Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Imagis Tour 2006 rusza
11 sierpnia 2006
Dać z siebie wszystko
18 sierpnia 2006

Filip Siwczyk

Wspólny start 27 zawodników odbył się na rampie promu w Świnoujściu przy armatniej salwie; jako jeden z czterech dostałem nadajnik dzięki któremu można było śledzić m.in. moją pozycję na bieżąco na stronie; pewnie dlatego nadajnik GPS dostałem gdyż byłem najmłodszym zawodnikiem, a w kolarstwie długodystansowym młody wiek nie jest zaletą. Jako jedyny startowałem na MTB (2 osoby jechały na trekkingach, reszta na kolarzówkach) i byłem jedną z dwóch osób która nie miała SPD, zatem mniejsza efektywność pedałowania w moim przypadku, także większa szansa na kontuzje nóg.

Do Wolina dojechaliśmy wolnym tempem, w 55minut, aby wszyscy nadążyli, odcinek ten był też przeznaczony na zdjęcia i kręcenie filmu. Jechałem w drugim rzędzie, za Wolinem już wszyscy się ze sobą mieszali, zmiany itp.. W peletonie jechało się bardzo lekko, mimo iż wszyscy poza mną którzy w nim byli mieli rowery szosowe; najlepiej by było jechać w peletonie jak najdłużej, aby oszczędzać siły, oraz czas, na późniejszy etap, możliwe że na samotną jazdę. Niestety na 90. km złapałem z tyłu flaka; z pomocą samochodów serwisowych które akurat nadjechały szybciej usunąłem awarię i dogoniłem kolarza który chwilę wcześniej też zmieniał dętkę. Ścigaliśmy peleton, co nie było łatwe, tym bardziej, że na 125. km ponownie musiałem zmienić dętkę :] Dalej już jechaliśmy w miarę ekonomicznie, zazwyczaj z lekkim wiatrem, średnia prędkość wynosiła niecałe 32km/h. Nogi jeszcze nie odmawiały posłuszeństwa mimo, że miałem lekkie zakwasy i bóle ścięgna jeszcze dzień wcześniej – najwidoczniej profilaktycznie stosowane BenGay i opaska na staw kolanowy oraz nienadwyrężanie się robiło swoje. Jedynie tyłek bolał.

Po wjechaniu na krajową drogę nr 10 jazda już nie była taka fajna, nawierzchnia dobra, ale bez pobocza i po jednym pasie w każdym kierunku, zatem trąbiące i wyprzedzające na trzeciego na styk TIRy sprawiały, że kilka razy łapałem równowagę aby nie wpaść do rowu, a nawet do Wałcza jeszcze nie dojechaliśmy. ‘Smaczku’ dodawały intensywne opady deszczu oraz temperatura wynosząca o g.16 jedynie 15C, a w połączeniu ze współczynnikiem chłodzącym wiatru oraz kompletnym przemoczeniem letniego stroju rowerowego oraz przede wszystkim butów, odczuwało się znacznie większe zimno. Na jednej stacji benzynowej wyżebrałem worek na śmieci, który mnie potem trochę grzał z przodu tułowia. Grzegorz, z którym jechałem, był coraz bliższy rezygnacji, nie ze względu na deszcz, lecz na TIRy i ich kierowców, chciał jeszcze trochę pożyć. Gdzieś po 230 km, po dojechaniu do Piły, podjął decyzję o rezygnacji i pojechaniu pociągiem do Wrocławia do domu. W takiej sytuacji dalej jechałbym sam, przynajmniej do Bydgoszczy, gdzie był duży punkt kontrolny i gdzie można by było kogoś złapać na wspólną jazdę. Do Bydgoszczy z Piły było tylko jakieś 90km, czyli z 3-3,5h jazdy, jednak trza było realnie pomyśleć, i tak, pomijając już (nie)bezpieczeństwo na drodze (drogą taką, później o gorszej nawierzchni, jechalibyśmy jeszcze przez ok. 500km, a biorąc pod uwagę zmęczenie, także psychiczne, jazdę nocą … i w ogóle;): wg planu przede mną były jeszcze 2 noce jazdy i dzień pomiędzy nimi, a jeżeli zanosiło się na to, że w nocy może być i 5*C skoro o 16 było 15, do tego opady, gdyż po dojechaniu do Piły błyskało w chmurach jeszcze mocniej i częściej, w Bydgoszczy w czekającym na wszystkich dużym aucie serwisowym miałem do ubrania tylko kurtkę, a byłem cały mokry, a przede wszystkim buty, które ‘pierdziały’ podczas naciskania na pedały – nogi by drętwiały, a przecież dzięki nogom się przemieszczam; reasumując – jazda w takich warunkach porównywalna by była z przejściem na golasa latem przez pd. Grenlandię ;) – po prostu w końcu bym wymiękł, zapewne pierwszej nocy po kilku godzinach jazdy.

Zatem w takiej sytuacji najlepiej chyba było zrezygnować i nie męczyć się już niepotrzebnie, nie narażać na drodze i … zaoszczędzić jakieś 200zł, których wydanie by mnie czekało po ewentualnym dotarciu do mety (noclegi na koniec imprezy + powrót sypialnym pociągiem) ;)

Jednakże, jak mówi Lance: ból przemija, a świadomość porażki nigdy. (dobry cytat Grzesiek;)

Zobacz zdjecia i filmy

Facebook