Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Padł nowy rekord trasy Imagis Tour
2 września 2008
Cervélo S3 potrafi zdziałać cuda
4 września 2008

Stojąc na rampie promu w Świnoujściu, Wołosate wydawało się być tak blisko. To tylko 1016km stąd. Łatwizna, przecież już dwukrotnie pokonałem tą trasę, będąc znacznie gorzej do tego przygotowany.

Do Świnoujścia dotarłem dwa dni wcześniej, więc miałem sporo czasu na odpowiedni odpoczynek i solidne napchanie brzucha. Ekwipunek miałem skromny, ale odpowiedni: drugi kompletny strój, kurtka, odbłyślniki. Nie zabierałem zbędnych rzeczy, bo nie wiedziałem czy nie przyjdzie mi wracać do Olkusza rowerem. Niby byłem umówiony z Bliźniakami na transport, ale nie zdążyłem przed wyjazdem odebrać ostatniego maila z potwierdzeniem. W każdym razie zarówno ja jak i sprzęt czuliśmy się nieźle.

Wyruszyliśmy w deszczu i chłodzie. Około 10 minut musiałem poczekać na swoją kolejkę startu solo. Przede mną startował Daniel Śmieja. Moim pierwszym celem było dogonić go możliwie szybko. Poprostu poprzednie wyścigi jechałem w grupie i nie za bardzo orientowałem się w terenie ;-P. Dopadłem go po jakimś kwadransie i zwolniłem. Dopiero przed Łobezem droga wydała mi się znajoma, to pogoniłem do przodu. Szczerze powiedziawszy to dobrze zrobiłem, że jechałem za nim, bo bym się chyba zgubił w takiej jednej miejscowości. Gdzieś po drodze zobaczyłem drogowskaz na Mirosławiec. Chwilę zastanawiałem się czy aby tam nie trzeba skręcić. Przez Mirosławiec miało się jechać. Ale w ostatniej chwili przypomniałem sobie relację Krzysztofa „Wiki” Wiktorowskiego z pierszego Imagisu. To skrót! To diabelska droga, którą trzeba ominąć szerokim łukiem, by nie stracić kilometrów. Jakoś przed Łobezem jeszcze napatoczyła się startowa Grupa B. Szybko się z nimi uporałem. Na samym punkcie kontronlnym doścignąłem Grzegorza Bordowszewskiego, co niezmiernie mnie zdziwiło zwłaszcza, że straciłem parę ładnych minut w Golczewie. Musiałem zatrzymać się na pierwszym PK, żeby przypiąć lemondke i lampkę.

W okolicach 70km zaczęły boleć mnie kolana. Na początku ból był tak mały, że zupełnie mi nie przeszkadzał. Ale mając w perspektywie przed sobą 900km z dość znacznym hakiem, natychmiast zrezygnowałem z blata. Od Łobeza zupełnie go nie używałem, aż gdzieś do bieszczadzkich zjazdów. Jechałem więc spokojnie, na patelni 39 a z tyłu starałem się jak najwyżej [19-16] :-D. Całkiem dobrze mi się jechało. Po pewnym czasie przyzwyczaiłem się w końcu do znacznie wyższej niż ekonomiczna kadencji. Mocniejszy ból zaczął się w okolicach Piły. Wszystko za sprawą pogody. Cały czas mokro, chłodno i wietrznie. Postanowiłem dojechać do Bydgoszczy i jeśli nic się nie wydarzy kontynuować jazdę możliwie szybko. Cały czas pocieszałem się, że im bardziej na południe tym lepsza pogoda. Po części to się sprawdziło. Droga szła mi szybko, bo cały czas miałem co robic: śpiewałem sobie wszystkie znane piosenki, o ile moje wycie można nazwać śpiewem, a teksty czasem całkiem dziwne piosenkami.

W Bydgoszczy czułem sie dość dobrze, dlatego szybko się z tamtąd zwinąłem. Zresztą miałem ochotę sprawdzić swoją lampkę w warunkach bojowych. W Toruniu na ekspresówce zobaczyłem migające światełka. Najpierw pomyślałem, że to może jakiś zabłąkany patrol policji, ale włączyłem „długie” i zobaczyłem, że to rowerzysta. Pomachałem, zakrzyknąłem i zadowolony pojechałem dalej. Obróciłem się na chwilę i zobaczyłem, że zatrzymał się. Może to jakiś zabłąkany kolarz co próbuje nas spotkać? Jak tak to dogoni. Jakieś pół godziny później dochodzi mnie Grzesiek [który juź towarzyszył mi gdzieś w promieniu 30km praktycznie do mety]. Zmęczonym głosem mówi coś jak: „Dzięki, że krzyknąłeś, bo bym wrócił do Bydgoszczy”.

