Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Wyniki po Kołobrzegu poprawione
2 października 2007
Relacja z Kołobrzegu
2 października 2007

Adam 005 Filipek

Trzeba zacząć od podziękowań dla sponsora – tym razem oprócz firmowego wozu otrzymaliśmy paliwowa podróż. Dziękujemy Szefowi zakładu CERAMIKA TUBĄDZIN. Bez tej pomocy nie byłoby nas w Kołobrzegu.

Ostatni start w tym roku zapowiadał się ciekawie z uwagi na trasę, która była jedną długą pętlą, co bardzo lubię. Poprowadzona była ona w prawie nieznanym mi terenie, co uwielbiam. Pogoda stała pod znakiem zapytania, co przyprawiało o pewną obawę. A w niedzielę – wiadomo -. spotkania, pogaduchy, podium… To sprawiło największą przyjemność. No to jazda…


Strzał! I już pierwsza, najmocniejsza grupa startowa pędzi po ulicach Kołobrzegu. No przesadziłem… Nie wystartował z nami Remik, nie wystartował Kalin i jeszcze kilku Mocarzy nie stawiło się na linii startu i może dlatego pierwsze kilometry były nieco „ospałe”, wręcz wycieczkowe. Ale kto jedzie na wycieczkę w taką pogodę? To wiatr pędził, atakując z lewa… rozpylając przelotne opady jesiennego dżdżu. Jadąc pięknie na zmianach przeciwstawialiśmy się siłom przyrody. Kryliśmy się po lasach przed wiatrem. Jednak kolejni maratończycy musieli mówić sobie w duchu „pass”.

Trasa piękna – powyginana w pionie i poziomie. Kolejne skrzyżowanie – ktoś chyba dla żartu krzyczy „Prosto!” czyli po kocich łbach i pod górę. Tylko ja się nabieram… cała grupa kładzie się w lewy zakręt. Doganiam ich – bo pod górę oraz wiatr – wychodzę na zmianę ale… Grzegorz nie schodzi tylko skręca w prawo. Jeszcze krzyczą za mną bym się zorientował dokąd chcę jechać. Znów trzeba gonić ale już przy bocznym wietrze… wiszę 50m za nimi. Nie ma rady – „finiszuje” by złapać koło. Zostaje 15m – ale na zmianę wychodzi Andy Dżej – robi się 40m bo muszę odsapnąć…. I „finiszuje” znowu i… łapię grupę.

Przed 60km Grzegorz pasuje. Adama Dabulju już nie ma dłużej. Po nawrocie 120 stopni Tomek rzuca, że trzeba przyśpieszyć… Przyspieszam do 43km/h. Fajnie sobie jedziemy z górki przez zagajnik. Z zagajnika pod hopkę i pod wiatr…
WŁĄCZYLI JAKIEŚ OSŁONY PRZECIWWIATROWE ??? CO JEST?!!! Czuje się świetnie, nóżka podaje, pod hopką zostaje… sam. Przeliczam ich trzy razy, jestem siódmy. Mam 200km do mety… Mijam PŻ bez zatrzymywania. Widzę ich „na pierwszej” jak piłują centralnie pod wiatr po skręcie na Sławę. – fajne zdjęcie by było.

Do Kluczewa to było piękne samotne rzeźbiarstwo kolarskie w pięknych a zarazem okrutnych okolicznościach przyrody. Za Kluczewem najwyższy punkt trasy, zjazd z wiatrem po… haniebnym asfalcie. A na końcu zjazdu wioska, a w wiosce kocie łby… (nie mylić z milutkim brukiem). Nie zauważyłem… zdążyłem „zhamować” do 35km/h… (Roman jadł tu batona – hamował siłą woli…) Y.Y.Y.Y.Y..Y.Y.Y. yak ya siy nynywamy? Myślałem przez chwilę.

Za Ogartowem piękna trasa! Piękna! W Tucznie… kocie łby – 11km/h a trudno utrzymać oczy w oczodołach. Za Tucznem skrzyżowanie w lewo po bruku lub prosto po asfalcie koło stawu. Szukam wzrokiem pasków na znakach – nie patrzę na kocie łby (a tam strzała w lewo była). Jadę prosto. Odwiedziłem urokliwą wioseczkę Pobądz za nią skończył się asfalt… Facio jadący grzecznie za mną 2,5km (!) samochodem potwierdził, że faktycznie nie tędy na Dargiń… Zarządziłem sobie długi finisz do Darginia.

Grzegorz był już tam 2min wcześniej. Zatrzymałem się tylko na 40sek i dalej w pogoń. Udało się Go dojść, poczekał i pojechaliśmy. A pisałem, że pogoda trochę się poprawiła po południu? Przerwa w padaniu była tak ze 3godz. We wianiu nie.

Bardzo fajnie sobie jechaliśmy. Bardzo piękna trasa. Grzegorz miał trochę problemów z korbą i łańcuchem. No i zgłodniał chyba bo nie omieszkał zaliczyć ostatniego PŻ na kilka km przed metą. Zaczekałem na Niego, zastanawiając się jaka będzie nasza kolejność na mecie i co/kto o tym zadecyduje. A było tak. Tuż przed Kołobrzegiem przy 40 paru na godzinę łańcuch spadł mu „na amen” i zakleszczył się. No i tym razem brzydko dałem nogę… na kreskę. Po co tak się stało? Ta sytuacja uwidoczniła mi pewne własne słabości…

Zupka była na mecie! Mniam! Potem fajna imprezka przy ognisku. A w niedzielę na imprezie wyszło nawet słońce… Niezapomniany, niepowtarzalny weekend.

Trzeba zakończyć Podziękowaniami, dla wszystkich Organizatorów imprez Pucharu Polski, dla Współuczestników (zwłaszcza dla Remika, który napędził mi sporo strachu w M3 – wracaj do pełni swej Wielkiej Siły), dla Kibiców, zwłaszcza Najbliższych.

Adam 005 Filipek

Facebook