Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2017

Oborniki Wlkp.
22.04

Gryfland Nowogard
29-30.04

Stargard
13.05

Radków
20.05

Choszczno
27.05

Łask
04.06

Świnoujście
10.06

Wolsztyn
24.06

Nietążkowo
1.07

Zieleniec
22.07

Karpacz
02.09

Rewal
16-17.09

Klasyk Kłodzki. Po to jest życie, by korzystać zeń

Płomienne zorze budzą mnie ze snu ..

Moi koledzy ścigają ze mną się
Bo do wyścigu każden gotów jest

Słońce zachodzi , minął kolejny dzień
A po wyścigu dobrze zabawić się
Moi koledzy bawią nocą się
Po to jest życie , by korzystać zeń

Tym razem miało być inaczej, miał mnie w końcu ominąć mój pech, który za mną chodził od jakiegoś czasu, i który mi tak urozmaica moje starty w zawodach. Ale ileż w końcu można mieć pecha? To się przecież nie może wydarzyć kolejny raz. Jednak w czaszce co jakiś czas zakołata się dziwne przeczucie, ale patrz wyżej – statystycznie to niemożliwe. Tak, niemożliwie… ;)

Więc pełen zapału, w dzień poprzedzający, czynię ostateczne przygotowania, tak aby nazajutrz, zaraz po przebudzeniu się wykonać minimalną liczbę czynności, czyli: higiena osobista, posiłek i zniesienie przygotowanych bagaży do autka, w którym czeka już rowerek przygotowany do jazdy na tip top już w czwartek.

Prognoza na sobotę jest niejednoznaczna i w zależności od źródła istnieją wersję z opadami i burzami oraz ta „na sucho”. W obu temperatury w okolicach 30 st. Czyli warunki nie dla każdego dobre, ale z uwagi na bezpieczeństwo uczestników lepiej, gdy jezdnia jest sucha.

Poranna pobudka z delikatnym falstartem, ach te nocne przesiadywanie przy kompie :/ Czyli czas na przygotowanie z 1 godz. skrócił się do 45 minut. Ale mimo wszystko nie jest źle, zawsze można nadrobić na trasie, he, he ;) Summa sumarum, startuję z zaledwie 5 minutowym opóźnieniem i delikatnie zaczynam jechać, aby później trochę depnąć ;)

Na trasie, poza ignorowaniem ograniczeń prędkości jadę grzecznie i ostatecznie docieram do Zieleńca ok. 6.30. Czyli pół godziny przed planowanym przyjazdem. Zaczynam oczywiście, działanie od odszukania biura zawodów i zameldowania się oraz odebrania pakietu startowego. Przy biurze dostaję od pana kartkę reklamową, która zachęca do uczestnictwa w maratonie „Liczyrzepa” w Karpaczu. Jeżeli o mnie chodzi, to ulotki mi są zbędne, gdyż już mentalnie jestem uczestnikiem tego maratonu. Po załatwieniu formalności, z nadmiaru czasu, zaczynam się rozglądać po okolicy obserwując przybywających uczestników, formującego się coraz dłuższego ogonka do biura zawodów, leniwie rozgrzewających się zawodników, zapewne z dystansu Giga, gdyż oni jako pierwsi zostaną wystartowani. Nadmiar czasu, niejako mnie wybił z rytmu i postanowiłem skorzystać z okazji i pozwiedzać okolicę, obserwując co się zmieniło od mojego ostatniego pobytu.

Powróciłem do auta zaledwie pół godziny przed startem, dalszy postęp przygotowawczy musiał przebiegać już sprawnie, tj.: wyciągnięcie roweru, przebranie się, ostatnie przygotowanie, uzbrojenie rowera w licznik, przygotowanie pakietu żywnościowego, szybki posiłek z banana i uzupełnienie płynów, i najważniejsze w tym wszystkim załadowanie bidonów. Wszak przy takiej temperaturze nie miałym szans w dobrej formie dotrzeć do bufetu. Robię szybką, przyspieszoną rozgrzewkę, rezygnuję świadomie z dobrego rozgrzania z uwagi na to, że start zaczynają się długim zjazdem oraz na wysoką temperaturę. Po rozgrzewce przyszła pora na skorzystanie z przybytku, przed którym uformowała się kolejka i tu, w miejscu skupiającym wielu ludzi, spotykamy się z Gosią, która przybyła do Zieleńca dzień wcześniej. Akurat dzisiaj startujemy razem w jednej grupie ;)

