Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2017

Oborniki Wlkp.
22.04

Gryfland Nowogard
29-30.04

Stargard
13.05

Radków
20.05

Choszczno
27.05

Łask
04.06

Świnoujście
10.06

Wolsztyn
24.06

Nietążkowo
8.07

Zieleniec
22.07

Lwówek Śląski
26.08

Rewal
16-17.09

Janek Lipczyński: może jeszcze nie wyczerpałem limitu szczęścia?

Zapytaliśmy Bogusia Kramarczyka i Janka Lipczyńskiego o ich wrażenia z udziału w wyścigu Race Across America, który ukończyli 24 czerwca o 7:18 czasu polskiego. Na pytania odpowiada Janek Lipczyński:

Jan Lipczyński - RAAM - Race Across America

Czy RAAM choć trochę zgadzał się z Twoimi wyobrażeniami o tym wyścigu?
Atmosferę RAAM czuje się bardzo w całym Oceanside na długo przed startem. Soliści startują na cztery dni przed teamami, więc związane z RAAM-em procedury, mityngi czy imprezy w samym Oceanside trwają ponad tydzień. Często spotyka się zawodników na treningu, czy też „teamowe” samochody. To powoduje miły i pozytywny wzrost napięcia przedstartowego. Sama jazda na trasie wymaga dużej konsekwencji. Perspektywa kilkudniowego trwania wyścigu szybko uświadamia nam, że fakt wyprzedzenia kogoś na trasie dziś, nie oznacza żadnego status quo takiej sytuacji. RAAM wymaga niezwykłej cierpliwości i wytrwałości oraz nieulegania pokusie bezpośredniego ścigania się, zwłaszcza na początku trasy. Pod tym względem RAAM nas nie zaskoczył – tak sobie właśnie to wyobrażałem. Bardzo trzeba uważać na to co się je, bo batony i izotonik spożywane w dużych ilościach spowodowały u mnie po kilku dniach całkowite rozregulowanie układu pokarmowego, a to z kolei oczywiste obniżenie możliwości fizycznych. Zaskakujące były też temperatury: 35-40 stopni C w dzień mieliśmy stale i to im dalej na wschód tym gorzej, z ekstremalnym upałem 48 stopni na pustyni w Kalifornii. Nie docierała także do mojej świadomości, znana przecież przed wyścigiem, wielkość przewyższenia na trasie. Płaskie na dobrą sprawę było tylko Kansas. Reszta to góry, górki, hopy i hopki bez przerwy. Najwyższe momenty, aż 3200 m n.p.m to nie jakaś asfaltowa ścieżka , tylko ważna, międzystanowa droga, którą jeżdżą TIR-y. To robiło niesamowite wrażenie – ciężarówki na wysokości 3200 m. Jazda na wysokości ponad tysiąc metrów to prawie norma.

Co Ci się spodobało w RAAM, a co Cię w nim rozczarowało?
Największe oczekiwania wiązałem z walorami krajobrazowymi RAAM-u. Trasa prowadzi przez ciekawe miejsca, szczególnie przyrodniczo i krajobrazowo. Pod tym względem rzeczywistość przeszła najśmielsze oczekiwania. Fantastyczne widoki oglądane – co dodatkowo potęgowało wrażenia – z roweru były zaskoczeniem in plus. Tego nie da się opisać, ani porównać z czymkolwiek widzianym wcześniej. Cała Kalifornia, Arizona czy Bryce Canyon w Utah robią niesamowite wrażenie. Niestety sławną Monument Valley w Arizonie jechaliśmy w nocy. Co jednak ciekawe, poczucie rozczarowania wiąże się poniekąd z tym samym. Mianowicie te fantastyczne widoki skończyły się bardzo szybko, to jest z chwilą wyjechania z Utah. Dalej było nudnawo, zwłaszcza w niesamowicie frustrującym Kansas, gdzie są kilkudziesięciomilowe odcinki proste, bez istotnych punktów zaczepienia dla wzroku. Miało się na zmianę wrażenie zastygnięcia w bezruchu i nieskończoności drogi. Wschodnie Stany bardzo przypominają Europę, więc nie były już tak interesujące. Mam jednak świadomość takiego mechanizmu, że początkowa euforia powodowała oczywiste wyostrzenie zmysłów i lepszą percepcję, zaś narastający deficyt snu ich stępienie, więc mogą to być bardzo subiektywne wrażenia.