Tuż przed północą byłem we Włocławku. Posiedziałem, pogadałem, wypiłem wszystko co było do wypicia. To Piotrek [Rebe] zrobił taaaaki punkt, że nie chciało się jechać. Posiedziałem równo godzinę. POtem kazali mi już jechać. A ruszyć było ciężko. Zmarznięte, przewiane, bolące kolana, nie za bardzo chciały się zginać. Droga cały czas prowadziła wzdłuź rzeki. Oj ciężko było zmotywować się do dalszej jazdy. W Gąbinie byłem z życiowym czasem, ale teź posiedziałem dość długo. Chwilę wcześniej jeszcze znów dogoniłem Grześka. Chwilę łataliśmy gumę – jego nie moją [ja bez przygód. Stelvio to Stelvio!]. W zasadzie to ja tylko świeciłem i patrzyłem. Do końca sfrezowanego kawałka jechaliśmy już obok siebie. W świetle lampki widziałem dość sporo miejsc, gdzie można było z powodzeniem łapać kapcie. Myślę, że jakby wjechać to i Stelvio by nie poradzily. Zresztą inni zawodnicy też w tym miejscu mieli kłopoty z gumkami. Tylko jasna lampka uchroniła nas przed następnymi niespodziankami. Tu muszę się pochwalić. Lampka świeci tak jasno, że bez problemów oświetla 80-100m jezdni i pobocza i w takie rzeczy jak sfrezowany asfalt przez to nie wpada sie nagle. Miałem wystarczająco dużo czasu na dohamowania czy ominięcia przeszkód. Znaki i słupki drogowe widziałem z odleglości przekraczających 300m. Poprostu rewelka. Czysta przyjemność nocnej jazdy.

Po 24h jazdy byłem tuź za Płońskiem. To jakies 600km od Świnoujścia. Do Wsoły zawitałem około 11. To cały czas rekordowy czas. Ale tam skorzystałem z gościnności hotelu, podobno jako ostatni. Nie wiem co się stało i czym zawiniliśmy, że kolejni zawodnicy mieli spory zgrzyt z obsługą. Zresztą pewnie nikt tego nie wie. Plan na tą część trasy był następujący: Średnia 20km/h, wyjazd z Iłży o 18, żeby po 16h przyjechać na metę. O 10 rano właśnie wybija 50 godzina. Można było powalczyć o tą czwórkę z przodu. Realizacja planu wyglądała następująco: przyjazd do Iłzy około 15 i punktualnie o 16 wyruszyłem dalej.

Natchmiast za pierwszą górką rozpadało się dość znacznie. A miałem nie zakładać już ochraniaczy na buty! Potem natychmiast ból w kolanach przypomniał o sobie. Zatrzymywałem się co jakieś 20km i smarowałem kolana maścią. Aby utrzymać założoną prędkość 20km/h musiałem bardzo ostro ze sobą walczyć. To nie takie proste jechać do przodu, kiedy kolano boli tak, że nie ma fizycznej możliwości jego zgięcia czy wyprostowania. Do Rzeszowa dojechałem o północy. Gdybym nie zdążył, miałem zamiar się wycofać. Ale byłem na styk i nie wiedziałem co zrobić. Od Iłży 160km jechałem równo 8h. Do Kondora wysłałem sms’a, że jadę. A tak naprawdę chciałem wziąć gorący prysznic i usiąść przed kominkiem. Spać nawet bardzo mi się nie chciało, ale wspólnie z dziewczynami wcisnęliśmy się do auta, na jakieś 2h snu. Obudził nas nie kto inny jak Mistrz Grzegorz z Mistrzem Kamilem. Potem już nie spaliśmy, ale czas do świtu mijał szybko. Kolana miałem zawinięte papierem i próbowałem je zagrzać. Trochę to pomagało, ale niewiele.

Przed szóstą zadzwonił Kondor z pytaniem gdzie ja. No to powiedziałem, że będę w Sanoku za jakieś 3h. No to juź musiałem. Jakoś nawet dobrze mi się jechało, kolana nawet miejscami przestawały boleć. Tylko jak zbliżałem się do rzeki czy stawu to czułem olbrzymi ból. Od Sanoka jechałem już z Kondorem. Dzięki mu wielkie za towarzystwo! Kibic to trzecia noga kolarza. Sam nie wiem czy dałbym radę tak szybko przejechać. Oczywiście jak należało, Kondor trzymał się z tyłu. Zresztą wiedział o tym ze solo to solo i sumiennie dał mi prowadzić do końca.Mięśnie i wogóle organizm trzymał się zadziwiająco dobrze. W zasadzie mięśnie miałem nietknięte. Trochę za wolno jechałem, żeby cokolwiek odczuć. Energetycznie było też nieźle, ale juź nie tak dobrze. Kadencja powyżej 90-100 przez dwa dni potrafi wyssać każdą kalorię nawet przy małej prędkości.

Podjazdy szły mi zadziwiająco dobrze. Mimo, że nadłożyłem trochę drogi i przewyższeń uciekłem trzem kolarzom w Lesku a potem w Czarnej dogoniłem jeszcze Kamila. Jechał chłopak ostatkiem sił, więc żeby dodać mu otuchy postanowiłem mu trochę potowarzyszyć. Było już po 10 więc czterdziestki nie będzie. Obliczyłem, że jak przyjadę przed 13:35 to i tak pobiję życiówkę. Zajechałem na siedem po pierwszej, Wszystko fajnie, ale pomyliłem się o godzinę. miało być na 12:35 ;-P. W rezultacie nie ma życiówki, której chyba i tak był nie był w stanie ukraść na ostatnich 40km. Chociaź kto wie? Czułem się dobrze, czułem się silny i wypoczęty. Tylko te kolana. Dały znać o sobie jeszcze raz: podczas schodzenia z Tarnicy.

To był najtrudniejszy z moich trzech Imagisów. Tym razem swoje kaprysy pokazała pogoda. To Wołosate, które dwa dni temu wydawało się takie bliskie, okazało się jednak być bardzo daleko. Zobaczymy jak będzie za rok.

Oskar ‚Spros’ Szproch

Zdjęcia: serwis Imagis Tour oraz AFP.

Źródło: Ludzie Sportu.

Facebook