Czasu do naszego startu coraz mniej a mi jeszcze krąży po głowie myśl, że o czymś zapomniałem, nagle przychodzi olśnienie – pompka. Szybko dojeżdżam do samochodu, odszukuję pompkę i korzystając z okazji dopompowuję po kolei koło przednie i tylne, słysząc jednocześnie, jak starter prosi o przybycie na linię startu wcześniejszą grupę. Czyli mam tylko 2 minuty – całe mnóstwo czasu. Na start wpadam chyba jako ostatni. Ostatnie przygotowanie, kontrola sędziego, odliczamy czas, endo odpalone ciut wcześniej i… Go. Zaczynamy jechać!!! Nie mogłem się już doczekać! Z nadmiaru emocji zaczynam ostro i odjeżdżam z czołówką. Grupa już na pierwszym zjeździe dzieli się na dwie części.

Ja na razie kontynuuję jazdę z czołówką, a potem wpadam w dziurę, po której licznik przestaje mi podawać wskazania. Szybkie zatrzymanie i interwencja przy przednim kole pomogła powrócić do pierwotnego stanu – licznik działa ! Jednak tracę trochę czasu, czołówka mi odjechała i jadę na razie z drugą podgrupą. Cały czas jadąc w dół kontynuujemy jazdę trochę spokojniejszym tempem, a mnie jednak ta adrenalina, wydzielona przed startem, zaczyna nosić i na krótkim podjeździe zaczynam odjeżdżać i oddalając się, zaczynam gonić poprzedników wiedząc również, że za takie szarpane tempo mogę zostać srogo ukarany. Na razie nie robię sobie nic z tego, hołdując maksymie, że „jakoś to będzie”:)

Jadę ostro pracując tak, aby dogonić poprzedników. Niestety, tak jak było do przewidzenia, zanim zdążyłem nawet ujrzeć mój tymczasowy cel, wyprzedziła mnie ekipa z następnej grupy startowej, a ja tylko mogłem podziwiać, z jaką lekkością pokonują wzniesienia. Zjazd się zakończył, ja cały czas rejestrowałem w pamięci ile to mnie będzie kosztowało przybycie tą samą drogą na linie mety. Dojeżdżamy do mostku, na którym skręcamy w lewo i jesteśmy Republice Czeskiej.

Tak, Klasyk Kłodzki to taki ciekawy wyścig z pierwiastkiem transgraniczności, który urozmaica trasę, przy okazji, powodując, że nasi sąsiedzi zza miedzy, także licznie uczestniczą w tych zmaganiach. Zaczynają się dłuższe podjazdy, na których doganiam i wyprzedzam co słabszych zawodników, samemu będąc wyprzedzanym, ot normalność na trasie ;) W ogólnym rozrachunku, saldo chyba mam ujemne, ale co mi tam. W połowie podjazdu czuję, że nadmiar adrenaliny, który pozwolił mi tak jechać na początku, zaczyna się kończyć, więc muszę przestawić się na tryb „oszczędny”.

Jadę, już bez szarpania, spokojnie wykręcając kolejne podjazdy w oczekiwaniu na apogeum. W końcu jest, szybki rzut oka na okolicę, gdyż jak wiadomo, z góry więcej widać i lepiej, rozpoczynam zjazdy. O ile podjazdy przychodziły mi na takim normalnym poziomie, to co do zjazdów nie miałem pojęcia jak mi się uda zaprezentować w tym elemencie na tle konkurencji. Mając na uwadze ostrzeżenia organizatora oraz nieznajomość trasy, zacząłem nadzwyczaj spokojnie, ale jednak niedawny epizod w starcie w maratonie MTB w Bielawie, wymusił na mnie dużo ryzykowniejszą jazdę, tym bardziej, że te kręte wiraże naprawdę sprawiały mi frajdę, a wyprzedzani uczestnicy, dodatkowo potęgowali to uczucie.

