Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Spokojnie, to tylko trening
30 maja 2004
Gryfland 2004
15 sierpnia 2004

Klasyk Kłodzki
No i nadszedł jeden z bardziej oczekiwanych wyścigów w tym roku. Trasę klasyka przejeżdżałem już rok temu, wtedy nawet nie podejrzewając, że już za rok będzie tu rozgrywany jedna z edycji pucharu Polski w maratonach szosowych. Nie wiedziałem zupełnie jakiego miejsca mogę się spodziewać, więc podchodziłem do tego zupełnie na luzie- traktowałem mój udział głównie jako przygodę i kolejną szansę na wyrwanie się z Wrocławia w góry :)

Do Kłodzka przyjechałem jeszcze w piątek wieczorem, akurat był czas aby coś zjeść i jak najszybciej pójść spać. Nazajutrz miałem wystartować w grupie o 10:25, co pozwoliło się trochę wyspać:). Pogoda o poranku nie nastrajała optymistycznie- deszcz, mgła i nie więcej niż 15*C. Jednak im bliżej startu, tym było lepiej- deszcz przestał padać, a szosy nawet trochę podeschły. Zastanawiałem się przez chwilę jak się ubrać, ale wybór padł na zupełnie krótko- zarówno góra jak i dół.

Zaraz po starcie tępo było słabe, ale jak tylko wyjechaliśmy z dróg brukowanych, wzrosło do około 40 km/h. Jakoś na chwilę przed skrętem w główną drogę wyszedłem na czoło i pociągnąłem trochę. Przy skręcie w prawo obróciłem się gdzie są zawodnicy z mojej grupy licząc, że wykorzystali moją pracę, a to pustka, wszyscy jadą spokojnie w odległości około 100m. No cóż wychodzą nawyki z mtb gdzie od początku do końca jedzie się na max’a. Po tej ‚wpadce’ starałem się trzymać chwilę z tyłu, jednak już pierwsza przełęcz podzieliła naszą dziesięcioosobową grupę na przynajmniej dwie części. Znalazłem się w pierwszej pięcioosobowej podgrupie. Podjazd pod przełęcz Bardzką odbył się bez większych komplikacji, dobry asfalt i świeży zapas sił pozwolił mi na nią wjechać nie tracąc dużo sił. Dodatkowo wiatr wiał w plecy, więc ta część trasy poszła szybko. Teraz przed nami był najszybszy zjazd na trasie. Gorzej, że już tu asfalty były dość mokre. Mimo to gdzieś tam pojechałem 78 km/h…nie wiem gdzie dokładnie- nie miałem czasu patrzeć na licznik. Najgorzej by było się wywalić w początkowym fragmencie trasy.. i jeszcze przy takiej prędkości.. na szczęście się mi to nie przytrafiło. Po zjeździe przez Bardo i skręcie w lewo na Srebrną Górę czekał nas odcinek około 10km mniej- więcej płaskiego z przeciwnym wiatrem. Jadąc po zmianach jakoś przetrwaliśmy tą część. W międzyczasie jednemu zawodnikowi wypadła kurtka, więc grupa dla dobra ogółu trochę zwolniła i poczekaliśmy na pechowca. Aż dziwiłem się, że grupa startująca 5min za nami jeszcze nas nie doszła- w końcu w niej startowali faworyci do wygrania wyścigu. Moje przeczucia się sprawdziły- na podjeździe pod Srebrną Górę- oznajmił to głośny klaps jaki dostałem od Darka w pupę :)…po chwili drugi klaps od Rafała :). Zostaliśmy doścignięci przez grupę startującą po nas. Z jednej strony trochę źle, bo w takim razie miałem już 5 min straty do najlepszych, ale z drugiej strony czułem się pewniej w towarzystwie moich klubowych kolegów, który mają większe doświadczenie. Od tego momentu trzymałem się ich i robiłem co tylko trzeba było. Zaraz po minięciu przełęczy Srebrnej zaczęło padać. Tym gorzej, że zakręty na zjeździe są dość ostre, często o 180*. Przed Nową Ruda Rafał zgubił okulary, więc z Darkiem nie przyśpieszaliśmy peletoniku i po chwili Rafał nas dogonił. W Nowej rudzie na punkcie kontrolnym szybko zczytaliśmy chipa i napełniliśmy bidony. Po chwili znów jechaliśmy razem, a nasza trója z AZS Politechnika Wrocławska nadawała tempo niczym U.S. Postal :). Teraz miał się zacząć fragment trasy który rok temu