Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
28.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Wrażenia po Gryflandzie
16 maja 2011
Czarek zaprasza do Świnoujścia
19 maja 2011

Tytułem wstępu: lubię jeździć na rowerze. Zawsze lubiłam, jeszcze zanim po raz pierwszy na niego wsiadłam. Przeczuwałam, że to może być świetna zabawa i nie myliłam się. Nauczyłam się jeździć na rowerze dopiero w roku 2004….. Nie trenuję i nigdy nie trenowałam kolarstwa, trening boli, a ja z roweru chcę czerpać radość i przyjemność. Więc po prostu jadę. I jadę, i jadę, i ciągle chcę jechać jeszcze. Jak już wspominałam, lubię jeździć na rowerze. Bardzo. Być może aż za bardzo.

W 2007r. pewnego styczniowego dnia pośród huraganowego wiatru łamiącego drzewa i zrywającego reklamy, Krzysztof, wtedy jeszcze jako mój kolega, pojechał z Poznania do Warszawy rowerem. Zrobił wtedy samotnie 338km. Po cichu mu zazdrościłam pokonania takiego dystansu. Zanim pojechaliśmy razem na nasz pierwszy maraton szosowy w 2009r. do Leszna, zdarzyło mi się kilka razy popełnić trasę 200km+, nigdy jednak nie udało mi się przekroczyć magicznej bariery 300km. Tej liczby, która śniła mi się po nocach.

Kiedy dowiedziałam się, że w Gryficach będzie dystans ULTRA wynoszący 410km wiedziałam, że to coś dla mnie. Coś, na co długo czekałam…

Piątek 13.05.2011
Kiedy startuje się o 4.00 nad ranem w sobotę, to w piątek trzeba się porządnie wyspać. Z tej to okazji Krzysztof i ja wzięliśmy sobie w piątek urlop. Spaliśmy długo, a gdyśmy się zbudzili, przystąpiliśmy do obfitego śniadania. Potem zapakowaliśmy do wozu rowery i bagaż i ruszyliśmy do Gryfic. Tradycyjnie w drodze „do” auto prowadziłam ja. W Gryficach byliśmy przed 18.00. Odebraliśmy nasze pakiety startowe, pogadaliśmy chwilę z Markiem Zadwornym i poszliśmy na obiad. Do odprawy było jeszcze trochę czasu, stwierdziliśmy, że zdążymy zjeść pizzę. Centrum Gryfic pełne było maratończyków, w wybranej przez nas pizzerii spotkaliśmy Beatę Tulimowską której towarzyszyli dwaj koledzy. Fajnie było z nimi pogadać. Średnia pizza trochę przerosła nasze możliwości, nie daliśmy rady zjeść całej.

Na odprawie Marek opowiadał o trasie, punktach kontrolnych i konieczności przestrzegania przepisów o ruchu drogowym. W tej ostatniej kwestii wypowiedziała się również sympatyczna policjantka.

Noclegu nie mieliśmy zarezerwowanego. Teoretycznie – dość ryzykancko. W praktyce – zupełnie nie. Wybraliśmy najtańszą możliwą opcję, tj. nocleg na kempingu w wiosce o nazwie Kołomąć leżącej jakieś 7km od Gryfic. Nocleg w namiocie. Tak jak się spodziewaliśmy, o tej porze roku byliśmy jedynym namiotem na kempingu, hihihi. Za całość (czyli nocleg 2 osób za 2 noce, prysznic i wjazd samochodem) zapłaciliśmy 55 zł. Gratis dostaliśmy cudny widok na jezioro. Kiedyśmy się rozpakowywali/rozbijali namiot/dmuchali materac, towarzyszył nam Tomek Ignasiak, który wraz z kilkoma kolegami wynajął domek na tymże kempingu. Utalentowany zawodnik z kategorii M4 i niezwykle barwna postać. Długa rozmowa z nim była prawdziwą przyjemnością.

Spać poszliśmy o 22:30.

Sobota 14.05.2011
Budzik zadzwonił o 2:30. Normalne małżeństwo, jeśli w sobotę idzie na rower, to raczej po południu, na jakieś 2 godzinki i z pewnością nie wstaje w tym celu w środku nocy. Prawdopodobnie my nieco odbiegamy od normy. Zjedliśmy śniadanie u Tomka i jego kolegów w domku. Czas płynął bardzo szybko i nadeszła chwila wyjazdu do Gryfic. Wsiedliśmy do auta i po chwili byliśmy na Placu Zwycięstwa. Do naszej grupy startującej o 4:00 nad ranem dobiliśmy jako ostatni. Było jeszcze zupełnie ciemno. W ciemnościach prawie nic nie widzę, miałam więc z przodu bardzo silną lampkę. Z tyłu miałam równie silnego i mrugającego w dodatku „potworka” na… takich nocnych kierowców samochodowych jak ja. Aby z daleka widzieli naszą grupę i w nas nie wjechali. Moją tylną lampkę można, jeśli idzie o moc świecenia, przyrównać do samochodowego światła przeciwmgielnego.