Tutaj należy się oddać organizatorom hołd za oznakowanie trasy. Można było spokojnie jechać na zjadach uważnie obserwując oznakowanie poziome, które informowało w sposób wystarczający o niebezpieczeństwie. Z resztą w Klasyku Radkowskim, tez było podobnie i większość zawodników to zauważyła i doceniła ten wysiłek u organizatora.

Może nie dość dokładnie zapamiętywałem w szczegółach trasę zjazdu, tak jak Ania, ale urzekła mnie malowniczość mijanych miejscowości, krętych dróżek, wijących się zakamarkami górskich dolinek i pnących się ku przełęczom. Kontynuując zjazd dotarliśmy do odcinka na zjeździe z dość kiepską nawierzchnią, na której mój rower jako, że wyposażony w amortyzator na przodzie oraz szersze oponki, czuł się jak ryba w wodzie. Mając taką przewagę, wykorzystałem ją niemiłosiernie nad konkurencją, którą goniłem od samego startu i wkrótce mogłem im już tylko pomachać, patrząc jak zaciskają zęby z bezsilności. Rower „inny” – rulez !!!

Następnie odcinek jakościowo zaczął się poprawiać jeszcze na zjeździe i już musiałem się mieć na baczności. Później zaczął się podjazd, który miał ostatecznie apogeum gdzieś w okolicach Destnej – słynnego ośrodka narciarskiego. Na szczycie podjazdu – bufet, co dla mnie było dość dużym zaskoczeniem, gdyż niewłaściwie zaplanowałem sobie zużycie napojów, w efekcie czego, miałem w bidonach prawie 2/3 zawartości, a powinienem dojechać na pustych!

Niedobrze, mając nadzieję, że to się nie odbije na moim samopoczuciu na trasie, zażyczyłem sobie dolania do wody izotoniku, a do drugiego bidonu na odwrót, w efekcie czego miałem w obu bidonach mieszankę ;) Obsługa na bufecie, była niczym z pit stop u Kubicy. Należy docenić troskę organizatora w tym elemencie i zanotować kolejny plusik na jego koncie ;)

Teraz czekał nas kolejny zjazd i podjazd, szeroką drogą, jadąc po której mijaliśmy dużą ilość turystów podróżujących na rowerach a także pieszo, gdyż Góry Orlickie są lubianym i docenianym przez turystów miejscem, zarówno zimą jak i latem. I takim wygodnym asfaltowym szlakiem, w otoczeniu lasów, w których kątem oka dostrzegałem owoce runa leśnego, które tak, co niektóre dziewczyny, kusiły swoimi wdziękami, zachęcając do skosztowania. Pozostając jednak niewzruszonym na aspekty smakowe tychże dóbr, upatrzyłem zieloną sylwetkę jadącą w oddali.

Tego mi było trzeba, jakiegoś krótkoterminowego celu. I po pewnej chwili już jechaliśmy razem, a po następnej przycisnąłem jeszcze bardziej i kontynuowałem zjazdy już sam. Jednak jadąc na najwyższym przełożeniu słyszałem ciągłe, niepokojące zgrzyty wydobywające się z okolic osłony łańcucha. Tak, jechałem KK na typowym rowerze turystycznym, w typowej konfiguracji, a z osłoną zaczęło się coś dziać niedobrego. Któreś mocowanie puściło na wertepach i każdy obrót pedałem mógł spowodować, że zahaczę korbą o osłonę i zrobi się kłopot.

Trudno, należało natychmiast zainterweniować na przymusowym postoju. Zabezpieczyłem prowizorycznie dość sprawnie osłonę przed wyrwaniem, ale straciłem parę pozycji i znów kolega w zielonej koszulce tylko zdążył mi mignąć i szybko się oddalił, zostawiając mnie daleko w tyle. Znowu jadę! Ale trudno mi było odrobić stratę.