podobał mi się najbardziej. Podjazd pod przełęcz Lisią droga stu zakrętów mijając Szczeliniec. Jednak w tym roku nie było już tak fajnie. Temperatura znacznie spadła ( „na czuja” do około 10*C), a przejazd przez mgłę też nie nastrajał optymistycznie. Kolejny zjazd i kolejne obawy- czy się zmieszczę w zakręcie?, czy koła nie stracą przyczepności z mokrym asfaltem?, czy z zza zakręty wyjedzie samochód czy nie? W każdym razie nie pedałowałem wcale, tylko położyłem się prawie na kierownicy i odszedłem grupce wraz z zawodnikiem w stroju ccc. Pozwoliłem się dojść peletonikowi i dalej głównie nasza trójka pracowała. Do Kudowy- Zdrój czułem się całkiem rześko, za to po bufecie złapałem lekki dołek…w sumie nie wiem z czego wynikał- piłem, jadłem, może za mocno jechałem po prostu. No ale jakoś kryzys został przełamany i droga mijała szybko. W momencie gdy nastąpiło odbicie na drogę do Zieleńca Darek i Rafał wyrwali do przodu- chwilę pociągnąłem za nimi, ale wiedziałem, że takim tempem się zajadę, a to w końcu dopiero 1/3 planowanego dystansu. Odpuściłem więc i wjeżdżałem swoim rytmem. Po chwili z blisko dziesięcioosobowej grupy zostałem tylko w towarzystwie dwóch zawodników. Dojechaliśmy w takim składzie do Zieleńca. Zjazd wpierw spokojny przerodził się dla mnie w piekło. Ot jedna dziura, druga dziura i już słyszałem tylko syk z przedniego koła. Wiele nie straciłem, bo miałem zapasowa dętkę, więc może z 3min minęły i znów siedziałem na rowerze. No i teraz splot nieszczęśliwych zdarzeń spowodował mój koniec. Po pierwsze za słabo napompowałem oponę. Po drugie rozpędziłem się za bardzo już zaczynając odrabiać straty, ale…. nie minął z 1km jak znów miałem flaka z przodu. Był niesamowicie nierówny fragment i zanim się zatrzymałem zdążyłem podziurawić dętkę w 6-ciu miejscach :/. Na szczęście były to snake’i, więc załatałem wszystko trzema łatkami, ale i tak straciłem koszmarnie dużo czasu :(. Mało tego wszystko odbywało się na wysokości około 900 m.n.p.m przy padającym deszczu i temperaturze poniżej 10*C. stałem tam 20-25min łatając dętki. W tym czasie przemarzłem tak jak nigdy przedtem. Jak wsiadłem potem na rower, to zjazd był koszmarem. nie mogłem jechać szybko aby się rozgrzać, bo znów bym złapał gumę na dziurach. Rower co pewien czas wpadał w mocny rezonans, który powodowały drgawki przechodzące mnie przez całe ciało. Najgorzej było z rękami- czułem się jak by mi ktoś wbijał sto tysięcy malutkich igiełek w skórę :/. Ogólnie nie było fajnie. Dopiero gdy dojeżdżałem do Starej Bystrzycy zaczęło się robić płasko i mogłem dokręcać. Szybko rozpędziłem się do ponad 40km/h i tak dojechałem do Bystrzycy. Tu trochę zwolniłem, bo wiedziałem, że trzeba patrzeć na słupy z oznaczeniami- punk kontrolny nie był usytuowany przy głównej drodze. równocześnie podjąłem decyzję o skróceniu dystansu. Stwierdziłem, że strata jest za duża i i tak już nic nie osiągnę, więc nie ma sensu tracić zdrowia, bo poważna hipotermia wisiała w powietrzu. Z Bystrzycy do Kłodzka było około 18km, więc po zczytaniu chipa udałem się na ostatni odcinek trasy. Dobrze, że było z wiatrem, bo cały ten odcinek przejechałem z prędkością ponad 40 km/h .Jedynie na podjazdach prędkość trochę spadała, ale i tak nie zrzucałem z blatu. Wreszcie poczułem ciepło.. ale i tak tylko gdzieniegdzie. W Kłodzku dość szybko trafiłem na odpowiedzią ulicę i zakończyłem ta drogę przez mękę. Jedyne o czym teraz myślałem, to był ciepły posiłek i ciepły prysznic…no w sumie cokolwiek byle by było ciepłe :). Ostatecznie dotarłem na 8 pozycji w open ze stratą ponad 30min do zwycięzcy (Rafała) i na 3 miejscu w M1 ze stratą około 9 minut do pierwszego.