Czy czułeś się przygotowany do startu w RAAM? I czy wyścig zweryfikował Twoje przekonanie pozytywnie, czy negatywnie?
Myślę, że przygotowania przebiegły prawidłowo i udało mi się trafić z optymalną formą na wyścig. Rozpocząłem je bardzo wcześnie, bo z początkiem października. Stało się tak z powodu mojej ubiegłorocznej kraksy z samochodem, która zepsuła mi zupełnie sezon 2012. Startowałem więc z niższego poziomu wytrenowania i postanowiłem podejść do przygotowań bardzo długofalowo. O trafności tej decyzji niech świadczy udany start w Wyścigu Budapeszt-Kraków, który odbył się 18 maja i w którym udało mi się zabrać w 10-osobowej ucieczce. Byli tam zawodnicy startujący w Elicie i czołowi polscy zawodnicy MTB, a dla sporej części z nich mógłbym być ojcem. O intensywności jazdy tej grupy niech powie średnia, 37 km/h i fakt, że kolejni kolarze przyjechali 40 minut za nami.

Co dziś zmieniłbyś w przygotowaniach do RAAM?
Dobry stan fizyczny po wyścigu wskazuje, że byłem właściwie przygotowany do tego typu wysiłku. Wszelkie zmiany zaś wywołałyby nieznany i trudny do przewidzenia efekt. Trafienie z formą to w sporcie odwieczny problem i łatwo tu przedobrzyć, czyli przetrenować. Trening to przecież nie matematyka. Wpadki w postaci braku formy, czy jej nieoczekiwane eksplozje są na porządku dziennym, nawet u bardzo doświadczonych zawodników, czy gwiazd sportu dysponujących zapleczem kontroli medycznej .

Jak oceniasz pod względem przygotowania, samopoczucia fizycznego i psychicznego, swój start w wyścigu?
Jak wspomniałem wyżej, zarówno Boguś, jak i ja ukończyliśmy wyścig w bardzo dobrym stanie fizycznym, bez oznak wyczerpania. Oczywistym jest, że po kilku dniach jazdy ma się jej po prostu dosyć i marzeniem jest, żeby to się jak najszybciej skończyło. W moim przypadku dołożył się do tego stan moich czterech liter. Miałem wątpliwą przyjemność przejechania 20 km po tarce w postaci zdartego przez szlifierkę odcinka asfaltu. Niestety, siedziałem wtedy na sztywnym Colnago, nie zaś na wygodnym, tłumiącym wibracje Specialized Roubaix. Mój tyłek po tej przejażdżce był jednym wielkim siniakiem. Następnego dnia znowu trafiłem na kilkadziesiąt kilometrów kiepskiego asfaltu, co jeszcze pogorszyło stan końca pleców. Skutki odczuwałem przez kilka dni. Dopiero pod koniec RAAMu wszystko wróciło do względnej normy i mogłem normalnie siedzieć. Plan był taki, aby jeden z rowerów był skonfigurowany do jazdy po górach, a drugi z aerodynamicznymi kołami do szybkiej jazdy po płaskim i na zjazdach. Z perspektywy czasu zmiany rowerów uważam za zbędne. Dziś, po tych doświadczeniach, postawiłbym wyłącznie na wygodę, bo straty spowodowane wytelepaniem wibracjami od szosy są o wiele większe, niż ewentualny zysk z mniejszej wagi roweru na podjazdach.

Jesteś zadowolony ze swojego startu w wyścigu?
Generalnie tak. Nasz ambitny cel – pobicie rekordu w kategorii wiekowej powyżej 50 lat – okazał się trudny do zrealizowania, ale znacznie bliższy niż 10 godzin, jakie nas od niego dzieliły. Ponieśliśmy kilkugodzinne straty wynikające z błędów w nawigacji. Piszę o tym bez najmniejszej pretensji do naszego Teamu. Myślę, że większość zespołów takie straty poniosła. Wynika to ze zmęczenia, nieporozumień, a w naszym przypadku przede wszystkim z braku doświadczenia u któregokolwiek z członków Polish Ultracycling Team. Przecieraliśmy przecież dopiero „amerykański szlak” i nie mieliśmy w składzie nikogo, kto wiedziałby, co nas czeka. Sporo zbędnego czasu straciliśmy na zmianach i tu także obaj zawodnicy muszą uderzyć się w piersi. Sumując jednak straty, do rekordu zabrakłoby ciągle jednak kilku godzin. W RAAM startują najlepsi z najlepszych. Większość walczy o jak najlepszy wynik, bo to rekordy, oprócz zwycięstw, zapisują ich w historii wyścigu. To sprawia, że czasy są bardzo wyśrubowane i trudno je pobić.

