Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
X Rajd Dookoła Tatr 28.08.2005
28 sierpnia 2005
Rajd rowerowy dookoła Polski
30 września 2005

IV Gorzowski Maraton Rowerowy – nasza relacja
Epilog

Po Świnoujściu, Łobzie, Choszcznie, Srebrnej Górze i Gryficach przyszedł wreszcie czas na finał Pucharu Polski w Maratonach Szosowych. Impreza w Gorzowie zakończyła zmagania kolarzy- maratończyków w naszym kraju. Za nami ponad dwa tysiące kilometrów w słońcu, w egipskich ciemnościach, w deszczu, po górach, nizinach, w Polsce, w Niemczech, w blasku księżyca i gwiazd, na wietrze, a nawet na mrozie!

IV Gorzowski Maraton Rowerowy udał się jak mało która impreza w Polsce. Dopisała pogoda- było słonecznie, bez większego wiatru, bez upału; na zimno czasem narzekali ci, którzy zdecydowali się na długą pętlę- 419 km, gdyż ściganie kończyli w nocy. Uczestnicy pozostałych dystansów- 209 km i 71 km mogli już w pełni korzystać z uroków kończącego się lata. Było bardzo rodzinnie: z jednej strony sportowy, męski zapał tatusiów, z drugiej strony troskliwe mamy, spoglądające zza kierownicy na swoje pociechy, które też dzielnie startowały. „Ja postanowiłam wystartować, bo chciałam swojego chłopa pilnować, bo podobno kolarki na maratonach bardzo urokliwe” śmiała się jedna z uczestniczek zawodów. Potwierdzam, potwierdzam…
Rodzinna atmosfera

W atmosferze autentycznej przyjaźni i życzliwości, przy bardzo dobrze oznaczonej trasie (nawet taki niezdara, jak ja nie miała problemu z odnalezieniem trasy) bawiliśmy się świetnie. Widać, że organizatorom naprawdę zależało na tym, by każdy wyjechał z Gorzowa z najlepszymi wrażeniami. Każdy dostał pamiątkowe koszulki, emblematy i inne gadżety; estetyczny start, piękne krajobrazy na trasie, która wcale nie była tak do końca płaska. Może szkoda, że nie wystartowaliśmy wszyscy razem, ale cóż, życzenie praktycznie niewykonalne przy otwartym ruchu drogowym, poza tym trudno sobie wyobrazić bufet w takich warunkach. Specjalnie zatrzymałem się na dłużej w jego strefie, by podpatrzeć, jak wygląda tutaj organizacja. Byłem pod wrażeniem. Wcześniej nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak ciężko jest zorganizować taki punkt żywieniowy- obsługa bez przerwy obliczała, co trzeba robić, by dla wszystkich wystarczyło jedzenia, picia, by nikt nie czuł się pokrzywdzony. „Zróbcie coś, bo woda idzie jak woda!” „Jest jeszcze zapas rezerwy i powinno wystarczyć, ale przecież ci, co jeszcze nie przyjechali będą chyba bardziej spragnieni!” „Niech ktoś pomoże mi wziąć te banany!” Myślę, że organizatorzy nie mniej pracowali tego dnia od zawodników. Choć maraton odbywał się przy ruchu otwartym, jednak w rywalizacji z autami pomagała nam trochę policja.