Z Klasyka Kłodzkiego wyniosłem kupę doświadczenia. Już wiem, że chcąc nadrobić minutę na zjeździe można przegrać cały wyścig. Tym nie mniej wyścig mi się bardzo podobał. Ludzie narzekali na to i tamto. Głownie chodziło o oznaczenie trasy- poziome skutecznie zmył deszcz, a pionowe także za sprawą deszczu stawało się mniej widoczne. Jednakże myślę, że jeżeli ktoś był na odprawie technicznej i spędził minutkę nad mapą z zaznaczoną trasa przejazdu, to nie powinien mieć problemów z trasą- ja w każdym razie takich nie miałem. To teraz przejdźmy do plusów na rzecz organizacji:). Na pewno bardzo dobry był wybór bazy zawodów- przyszniców nie było nawet na ME w Wałbrzychu :). Pomysł, że nie trzeba oddawać chipa w zamian za talon na jedzenie też był ok. Unikneło się przez to niepotrzebnego oczekiwania i od razu po mecie mozna było zjeść ciepły makaron. Dyplomy ze zdjęciem zawodnika przed startem to też dobry ( a i bardzo pracochłonny) motyw. Ogólnie uważam imprezę za udaną, ale niestety z małymi zgrzytami. Dobrze, że chociaż można zwalić na pogodę, bo ona chyba nikogo nie wprawiała w dobry humor i może dlatego wynikło aż tyle sporów.
No i nadszedł jeden z bardziej oczekiwanych wyścigów w tym roku. Trasę klasyka przejeżdżałem już rok temu, wtedy nawet nie podejrzewając, że już za rok będzie tu rozgrywany jedna z edycji pucharu Polski w maratonach szosowych. Nie wiedziałem zupełnie jakiego miejsca mogę się spodziewać, więc podchodziłem do tego zupełnie na luzie- traktowałem mój udział głównie jako przygodę i kolejną szansę na wyrwanie się z Wrocławia w góry :)

Do Kłodzka przyjechałem jeszcze w piątek wieczorem, akurat był czas aby coś zjeść i jak najszybciej pójść spać. Nazajutrz miałem wystartować w grupie o 10:25, co pozwoliło się trochę wyspać:). Pogoda o poranku nie nastrajała optymistycznie- deszcz, mgła i nie więcej niż 15*C. Jednak im bliżej startu, tym było lepiej- deszcz przestał padać, a szosy nawet trochę podeschły. Zastanawiałem się przez chwilę jak się ubrać, ale wybór padł na zupełnie krótko- zarówno góra jak i dół.