Ruszyliśmy. Pierwsze metry to była prawdziwa katastrofa. Ciemno i kamienny nierówny bruk. Przerwy między kostkami wypełnione były piaskiem i miały akurat taką szerokość, że oponka roweru szosowego idealnie w nie wpadała. Trzęsło i rzucało. I prawie nic nie widziałam. W końcu bruk się skończył i wyjechaliśmy na asfalt. Okrążyliśmy rondo i polecieliśmy w kierunku Płotów. Grupkę prowadził Krzysztof, za nim jechałam ja na zmianę z Beatą. Było ciemno. Widziałam niewiele. Patrzyłam prosto w świecącą światłem stałym tylną lampkę Krzysia i jechałam za tą lampką.

Było nadal ciemno, kiedy po raz pierwszy tego dnia wjechaliśmy do Płotów (mieliśmy je tego dnia odwiedzić aż 9 razy!). Skręciliśmy w prawo w kierunku Golczewa. Gdzieś za tym skrętem zorientowaliśmy się, że jedziemy we trójkę. Zawodnik nr 4 – Sylwester Rutkowski, Krzysztof i ja. Beata i Kamil byli jakieś 200-300m za nami. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie zwolnić i nie poczekać na nich. Jechaliśmy jednak swoje, bo było okropnie zimno. Kiedy zaczęło się robić jasno, wyczytałam z licznika, że jest zaledwie 5 stopni Celsjusza. Jechaliśmy szybko, ale mimo to cały czas nie mogłam się rozgrzać. Ubrani byliśmy z Krzysiem lekko – koszulki kolarskie, gamexy i spodnie: ja 3/4, Krzyś krótkie. Do tego rękawiczki z krótkimi palcami. Palce miałam tak zgrabiałe z zimna, że prawie ich nie czułam. W Golczewie na rondzie nie było maty kontrolnej. Stał tam gość z kartką i długopisem, który spisywał wjeżdżających na rondo zawodników.

Gdzieś za rondem w Golczewie dogoniliśmy chłopaka z nr 9 jadącego na błękitnej szosówce. Odpadł od grupki, która wyprzedziła nas jeszcze przed rondem. Krzyknęłam do niego: „choć młody, przydasz nam się!” On odpowiedział, że jest starym piernikiem, a nie młodym i dołączył. Od tej chwili jechaliśmy we 4. Jadący na rowerze innym Sylwester bardzo ładnie z Krzyśkiem współpracował. Dawał zmiany i nie lenił się. Nie trzeba go było też do zmian przynaglać. Zawodnik nr 9 – Sławek Michalak współpracował nieco gorzej, ale też się starał. Na samym początku Sławek trochę kombinował i momentami uciekał do przodu, doganialiśmy go jednak zawsze i koniec końców jechał z nami aż do samej mety. Z tego co gadał wynikało, że traktuje ten maraton jako kwalifikacje do owianego legendą Bałtyk – Bieszczady Tour. Prawdopodobnie wiele osób jechało tego dnia dystans ULTRA w ramach kwalifikacji.

Wracając z Golczewa po raz drugi wjechaliśmy do Płotów. Miała tam gdzieś stać policja, ale ja jej nie widziałam. W Płotach było już zupełnie jasno. Szosy, którymi jechaliśmy były dobrej jakości. Trochę dziurawy był jeden odcinek w lesie. Trzeba było uważać, aby w coś nie wlecieć. Krzysztof starał się mi pokazywać wszystkie dziury. Trasa generalnie była płaska. Kiedy się jedzie w grupie i na rowerze szosowym, niewielkie zmarszczki są zupełnie nieodczuwalne i pokonuje się je z pełną prędkością. To była moja druga jazda na długim dystansie na szosówce. Colnago CLX 2.0 idzie jak błyskawica. Każde mocniejsze naciśnięcie na pedały powoduje istotny wzrost prędkości. Na spękanym/nierównym asfalcie idealnie tłumi. Była to dla mnie pewna nowość w porównaniu z rowerem MTB. Tłumi, ale nie ugina się. Wspaniała sprawa. Żadnych strat energii.

