Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Tour d`Europe 2007 – 16 102km w 59 dni
19 listopada 2006
Gryfland 2006 czyli „Morze jest piękne”
22 listopada 2006

Mirek Pyszczek

22 lipca obyła się trzecia już odsłona coraz to bardziej sławnego Klasyka Kłodzkiego. Tym razem nie było deszczu lecz straszliwy upał. Mój termometr jako maksymalną temperaturę w dniu wyścigu pokazał ponad 38 stopni. Mogę w to uwierzyć, gdyż na dojeździe do Kłodzka na przydrożnym termometrze przy asfalcie było: 49,6 stopnia!!! Do Dusznik przyjechałem wraz z żoną, w piątek wieczorem. Zaraz po znalezieniu kwatery poszliśmy do biura zawodów. Po drodze zaliczyliśmy bardzo stromy odcinek na którym jutro miała być meta. Nawet z „buta” były problemy z podejściem a co dopiero wjechać. Nocleg mieliśmy w przepięknie położonym miejscu u przemiłych gospodarzy. Czyli wszystko O.K. Noc minęła bezproblemowo. Rano o godzinie szóstej przywitało mnie słońce i temperatura ok.20 stopni co, jak twierdzili gospodarze, o tej porze dnia jest tam raczej nienormalne. Zresztą nienormalne tego dnia było wszystko. Na starcie zjawiłem się tuż przed ósmą, gdyż startowałem w pierwszej grupie. Tym razem startowałem na „góralu”, którego odkurzyłem na początku lipca. Czasami nawet zapominałem, że mam taki fajny rower. W chwili startu puściłem hamulce i spokojnie stoczyłem sie do Dusznik, gdzie skręciłem w prawo na pierwszy podjazd. Nie lubię szybkiego tempa na początku jazdy, więc trudno mi było się rozkręcić. Chociaż później mile wspominałem to miejsce ze względu na najniższą temperaturę. Tam naprawdę było przyjemnie. Gdy dojechałem do drogi prowadzącej z Zieleńca poczułem się jak w domu. Ten kawałek trasy znałem z poprzednich KK. Przełęcz Lasówka nie sprawiła problemów, no a na Spalonej już zaczęło nieźle przygrzewać słońce, które jak się później okazało było wrogiem numer jeden tego dnia. Nawet się nie obejrzałem a już byłem, po pięknym i szybkim zjeździe na pierwszym punkcie kontrolnym , który był również bufetem. Po nim zaczęli mnie już wyprzedzać walczący o punkty w generalce i jakieś tam miejsca na mecie. W dalszym ciągu jechałem swoim dość przyzwoitym tempem praktycznie cały czas sam. Po zaliczeniu Jaworowej o parszywym asfalcie dotarłem do Złotego Stoku skąd trasa biegła do Kłodzka. Odcinek ten wlókł mi się niesamowicie. Nie czułem się dobrze wśród szalejących Tirów. Jeden z nich minął mnie o milimetry. Gdy dotarłem do Kłodzka byłem zadowolony, że nie muszę się pchać przez to miasto bowiem trasa dużej pętli prowadziła praktycznie bocznymi ulicami. Cieszyłem się też z powodu przekroczenia połowy dystansu. Myślami byłem już na Srebrnej Górze. Niestety jakimś cudem wyleciała mi z głowy przełęcz Wilcza. Na niej właśnie zaczęły się dla mnie schody. Upał zrobił swoje, zaczęły łapać mnie skurcze. Czasami jechałem lewą strona drogi, gdyż tam był cień. Dla mnie to był najgorszy odcinek trasy. Może dlatego, że już byłem nastawiony na podjazd w Srebrnej Górze a tu jeszcze jedna górka. Dlatego, gdy tam dojechałem ( raczej dociągnąłem się) zrobiło mi się lepiej. Gdzieś tam w połowie podjazdu było źródełko, koło którego stał facet z wiadrem. Poprosiłem go o zlanie mnie wodą, co też ochoczo uczynił. Gdy dotarłem do cytadeli zaszło słońce i trochę pokropiło. Niestety, nie za wiele. Jakże inaczej było dwa lata temu. Myśląc o deszczu zjeżdżałem w dół do Nowej Rudy. Szczęśliwie udało mi się tam nie pobłądzić. Mile byłem zaskoczony jakością drogi na początku podjazdu na Lisią. Jechało się, aż miło. Czyli idzie na lepsze. Za rok może drogowcy dociągną nowy asfalt do szczytu. Za Karłowem było tylko z górki do Szczytnej. Myślę sobie, no wreszcie, została tylko jedna góra i podjazd na metę. No, właśnie tylko jedna, ale jaka!. Wszystko zaczęło sie całkiem niewinnie, domki przy drodze, później las i strumyk. Za to za mostkiem dopiero zaczęła sie zabawa. Było chyba dobrze ponad 20 % i to trzymało. Całe szczęście, że był las i tak nie paliło słońce. Dotarłem na szczyt, gdzie był punkt kontrolny. Całe szczęście, że mieli tam wodę. No, to prawie byłem w domu. Jeszcze tylko zjazd do Dusznik i trochę do góry. Początek podjazdu finałowego nie był taki tragiczny, dopiero ostatnie metry były kwintesencją całej imprezy. O ile pamiętam odliczanie odległości pozostałej do mety zaczęło się od ostatniej pięćsetki. Najpierw co sto metrów, pięćdziesiąt a później co dziesięć. Gdy dojechałem do ostatnich dziesiątek już nie patrzyłem w górę. Widziałem tylko białe kreski na drodze i jakieś cyferki. W pewnym momencie przednie koło uciekło mi do góry, bardzo szybko przeniosłem środek ciężkosci na czubek siodełka. Jeszcze chwile, parę obrotów korbami i znalazłem się za linią mety. Jakaś kobieta pytała się czy chcę wody. Nie mogłem wykrztusić z siebie ani słowa. Jakimś tam gestem pokazałem tylko aby oblała mnie wodą, co też zrobiła. W ten oto sposób zakończył się dla mnie morderczy III Klasyk Kłodzki. Jestem szczęśliwy, że udało mi się go ukończyć całości i zdrowiu. Najważniejsze jednak, że nie dałem się sponiewierać Kotlinie Kłodzkiej, że ani razu nie „dawałem z buta”. Poznałem też nowych, fajnych ludzi z którymi mieszkałem na jednej kwaterze. W sumie bardzo fajna i udana impreza.

Tekst ze strony Mirka

Facebook