Zaraz po starcie tępo było słabe, ale jak tylko wyjechaliśmy z dróg brukowanych, wzrosło do około 40 km/h. Jakoś na chwilę przed skrętem w główną drogę wyszedłem na czoło i pociągnąłem trochę. Przy skręcie w prawo obróciłem się gdzie są zawodnicy z mojej grupy licząc, że wykorzystali moją pracę, a to pustka, wszyscy jadą spokojnie w odległości około 100m. No cóż wychodzą nawyki z mtb gdzie od początku do końca jedzie się na max’a. Po tej ‚wpadce’ starałem się trzymać chwilę z tyłu, jednak już pierwsza przełęcz podzieliła naszą dziesięcioosobową grupę na przynajmniej dwie części. Znalazłem się w pierwszej pięcioosobowej podgrupie. Podjazd pod przełęcz Bardzką odbył się bez większych komplikacji, dobry asfalt i świeży zapas sił pozwolił mi na nią wjechać nie tracąc dużo sił. Dodatkowo wiatr wiał w plecy, więc ta część trasy poszła szybko. Teraz przed nami był najszybszy zjazd na trasie. Gorzej, że już tu asfalty były dość mokre. Mimo to gdzieś tam pojechałem 78 km/h…nie wiem gdzie dokładnie- nie miałem czasu patrzeć na licznik. Najgorzej by było się wywalić w początkowym fragmencie trasy.. i jeszcze przy takiej prędkości.. na szczęście się mi to nie przytrafiło. Po zjeździe przez Bardo i skręcie w lewo na Srebrną Górę czekał nas odcinek około 10km mniej- więcej płaskiego z przeciwnym wiatrem. Jadąc po zmianach jakoś przetrwaliśmy tą część. W międzyczasie jednemu zawodnikowi wypadła kurtka, więc grupa dla dobra ogółu trochę zwolniła i poczekaliśmy na pechowca. Aż dziwiłem się, że grupa startująca 5min za nami jeszcze nas nie doszła- w końcu w niej startowali faworyci do wygrania wyścigu. Moje przeczucia się sprawdziły- na podjeździe pod Srebrną Górę- oznajmił to głośny klaps jaki dostałem od Darka w pupę :)…po chwili drugi klaps od Rafała :). Zostaliśmy doścignięci przez grupę startującą po nas. Z jednej strony trochę źle, bo w takim razie miałem już 5 min straty do najlepszych, ale z drugiej strony czułem się pewniej w towarzystwie moich klubowych kolegów, który mają większe doświadczenie. Od tego momentu trzymałem się ich i robiłem co tylko trzeba było. Zaraz po minięciu przełęczy Srebrnej zaczęło padać. Tym gorzej, że zakręty na zjeździe są dość ostre, często o 180*. Przed Nową Ruda Rafał zgubił okulary, więc z Darkiem nie przyśpieszaliśmy peletoniku i po chwili Rafał nas dogonił. W Nowej rudzie na punkcie kontrolnym szybko zczytaliśmy chipa i napełniliśmy bidony. Po chwili znów jechaliśmy razem, a nasza trója z AZS Politechnika Wrocławska nadawała tempo niczym U.S. Postal :). Teraz miał się zacząć fragment trasy który rok temu podobał mi się najbardziej. Podjazd pod przełęcz Lisią droga stu zakrętów mijając Szczeliniec. Jednak w tym roku nie było już tak fajnie. Temperatura znacznie spadła ( „na czuja” do około 10*C), a przejazd przez mgłę też nie nastrajał optymistycznie. Kolejny zjazd i kolejne obawy- czy się zmieszczę w zakręcie?, czy koła nie stracą przyczepności z mokrym asfaltem?, czy z zza zakręty wyjedzie samochód czy nie? W każdym razie nie pedałowałem wcale, tylko położyłem się prawie na kierownicy i odszedłem grupce wraz z zawodnikiem w stroju ccc. Pozwoliłem się dojść peletonikowi i dalej głównie nasza trójka pracowała. Do Kudowy- Zdrój czułem się całkiem rześko, za to po bufecie złapałem lekki dołek…w sumie nie wiem z czego wynikał- piłem, jadłem, może za mocno jechałem po prostu. No ale jakoś kryzys został przełamany i droga mijała szybko. W momencie gdy nastąpiło odbicie na drogę do Zieleńca Darek i Rafał wyrwali do przodu- chwilę pociągnąłem za nimi, ale wiedziałem, że takim tempem się zajadę, a to w końcu dopiero 1/3 planowanego dystansu. Odpuściłem więc i wjeżdżałem swoim rytmem. Po chwili z blisko dziesięcioosobowej grupy zostałem tylko w towarzystwie dwóch zawodników. Dojechaliśmy w takim składzie do Zieleńca. Zjazd wpierw spokojny przerodził się dla mnie w piekło. Ot jedna dziura, druga dziura i już słyszałem tylko syk z przedniego koła. Wiele nie straciłem, bo miałem zapasowa dętkę, więc może z 3min minęły i znów siedziałem na rowerze. No i teraz splot nieszczęśliwych zdarzeń spowodował mój koniec. Po pierwsze za słabo napompowałem oponę. Po drugie rozpędziłem się za bardzo już zaczynając odrabiać straty, ale…. nie minął z 1km jak znów miałem flaka z przodu. Był niesamowicie nierówny fragment i zanim się zatrzymałem zdążyłem podziurawić dętkę w 6-ciu miejscach :/. Na szczęście były to snake’i, więc załatałem wszystko trzema łatkami, ale i tak straciłem koszmarnie dużo czasu :(. Mało tego wszystko odbywało się na wysokości około 900 m.n.p.m przy padającym deszczu i temperaturze poniżej 10*C. stałem tam 20-25min łatając dętki. W tym czasie przemarzłem tak jak nigdy przedtem. Jak wsiadłem potem na rower, to zjazd był koszmarem. nie mogłem jechać szybko aby się rozgrzać, bo znów bym złapał gumę na dziurach. Rower co pewien czas wpadał w mocny rezonans, który powodowały drgawki przechodzące mnie przez całe ciało. Najgorzej było z rękami- czułem się jak by mi ktoś wbijał sto tysięcy malutkich igiełek w skórę :/. Ogólnie nie było fajnie. Dopiero gdy dojeżdżałem do Starej Bystrzycy zaczęło się robić płasko i mogłem dokręcać. Szybko rozpędziłem się do ponad 40km/h i tak dojechałem do Bystrzycy. Tu trochę zwolniłem, bo wiedziałem, że trzeba patrzeć na słupy z oznaczeniami- punk kontrolny nie był usytuowany przy głównej drodze. równocześnie podjąłem decyzję o skróceniu dystansu. Stwierdziłem, że strata jest za duża i i tak już nic nie osiągnę, więc nie ma sensu tracić zdrowia, bo poważna hipotermia wisiała w powietrzu. Z Bystrzycy do Kłodzka było około 18km, więc po zczytaniu chipa udałem się na ostatni odcinek trasy. Dobrze, że było z wiatrem, bo cały ten odcinek przejechałem z prędkością ponad 40 km/h .Jedynie na podjazdach prędkość trochę spadała, ale i tak nie zrzucałem z blatu. Wreszcie poczułem ciepło.. ale i tak tylko gdzieniegdzie. W Kłodzku dość szybko trafiłem na odpowiedzią ulicę i zakończyłem ta drogę przez mękę. Jedyne o czym teraz myślałem, to był ciepły posiłek i ciepły prysznic…no w sumie cokolwiek byle by było ciepłe :). Ostatecznie dotarłem na 8 pozycji w open ze stratą ponad 30min do zwycięzcy (Rafała) i na 3 miejscu w M1 ze stratą około 9 minut do pierwszego.

