Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Już za kilka dni IV ŁMR
14 lipca 2008
Rowerowy piorunochron
15 lipca 2008

Wszystko zaczęło się w marcu. Wtedy to dokonałem zgłoszenia i wpłaty startowego uprawniających do udziału w tegorocznej górskiej edycji Pucharu Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych: Pętla Beskidzka – Istebna 2008.

Jako że miał to być mój pierwszy amatorski start w maratonie szosowym, każdy trening od pierwszych oznak wiosny podporządkowany był tylko jednemu celowi – przygotować formę na koniec czerwca. W między czasie kilkakrotnie wystartowałem w imprezach lokalnych na terenie województwa Świętokrzyskiego o dystansach zbliżonych do wybranej przeze mnie trasy „Mini” maratonu w Istebnej. Co prawda Górom Świętokrzyskim daleko do szczytów Beskidu Śląskiego, ale kilkukilometrowe podjazdy i u nas się znajdą. Są też takie o nachyleniu ponad 10% dające przedsmak prawdziwych górskich wspinaczek. Każdą wolną chwilę, każdy wolny weekend spędzałem na zjazdach i podjazdach szlifując formę. Szczęśliwie ominęły mnie w tym czasie defekty sprzętu, kontuje etc., aż zbliżył się dzień wyjazdu.
Wraz z moim nastoletnim synem w przeddzień startu spakowaliśmy potrzebny sprzęt i udaliśmy się w 300 km podróż, której celem była….Istebna.
Po drodze zabieramy znajomego do tej pory z internetowego forum Dobrosława (którego relacja również znajduje się na naszej stronie) i podwozimy go do Wisły, skąd później dołączy do nas ze swoim kolegą Michałem.
W Istebnej szybko odnajdujemy miejsce noclegu, rozpakowujemy się, przebieramy i ruszamy do biura zawodów gdzie dokonuję rejestracji. Tam też spotykamy się z Dobrym i Michałem którzy w międzyczasie dotarli z Wisły. Po rejestracji zostaję na odprawę techniczną, która przewidziana jest na godzinę 21.00. Organizatorzy zapoznają nas z trasą, zasadami startu, udzielają cennych porad. O 22.00 powrót na kwaterę.
Pobudka o 6.00. Pogoda wymarzona na start: słoneczko, trochę wiatru. Zjadam kaloryczne śniadanie, przygotowuję bidony i prowiant, ostatnia kontrola sprzętu i ruszamy pod amfiteatr. Od tej pory syn pełni rolę fotoreportera ( załączona galeria zdjęć jest w 90% jego autorstwa) a ja reprezentując barwy „pro-cycling.org” udaję się na linię startu. Spotykam tam grupę moich znajomych ze Skarżyskiego Towarzystwa Cyklistów, z którymi wiele kilometrów spędziliśmy na wspólnych treningach. W ostatniej chwili dołącza do mnie jeszcze jeden reprezentant pro-cycling.org. Dawid Branny, który dziś postanawia zmierzyć się z dystansem Mega.

Trasę rozpoczynamy 8-mio kilometrowym podjazdem pod Ochodzitą. Jedziemy w asyście Policji, przy zamkniętym ruchu. Obowiązuje zakaz ścigania, ale już pierwsze kilkaset metrów dokonuje selekcji wśród uczestników. Na szczyt, gdzie ulokowana została premia górska docieram po 28 minutach, ze średnią nieco ponad 16 km/h. Następnie równie długi zjazd a potem prosta aż do miejsca w którym rozchodzą się trasy dystansów Mini (86km) i Mega (150 km). Ci którzy zdecydowali się na trasę Giga pokonują najpierw odcinek Mega a później wrócą do tego miejsca aby pokonać odcinek Mini.