Nie potrafię powiedzieć kiedy dokładnie to się stało (na pewno na pierwszej pętli, przed nawrotką do Gryfic), ale nasza grupa zaczęła się powiększać. Zrobiła nas się pokaźna gromada. Nie wymienię wszystkich osób, bo niestety nie wszyscy przykładali się do pracy dając zmiany. Były wśród nas leniuszki, które cały czas starały się gdzieś chować. Z osób, które się przykładały na pochwałę za ładną pracę zasługują: mój Krzysztof, który niejednokrotnie ciągnął grupę przez wiele kilometrów, Sylwester Rutkowski (nr 4), Edward Dąbrowski (nr 24) – mocny i szybki zawodnik z kat. M6 (jego zmiany momentami były aż za mocne, że uciekał i nie zawsze można było utrzymać mu koła), młodziutki Tomek Marchel (nr 11), który na sztywnym niebieskim rowerze MTB naprawdę dał czadu i dopóki przeforsowując się nie odpadł – świetnie pracował, Sławek Michalak (nr 9). Jeśli idzie o moją osobę – przyznaję – obijałam się. Ani razu nie dałam zmiany, a podczas jazdy nader często można było usłyszeć terkot bębenka w mojej tylnej piaście. Nie jechałam na maksa, gdyż bałam się kryzysu. W końcu 410km to długi dystans. Za długi by szaleć. Zresztą ja nie lubię szaleństw.

Uzgodniliśmy sobie z Sylwestrem i resztą grupy, że zatrzymujemy się na każdym bufecie. Było to uzasadnione. Dobre odżywianie i picie to połowa sukcesu. Kawałek za Radowem Małym, w którym był pierwszy bufet, była wioska o nazwie Strzmiele. Skręcaliśmy tam w prawo i od razu było pod górę. Na asfalcie był wymalowany uśmiech, który kazał się domyśleć, że górka da w kość. Altimetr wykazał 7% nachylenia. Podjazd ten każdy mielił sobie w swoim tempie. Krzyś jak zwykle pod górkę wyrwał do przodu, ja jechałam gdzieś w środku naszej nieco rozciągniętej grupki. Na górze scaliliśmy się i znowu kręciliśmy wszyscy razem.

W Siedlicach, najbardziej na południe wysuniętym punkcie trasy, odbijaliśmy na Gryfice. Od tego momentu było z wiatrem. Jechało się świetnie. Do tego pogoda była znakomita – błękitne niebo i słońce i cieplej z każdą chwilą. Na bufecie w Gryficach na licznikach mieliśmy już ponad 100km i średnią ponad 30km/h. Nie czuliśmy żadnego zmęczenia.

Po postoju na bufecie była nawrotka na gryfickim rondzie. Na szczęście nie trzeba było wjeżdżać na brukowany Plac Zwycięstwa. W porównaniu z porankiem zauważyliśmy, że pojawił się południowy wiaterek w twarz. Utrudniał on nieco jazdę, ale nie na tyle, by nas spowolnić. Gdzieś na drugiej pętli zaczęła mnie boleć prawa kostka. Odnowiła się ni z tego ni z owego kontuzja więzadła trójgraniastego. Nikomu nic nie powiedziałam, siedziałam cicho aż do mety jadąc z tą bolącą kostką. Na drugim bufecie w Radowie Małym zdjęliśmy gamexy i wysmarowaliśmy się kremem do opalania, bo słońce jednak świeciło mocno. Zjedliśmy z Krzysiem, poza bufetowymi słodyczami, po połowie zwykłej kostki rosołowej, aby na tak długiej trasie nie dopuścić do fatalnej w skutkach hiponatremii. Paskudnie słone to było i miałam tą kostkę w ustach jeszcze kawał drogi za podjazdem w Strzmielach.

Na drugiej pętli jechało mi się źle. Boląca kostka i kark z lewej strony nieco męczyły. Cała w ogóle czułam się słaba jak ostatni zdechlak. Grupa cały czas pracowała i mimo kryzysu nie odpuszczałam i jechaliśmy wszyscy razem. Na drugiej pętli byliśmy świadkami jak można w głupi sposób położyć dystans ULTRA. Dogoniliśmy chłopaka, który na pierwszy rzut oka wyglądał jak prawdziwy zawodowiec. Miał idealnie dopasowany strój, fajny rower i o ile dobrze widziałam nawet ogolone nogi. Dołączył do nas, ale jechał w dziwny sposób. Kiedy się na niego patrzyło widać było, że wszystkie mięśnie ma napięte. Po niedługiej wspólnej jeździe skoczył do przodu, zrobił sprint i oddalił się. Krzysztof – obserwator mniej wnikliwy – stwierdził, że tamten pewnie się znudził naszym tempem. Spotkaliśmy go kilka km dalej jak stał na poboczu. Potem dogonił nas z inną, mocniejszą grupą i poleciał z nią do przodu. Mijaliśmy go potem wymęczonego, jechał sam, odpadł od tamtych i za nami też już nie dał rady się utrzymać. ULTRA nie ukończył.