Z Klasyka Kłodzkiego wyniosłem kupę doświadczenia. Już wiem, że chcąc nadrobić minutę na zjeździe można przegrać cały wyścig. Tym nie mniej wyścig mi się bardzo podobał. Ludzie narzekali na to i tamto. Głownie chodziło o oznaczenie trasy- poziome skutecznie zmył deszcz, a pionowe także za sprawą deszczu stawało się mniej widoczne. Jednakże myślę, że jeżeli ktoś był na odprawie technicznej i spędził minutkę nad mapą z zaznaczoną trasa przejazdu, to nie powinien mieć problemów z trasą- ja w każdym razie takich nie miałem. To teraz przejdźmy do plusów na rzecz organizacji:). Na pewno bardzo dobry był wybór bazy zawodów- przyszniców nie było nawet na ME w Wałbrzychu :). Pomysł, że nie trzeba oddawać chipa w zamian za talon na jedzenie też był ok. Unikneło się przez to niepotrzebnego oczekiwania i od razu po mecie mozna było zjeść ciepły makaron. Dyplomy ze zdjęciem zawodnika przed startem to też dobry ( a i bardzo pracochłonny) motyw. Ogólnie uważam imprezę za udaną, ale niestety z małymi zgrzytami. Dobrze, że chociaż można zwalić na pogodę, bo ona chyba nikogo nie wprawiała w dobry humor i może dlatego wynikło aż tyle sporów.

Tekst ze strony mikemtb.org 

Facebook