Jak to wyglądało w praktyce? Co ile godzin się zmienialiście? Co robiłeś, kiedy nie jechałeś? O czym myślałeś, jak się motywowałeś, kiedy jechałeś?
Rozpoczęliśmy od zmian 3-4 godzinnych. Trwało to chyba ok. 48 godzin. Doszliśmy jednak do wniosku, że po 2 godzinach tempo jazdy spada, zwłaszcza w dzień, gdy przebywanie na 40-stopniowym upale było bardzo dokuczliwe. Zdecydowaliśmy więc, że zmiany co 2 godziny będą bardziej efektywne i tak jechaliśmy już do końca. Oznaczało to znacznie większy wysiłek dla Teamu, a także krótsze odcinki snu dla zawodników. Przerwa wypoczynkowa to zejście z roweru, założenie go na wieszak na kamperze, przekąszenie czegoś, przebranie się, masaż, chwila na wyciszenie zanim się zaśnie. Sen to maksymalnie godzina, bo na 20-30 minut przed zmianą pobudka, ubieranie się, coś na ząb, zdjęcie roweru z wieszaka, czekanie na przyjazd partnera i heja do roboty. Stałe towarzystwo samochodu teamowego, kontakt radiowy, żarty i pogaduszki, wymiana komentarzy na temat tego, co widzi się na trasie urozmaicały czas w dzień. Dzięki temu „szychty” mijały nam dość szybko. Bywało jednak, zwłaszcza w nocy, że czas „zwykle tak rączy, zupełnie się nie sączył”.

Ile i co jadłeś? Co piłeś? Jak długo spałeś przez cały ten czas?
Łączna ilość snu na dobę nie była taka mała, bo udawało się złapać godzinę snu kilka razy na dobę – powiedzmy cztery lub pięć. Ale godzinny sen pięć razy na dobę nie jest tak efektywny, jak pięć godzin w jednym kawałku. Gęsty rytm zmian i niemożność dłuższego snu dał się nam najbardziej we znaki i powodował ogólne wyczerpanie fizyczne i nerwowe u wszystkich w Teamie. Były momenty, pod koniec wyścigu, gdzie nie było chętnych do siadania za kierownicę samochodu, a jego prowadzenie nie do końca pewne. W każdej edycji wyścigu, także i naszej, zdarzały się wypadki. W tym roku było to rozbicie kampera przez jedną z ekip. Gospodarowanie snem i zmianami w zespole to jedno z największych wyzwań na trasie. Wysiłek ze strony osób obsługujących zawodników, choć innego typu, jest nie mniejszy niż kolarzy. Chciałbym tu podkreślić i jeszcze raz podziękować wszystkim członkom naszej grupy wsparcia za ich wielkie poświęcenie i oddanie sprawie. Bez ich wielkiego zaangażowania i solidarności na trasie nie dojechalibyśmy do mety. Słowa wsparcia z ich strony i identyfikowanie się z zawodnikami były bardzo mobilizujące. Wracając jednak do diety: to absolutnie kluczowa sprawa. U obu z nas picie izotoników i jedzenie batonów wywołało już po dwóch dniach rozregulowanie przewodu pokarmowego. Gdybym miał jeszcze raz jechać długi wyścig, sięgałbym raczej po kanapki i normalne posiłki, jak makarony, ryż czy ziemniaki z dodatkiem mięsa i warzyw. Tego jedliśmy stanowczo za mało. Także owoce i jogurty pomagałyby utrzymać właściwą równowagę. Piłbym zaś herbatę czy nawet od czasu do czasu colę (producenta, z powodu przepisów nie wymieniam :) ). Oczywiście spożywanie suplementów mineralno-witaminowych jest niezbędne.