Po pokonaniu 200km nasza średnia nadal przekraczała nieznacznie 30km/h. Szło szybko i sprawnie. W grupie siła. Raz po raz z naprzeciwka mijaliśmy się z grupami, które startowały po nas. Były uśmiechy, machanie łapkami, wesołe okrzyki. Raz po raz ktoś wyprzedzał nas, albo my kogoś. Witałam słowem „cześć” lub „siadaj na koło” wszystkich, których wyprzedzałam. Nie pamiętam na której pętli (drugiej lub trzeciej) mijaliśmy na kawałku Gryfice – Płoty p. Janka Ambroziaka. On jechał w stronę Płotów, my Gryfic. Krzyczałam do niego przez całą szerokość drogi. To bardzo cieszy, że mimo problemów ze zdrowiem może choć trochę pojeździć na rowerze.

Około godziny 11:00 zaczęłam rozglądać się za supergrupą z Tomkiem Ignasiakiem, Zdzisławem Kalinowskim, Bogusławem Kramarczykiem i innymi sławnymi maratończykami. Startowali oni o godz. 6:00. Tomek jeszcze przed startem wyliczył sobie, że dogonienie mojej grupy jego grupie zajmie około 7 godzin. Jako, że jechaliśmy ładnie, zajęło 8. Spotkaliśmy Tomka na bufecie w Gryficach kilka minut po 12:00, on wjeżdżał, my już ruszaliśmy. Niedługo później jego grupa dogoniła nas jadących po raz kolejny w stronę Płotów.

Na trzeciej pętli odżyłam. Siły wróciły, kostka nadal bolała, kark też ale ogólne uczucie słabości na szczęście znikło. Trzecia pętla była ponura. Na niebie pojawiły się dziwne chmury. Rozglądałam się i zastanawiałam, czy będzie z tego deszcz. Na trzecim bufecie w Radowie Małym spotkaliśmy Roberta Neugebauera, bardzo sympatycznego zawodnika M6 z Iławy, który tym razem zdecydował się na pokonanie dystansu MEGA. Chwilę pogadaliśmy, po czym on ruszył, a my jeszcze chwilę posiedzieliśmy jedząc. Spotkaliśmy się ponownie dużo później, dość daleko za nawrotką w Siedlicach w stronę Gryfic.

Na trzeciej pętli wyprzedzaliśmy dwie dziewczyny. Nie wiem dlaczego na nasz widok zjechały z asfaltu na żwirkowe pobocze. Aż mi ciśnienie skoczyło, wystraszyłam się, aby nie zaliczyły gleby. Jechały co prawda na rowerach typu MTB, ale opony miały zapewne raczej łyse i wąskie.

Na ostatnim gryfickim bufecie w naszej grupie byli: Sylwestr Rutkowski, Sławek Michalak, Edward Dąbrowski, Kamil Chwistecki, Jakub Gierlik, Jan Wesołowski, Krzysztof i ja. Kiedy dolewałam wody do camelbaka, Jan zaproponował mi Izostar w proszku. Z wdzięcznością skorzystałam z jego propozycji. W tym momencie izotonik w proszku zaoferował też Kamil. Miał odmierzone porcje w małych woreczkach strunowych. Wzięłam dwa woreczki. Jeden dla siebie, drugi dla Krzysia. Dolałam wody i zamieszałam. Zjedliśmy co nieco (w Gryficach zawsze brałam jogobułę, w Radowie Małym Liona i banana) i pojechaliśmy na ostatnią rundę.
Pod wiatr jechaliśmy solidarnie razem, choć nie obyło się bez szarpania. Chłopaki wyrywali do przodu z prędkością ponad 30km/h, następnie zwalniali do 25-26 km/h. Raz było sprintersko, raz lesersko. Takie szarpanie kosztuje dużo energii, zwłaszcza gdy ma się w nogach ponad 320km. Krzysztof pilnował grupy i gdy tylko zaczynało się szarpanie i trochę zaczynałam odstawać, zwalniał, a potem delikatnie przyspieszał dociągając do grupy. Dawno tak ładnie nie współpracowaliśmy. Zwykle nasz udział w maratonach polega na tym, że Krzysztof ucieka, a ja go gonię. Zwykle jedziemy we dwójkę. Magia jazdy w grupie sprawiła, że pilnowaliśmy siebie nawzajem.