Właśnie dojechaliśmy do Mostovic i zakończyliśmy jednocześnie czeski epizod, kontynuując jazdę już na własnym podwórku.

Przede mną była dojazdówka do pętli z dość stromym podjazdem z Różanki pod Gniewoszów. Jechałem sam, a w odległości 200-300m przede mną uformował się zgrabny peletonik, do którego załapał się kolega w zielonym. Ja miałem nadzieję się podłączyć i trochę złapać oddech, ale niestety odłegłość zmiast maleć, wciąż rosła i ostatecznie straciłem kontakt.

Grupkę dopadłem dopiero na podjeździe pod Gniewoszów, który to rządził się swoimi prawami. Z uwagi na konkretne nachylenie podjazdu i stan asfaltu, wręcz tragiczny, można było rzec, że „każdy orze, jak może”. W moim rowerku, amorek na przodzie i szersze oponki, dawały mi przewagę więc nie mogłem narzekać, odrabiając kolejne pozycje. Raz po raz, śmignął mi jakiś szybki zawodnik z wyższym numerem, ale generalnie pod górę żarło dobrze.

Nauczony poprzednią wpadką z bidonami, odpowiednio wcześniej zrobiłem remanent, dopijając ostatnie łyki, tak aby zatankować na bufecie maksymalną ilość. I tak, jak napisała Ania, w swojej relacji, na górze oprócz bufetu czekał mnie przepiękny widok. Jednak nie czas było kontemplować uroki przyrody, wszak jestem z racji pochodzenia trochę obyty z takimi doznaniami estetycznymi, skupiłem się na czynnościach doczesnych, popijając szybko izotonik, wciskając do ust kawałki arbuza. Obsługa na bufecie była rewelacyjna, a mi zamarzyła się kąpiel i już po paru sekundach na moją głowę i plecy polały się strumienie wody, dając mi niesamowitą frajdę i ulgę. Wrażenie wprost, nieziemskie ;) Ładnie podziękowałem za takie, miłe dla mnie potraktowanie, ruszyłem w dół, aby wyjść na dłuuugą prostą do mety. Zjazdy były szybkie i kręte, przeplatane krótkimi podjazdami.

I już nie wiem, czy tak się zaabsorbowałem tymi zjazdami, czy zapatrzyłem się na chorągiewkę kolegi z Białegostoku, z którym sobie rywalizowaliśmy na zjazdach i podjazdach, że nagle zorientowałem się, że jestem na drugiej pętli na Giga!!! No, nie mogło być inaczej, charakterystyczny domek z kukłami naturalnych rozmiarów i początek kiepskiego asfaltu świadczyły, że jestem d…pie. A moje emocje zostały uwolnione poprzez wiązankę niecenzuralnych treści nieprzypisanych do konkretnego adresata. „Ch..j, d..pa i kamieni kupa”, można było cytować za wieszczem Sienkiewiczem :-)

Chociaż, tak po prawdzie, adresatem powinien być tylko jeden podmiot. No i tenże sam, zaczął się zastanawiać, co robić? Przez moment zacząłem się zastanawiać, czy nie jechać dalej na Giga, ale pomyślałem, że może jakoś odrobię te straty swojego dystansu. Nie wiedziałem jakie one były. W ostateczności okazało się, że dokręciłem niepotrzebnie 13km, tracąc ok. pół godziny i okupując to zupełnym wybiciem z rytmu i utratą motywacji. Jeszcze trochę wcześniej czułem, że czas nie jest najgorszy i na mecie powinno być nieźle, a teraz dopadło mnie nagle zmęczenie, psyche mną zaczęła niemiłosiernie poniewierać. W takiej sytuacji, najlepszym lekarstwem jest odnalezienie celu, łatwego w osiągnięciu.