Pan Jan Ambroziak
Najbardziej barwna osobowość polskich maratonów. O wieku nie ma co wspominać, jeszcze mu bardzo daleko do weteranów- rekordzistów, ale z drugiej strony naprawdę mało ma rówieśników, którzy dorównaliby mu wytrwałością, zawziętością, kondycją i zapałem. Wszyscy go lubią za ogromną pogodę ducha, otwartość, humor, życzliwość. Pan Jan jeździ szybko, zważywszy, na jakim rowerze startuje; ogromne wrażenie na mnie zrobiło to, jak brawurowo brał zakręty. Miał zamiar ukończyć długi dystans, bardzo się starał, rozmawiałem z nim na trasie. No cóż, jeszcze będzie miał niejedną okazję.
Pędząca kapusta
Wystartowałem w zawodach w bojowym nastroju: przecież po Świnoujściu, po podobnej trasie byłem piąty na długim dystansie i szósty w klasyfikacji OPEN całego Pucharu! Jednak szybko okazało się, że półmiesięczne rozprężenie w treningach i zmęczenie sezonem wzięły górę. Szybko zwolniłem i postanowiłem zamienić się w kompletnego turystę. Jechałem bardzo spokojnie. Poza kilkumetrowym odcinkiem, gdy niespodzianie przyszło mi się zmagać z tajemniczym jeźdźcem. Oto niespodzianie wyprzedza mnie na wielkim, topornym rowerze masywne chłopisko w stroju rolniczym. Na bagażniku spory kosz wypełniony kapustą, na nogach solidne gumiaki. Nadepnął mi na ambicję- jak to tak, mnie, na profesjonalnej kolarzówce? Przyśpieszyłem do 30/h. Gość trzyma się dzielnie, tuż za mną. Czuję się coraz bardziej zdenerwowany, przyśpieszam do 35km/h. Nie wierzę własnym oczom: wiejski cyklista trzyma tempo zamaszyście pedałując, wprowadzając w wibrację swój zardzewiały rower. I wreszcie oddycham z ulgą: kosz na jego bagażniku pęka, kapusta zaczyna się wysypywać. Teraz mi da spokój. Ale nie, bynajmniej, nie zważa na kapustę, tylko przyssał się do mnie! Co więcej- bez kapusty jedzie mu się znacznie lepiej! Pędzę 40km/h, tamten ani drgnie, sapie tylko i rzęzi rowerem. Horror! Chyba będzie wyprzedzać, bo zmienia geometrię ramy. Wysłużona Ukraina pęka, a moja kolarska reputacja pozostaje niezagrożona. Rolnik jest potrójnie przegrany: nie wyprzedził mnie, w dodatku skasował rower, a kapustę diabli wzięli.

Pożegnanie lata
Maraton zbiegł się w czasie z okazałym festynem, na którym gorzowianie żegnali lato. Mrowie ludzi, mnóstwo atrakcyjnych imprez, konkursów, pokazów… Nie trzeba było być kolarzem, ani kibicem, by na mecie maratonu świetnie się bawić. Również miejsce na mecie tak naprawdę nie było tak ważne, jak uczestnictwo. Wieczorem, gdy zdecydowana większość kolarzy odpoczywała, bawiła się, wymieniała wrażeniami, około trzydziestoosobowa grupa śmiałków wciąż walczyła na trasie długiej pętli. Przez telefony komórkowe dochodziły do nas lakoniczne informacje o ciężkiej rywalizacji, o złapanych gumach, wywrotkach, stratach i przewagach. Pierwszy na mecie długiej pętli zameldował się oczywiście niezmordowany Zdzisław Kalinowski, który pewnie sięgnął po Puchar Polski. W Gorzowie przyszło mu walczyć zaciekle na „kresce” z Marcinem Sierantem. Pan Zdzisław był w tym sezonie bezkonkurencyjny. Grzegorz Bogdajewicz wygrał na „krótkim” dystansie, Dariusz Wróbel „ogolił” małą pętlę (71 km). Zwycięzców było zresztą mnóstwo (rozmaite kategorie).

Nie da się ukryć: pojawia się w polskim kolarskim światku nowa, liczna, dobrze zorganizowana i zżyta grupa prawdziwych amatorów, może nie tak „wyżyłowanych”, jak pseudoamatorzy- Mastersi, ale przecież o to właśnie chodzi. W maratonach ważna jest bardzo wytrwałość, silna wola, a nie tylko przygotowanie kondycyjne. No i oczywiście to, by wszyscy dobrze się bawili. Jak na przykład w Gorzowie.

relacja ze strony bikeboard.pl

Facebook