Mieliście po drodze jakieś problemy ze sprzętem? W czasie, gdy nie jechałeś, przeglądałeś sprzęt?
Przez całe Stany nie złapaliśmy żadnej gumy. Nie mieliśmy też żadnych awarii. Lekkie kłopoty mieliśmy obydwaj z linkami załamanymi w transporcie po demontażu kierownicy do spakowania rowerów do toreb. Te jednak zostały zdiagnozowane i wymienione przed startem. Także przed startem stwierdziłem w moim Specu luz wkładu suportu, który został wymieniony.

Wystartowałbyś w RAAM raz jeszcze? Jeśli tak – dlaczego? Jeśli nie – dlaczego?
Oczekiwanie na realizację wytyczonego celu, przygotowania do niego i już sam wyścig to coś bardzo emocjonującego, sprzyjającego koncentracji i motywacji. Kiedy dojechaliśmy do mety zadałem sobie pytanie „i co?”. Prozaiczna odpowiedź, jaka w tej samej chwili mi się nasunęła, brzmiała: „i nic”. Po wyścigu to napięcie opada, cel został zrealizowany i ma się wrażenie pustki. Twierdzę, że przejechać RAAM w parze to nic wielkiego. Prawdziwymi „herosami” RAAM-u są soliści. Dość powiedzieć, że w ciągu 32 lat historii wyścigu, w 12-dniowym limicie czasu zmieściło się tylko ok. 200 zawodników. Trzeba robić dziennie 400 km w upale i w górach, zmagając się z wiatrem i zdarza się – gwałtownymi zjawiskami pogodowymi. Mam pokusę, aby powstałą pustkę wypełnić projektem jazdy solo. Gdyby pojawił się duży sponsor to kto wie… Teraz, kiedy wiem już to, czego nie wiedziałem przed naszym startem, wydaje się to w zasięgu ręki i absolutnie wykonalne. Wiem, jak to zorganizować przed wyjazdem, wiem, jak wyposażyć team do walki na trasie, wiem, co jest ważne, a co mniej istotne. Jazda solo jest też w pewnych aspektach łatwiejsza niż w teamie. Rytm jazdy zapewnia większe szanse wypoczynku dla zespołu. Kolarz musi przecież spać kilka godzin, a to oznacza odpoczynek dla wszystkich. W porównaniu do absorbującego rytmu naszej jazdy parą, da to większy komfort członkom zespołu. Mam jeszcze kilka bardziej szczegółowych refleksji, które zwiększą szanse ewentualnej wyprawy. Uważam, że jak wszędzie, do osiągnięcia celu potrzebna jest odrobina szczęścia, a może raczej brak pecha. Tego szczęścia nie zabrakło nam w czasie pokonywania trasy. Wystarczyłaby choroba zawodnika, czy też nawet członka Teamu, aby wyprawa zakończyła się porażką. Tego szczęścia nie zabrakło nam także w niezwykle niebezpiecznym momencie, jaki zdarzył się w czasie nocnej jazdy w Arizonie. Prowadzący wówczas kamper Leszek zobaczył w reflektorach samochodu galopujące mu naprzeciw dwa konie. Nie miał czasu nawet na najmniejsze zareagowanie. Szczęśliwym trafem konie nie pobiegły pomiędzy dwa reflektory, tylko uskoczyły każdy w swoją stronę, ocierając się jedynie o lusterka. Cud, że nic się nie stało. To było realne zagrożenie życia dla kilku osób. Może tego limitu szczęścia związanego z RAAM jeszcze nie wyczerpałem?…

pytania i opr. Małgorzata greten Pawlaczek

Wynik 7 dni, 10 h i 15 min. pokazał, że jeszcze trochę trzeba popracować nad możliwością pobicia rekordu dla teamów 2-osobowych 50-59, który to rekord wynosi 6 dni, 23h i 21 min. Choć przecież dużo do tego wyniku wcale nie brakowało!… Ale i tak było pięknie, walecznie i bohatersko! Janek i Boguś to pierwsi Polacy, którzy zdecydowali się na start w tym ultratrudnym ultramaratonie. Gratulujemy!