolana. Od razu nadmienię, ze sam stracił do naszej dwójki tylko 10 min na mecie. Ale Gość! Kaski z głów.

Z Waldemarem już bez historii dojechaliśmy do mety. A! miał kapcia na pierwszej pętli przed Kłodawą. To, dlatego miałem szansę jechać z Nim. Działało to mobilizująco. Nie czułem się tak dobrze jak w Choszcznie. Szaleńcze tempo z grupą przez 100km – 36,5km/h AVS, wiatr, temperatura, brak deszczu, zmęczenie sezonem robiły swoje. A wynik w stosunku do zwycięzców identyczny jak w Choszcznie! Dzięki Waldek! A może na finiszu go objechać? Ne, to se ne daje… uuuu. Był o 50m szybszy a nie o sekundę. Dalszy komentarz do sposobu startu czasu grupy zbyteczny.

To najcięższy start w tym roku. Dostarczył niezapomnianych wrażeń. Potwierdził, ile mogę z siebie wycisnąć. Wiem, że więcej bym nie wycisnął.
Nie lubię się męczyć…

Adam 66 Filipek

Facebook