Jeszcze kilkanaście kilometrów pokonuję w samotności, a później dogania mnie i towarzyszy zawodnik który spóźnił się na start, i choć nie został zarejestrowany postanawia pokonać dystans. Razem docieramy do punktu żywieniowego, gdzie uzupełniam stracone wcześniej kalorie i dopełniam bidony. W tym miejscu mamy już za sobą 45 km, ale dopiero teraz Beskid Śląski pokaże na co go stać. Mijamy Szczyrk i rozpoczyna się pierwszy z trzech następujących po sobie podjazdów za którymi znajduje się upragniona meta. Wjazd na Salmopol nie jest może najtrudniejszy technicznie, ale za to najdłuższy i ciągnie się bez końca. Jedyna recepta aby go pokonać to utrzymywać stałe tempo i brnąć przed siebie. W takich momentach mozolnego wysiłku stają przed oczami relacje z najtrudniejszych a zarazem najciekawszych etapów Giro czy TdF, a każdy amator kolarstwa choć przez chwilę może poczuć namiastkę tego co przeżywają gwiazdy zawodowego peletonu. Po tej trwającej wieczność wspinaczce wreszcie upragniony zjazd do Wisły. Na tym odcinku, niektórym ze szczęśliwców uda się dzisiaj zobaczyć trenującego Sylwestra Szmyda. Mnie niestety ta okazja ominęła ale dzięki temu mogłem z pełną koncentracją i skupieniem przystąpić zmierzenia się z następnym podjazdem na Kubalonkę. Pierwszą część do Zameczku pokonuję jeszcze chyba siłą rozpędu z zakończonego właśnie zjazdu. Dalej to już koszmar. Coraz większe nachylenie stoku odbiera mi z każdą chwilą coraz bardziej ochotę do dalszej jazdy. Do tego przed oczami pojawia się znak drogowy informujący o stromym podjeździe i to w chwili gdy myślałem że już dojeżdżam do szczytu. Gdy motywacja zaczyna sięgać dna przypominają mi się słowa z o

rganizatora z odprawy technicznej: „…jeśli tu zsiądziecie z roweru to nie ma możliwości żeby z powrotem wpiąć się w pedały i ruszyć dalej pod górę przy tym nachyleniu na rowerze szosowym…”. Na zmianę więc to staję to siadam, aby odciążyć niektóre partie mięśni i kręcę mozolnie w kierunku szczytu. O dziwo po drodze udaje mi się minąć trzech zawodników których ten podjazd potraktował brutalniej niż mnie. Ale wtedy przychodzi drugi kryzys. Przed zejściem z roweru uratował mnie jadący przede mną maratończyk z Rudy Śląskiej, którego kolegę minąłem po drodze. Ramię w ramię pokonujemy ostatnie metry Kubalonki a na szczycie, przed ostatnim dzisiaj zjazdem dogania nas jego kompan. Jakiś czas jedziemy wspólnie, wyrównujemy oddech i zjeżdżamy do Istebnej Zaolzie, skąd rozpoczyna się ostatni 5 – cio kilometrowy podjazd pod metę na Ochodzitą. Jednak ta wersja podjazdu pod Ochodzitą jest zdecydowanie trudniejsza od pierwszej bo: mam już w nogach 81 km trasy oraz ma dwa fragmenty o blisko 20 % nachyleniu. To tutaj tak naprawdę przechodzę chrzest bojowy maratończyka – amatora, gdy moje płuca ledwie nadążają dostarczać tlenu do palących mięśni ud. To tutaj trwa niekończąca się wspinaczka, przy maksymalnej w tym miejscu prędkości 5-8 km/h. Przed maratonem nawet nie byłem w stanie wyobrazić sobie ile potrafię znieść na trasie i jakie pokłady silnej woli posiadam. Tego dnia tylko to pozwoliło mi pokonać własne słabości i wjechać na upragnioną metę. Po przejechaniu linii mety odbieram gratulacje od przedstawicielki organizatora, otrzymuję okolicznościowy medal i zdaję numer startowy. Chwila odpoczynku, wymiana wrażeń ze znajomymi i udaję się zostawionym wcześniej tam samochodem na kwaterę. Prysznic, lekki posiłek,

pakujemy rzeczy i wracamy na trasę aby dopingować resztę uczestników i dokumentować kolejnych szczęśliwców wpadających ostatkiem sił na metę. Następnie zjeżdżamy do miejsca gdzie czeka na nas posiłek regeneracyjny a później odbędzie się uroczysta dekoracja zwycięzców w poszczególnych kategoriach oraz losowanie nagród. Impreza kończy się ok. godziny 23.00, a my jeszcze pełni wrażeń z trasy wsiadamy do samochodu i ruszamy w drogę powrotną. O 03.05 docieramy do domu.
Był to mój pierwszy i dziś już wiem że nie ostatni udział w maratonie rowerowym. Wspaniała organizacja (wielki ukłon w stronę organizatora „Legierski Projects”) i atmosfera wśród kolarskiej braci bezsprzecznie potrafią zaszczepić nieodpartą chęć udziału w kolejnych edycjach tego i innych maratonów. Już wcześniej czułem że tak będzie i dlatego zgłosiłem się na Klasyk Kłodzki….a więc do zobaczenia na szosie.

Wasz Korespondent Terenowy …

Galeria zdjęć

Źródło: pro-cycling.org

Facebook