A było to trudne, gdyż cały czas do rozjazdu, jechałem pod prąd, widząc zdziwienie połączone z drwiną, na twarzach mijanych zawodników. Dopiero od rozjazdu udało się złapać cel, była nim sylwetka jadącego zawodnika, którą mogłem próbować dogonić i się poprzez to psychicznie odbudować. To lekarstwo pomogło, w ten sposób zacząłem normalnie pracować, dojadając ostatnie żelki i banany kumulowałem energię na ostateczne rozstrzygnięcie. W myśli miałem wizję z ostatnim podjazdem pod Zieleniec, wiedząc, że będzie długi z męczący. W ostatnich kilometrach wspierał mnie kolega z Zielonej Góry, który jak się później okazało jechał dystans Giga, ale pomylił się i zrobił tylko dwie pętle.

Miło nam się rozmawiało i także jechało, nawzajem siebie motywowaliśmy. W kulminacyjnym podjeździe pod Zieleniec okazał się jednak lepszy. A mi pozostały samotne zmagania ze zmęczeniem i obserwowanie masztu telefonii komórkowej i innych obiektów terenowych, świadczących niezbicie o zbliżającej się mecie. I w końcu, ostatni skręt na metę, pamiątkowy medal i gratulacje. Radość była ogromna, ale po chwili zacząłem się rozglądać za Gosią. Nie wiedziałem, czy zdążyła dojechać przede mną, czy jeszcze jedzie? Wkrótce się okazało, że za parę minut dojechała i ona, a także Teresa, która ostatecznie zrezygnowała z Giga i pojechała dystans Mega.

Po chwili odpoczynku i ogarnięciu się, zasmakowaniu w Zielenieckiej kuchni, mogliśmy przyglądać się dekoracji zawodników dystansu Mini, która zaczęła się o godz. 15-tej. Moim zdaniem, to dobra decyzja z rozdzieleniem dekoracji, gdyż zawodników na mini, było najwięcej, a musieli czekać do godz. 19-tej, aż zakończą jazdę zawodnicy kategorii mega i giga. W międzyczasie sprawdziłem w biurze zawodów pierwsze wyniki i szybko okazało się, jak można było przypuszczać, że moje gapiostwo, odebrało mi szansę na zajęcie 3-go miejsca i pucharek oraz dyplom.
Ale powtarzam, w takich chwilach, jak ta, że przyjechałem po naukę, he, he. ;)

Ale złożyłem sobie obietnicę powrotu tutaj za rok i powalczenie o I-sze miejsce!!!

Jak zauważyli koledzy, mam jeszcze spore rezerwy i po doposażeniu się w lepszy sprzęt można pokusić się o najwyższe laury w swojej kategorii.

Tym bardziej powinienem być zadowolony z wyniku. Zwłaszcza, że był to mój drugi występ w zawodach z cyklu Supermaratony szosowe i debiut na dystansie Mega.

Podsumowując zawody uważam za udane, pod każdym względem i nie był to czas stracony. Pogoda dopisała i mogliśmy rozgrywać rywalizację w niemalże idealnych warunkach.

Jeżeli chodzi o stronę organizacyjną, to należy Organizatorowi oddać to co mu się słusznie należało.

Wszyscy uczestnicy podkreślali troskę organizatorów o każde detale i w każdym aspekcie było wszystko dopięte na ostatni guzik. Oznakowanie trasy, logistyka, sprawy porządkowe i żywieniowe, jak zwykle były przygotowane perfekcyjnie, co podkreślali szczególnie ci uczestnicy, którzy wcześniej mieli okazję tutaj startować.

Jeżeli chodzi o samą ceremonię wręczenia dyplomów i pucharów, to w całej masie kategorii zdażyła się jedna, czy dwie wpadki, ale organizator pokajał się publicznie, czym myślę, odkupił swoje winy i zasłużył na wyrozumiałość.

I tak oto Klasyk Kłodzko ad 2014 przeszedł do historii.

Krótka statystyka:
Dystans Mega
Kategoria M4I
Czas : 4godz 57 min. 05 sek.
Strata : 1godz. 42min, 18 sek.
Dystans : 110km (przejechane 123km ;) )
Miejsce : 110 Open, 4 w kat M4I
Śr prędk. 22,21 km/h

Mam do d…tel. znowu mi zgubił trasę.

Roman Pindel

Źródło: profil Romana na Endomondo (klik)