Na ostatnim bufecie w Radowie Małym wiedziałam, że niedługo zacznie się szarpanie na dobre. Po raz 4 i ostatni pokonaliśmy 7% podjazd w Strzmielach. Jechałam ramię w ramię ze Sławkiem. Na czwartym kółku ta górka trochę bolała. Dla wyrównania oddechu zaczęłam gadać. Tematem rozmowy było: ile jeszcze takich kółek by trzeba zrobić by ten podjazd iść z buta. Była to wielce ciekawa rozmowa i ani się obejrzeliśmy było po górce.

Za Siedlicami, gdy już było z wiatrem, uciekł Kamil, potem uciekł Edward z Sylwestrem na kole. Jan pierwszy ruszył z bufetu w Radowie Małym i już go na trasie nie spotkaliśmy. Zostaliśmy we czwórkę: Sławek, Jakub, Krzysztof i ja. Prawie cały czas aż do mety ciągnął nas Krzysiek. Gdzieś w połowie drogi między Siedlicami a Gryficami Krzysztof powiedział mi, że od Siedlic strasznie łzawi mu oko i od tego momentu ma je cały czas zamknięte. Tymczasem chłopaki z tyłu jechali za nami i gadali. Przyłączyłam się do tej pogawędki, zachęcając ich do dania zmiany. Zmiana była, ale niezbyt mocna. Jakiś czas tak jechaliśmy, po czym Krzysiek nie wytrzymał i wyrwał do przodu. Zupełnie jak na początku maratonu na liczniku pokazała się liczba 30 km/h i powyżej.

Na 388km zastrajkował mi żołądek. Zjadłam za dużo słodkiego i lekko mnie zemdliło. Na szczęście szybko przeszło. Na bufetach trochę brakowało urozmaicenia. Przydałyby się pomarańcze i bułki z szynką, chętnie bym też zjadła ogórka kwaszonego. Do Gryfic wjechaliśmy minutę po 19:00. Jeszcze bolesny jak diabli przejazd po bruku i po 15 godzinach jazdy wpadliśmy na metę. Tak to obydwoje zrobiliśmy swój rekordowy dobowy przejazd rowerem. Krzysztof przeskoczył swoją Warszawę, a ja pokonałam wymarzone 300km na raz, przy okazji niejako łykając dodatkową setkę z małym haczykiem. Co dziwne po pokonaniu takiego dystansu czuliśmy się zupełnie dobrze. Mniej więcej tak jak po przejechaniu zwykłego GIGA.

Wieczorem na kempingu, po gorącym prysznicu posiedzieliśmy u Tomka i Edwarda w chatce. Czas na pogaduchach i podziwianiu superlekkiego (ważącego niewiele ponad 6,2 kg) roweru Tomka złożonego na ramie BMC minął nam bardzo szybko. W międzyczasie pogoda się popsuła. Późnym wieczorem wiatr szarpał naszym namiotem, a bębniący o materiał deszcz nie dał zasnąć bez stoperków.

Niedziela 15.04.2011
Po śniadaniu, zwinięciu namiotu i załadowaniu wszystkiego do auta pojechaliśmy do Gryfic na uroczyste zakończenie maratonu. Po tym, jak po trzecim okrążeniu Beata zrezygnowała z czwartej rundy, zostałam jedyną, która pokonała całą trasę. Na tą okoliczność dostałam szklaną statuetkę z wypisanym imieniem, nazwiskiem i pokonanym dystansem. Dostałam też piętrowy puchar jako zwyciężczyni Gryfickiego Maratonu. Taki sam zestaw jak ja dostał Zdzisław Kalinowski jako najlepszy mężczyzna na trasie.

Z licznika:
Czas netto ……………………………14:02:24
Czas brutto ………………………….15:01:22.05
Dystans ………………………………….407,51 km
Prędkość średnia netto ……………….29,00 km/h
Prędkość średnia brutto ……………..27,29 km/h
Prędkość maksymalna ……………….45,50 km/h
Temperatura minimalna …………………..5 stopni Celsjusza
Temperatura maksymalna ………………22 stopnie Celsjusza
Przewyższenie …………………………..1664 m
Wysokość maksymalna ………………. 113 m n.p.m.
Nachylenie średnie ………………………….1%
Nachylenie maksymalne ………………….7%

Marzena

Autorem zdjęć (z wyjątkiem ostatniego, z galerii Marka Zadwornego) jest Piotr pepe Pizoń.

Facebook