Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2017

Oborniki Wlkp.
22.04

Gryfland Nowogard
29-30.04

Stargard
13.05

Radków
20.05

Choszczno
27.05

Łask
04.06

Świnoujście
10.06

Wolsztyn
24.06

Nietążkowo
1.07

Zieleniec
22.07

Karpacz
02.09

Rewal
16-17.09

Klasyk Radkowski – Supermaraton Mini

Dziś będzie krótka relacja ;-) Zameldowaliśmy się przed ok. 7.30 na miejscu, w Radkowie. Razem ze mną ruszyli na zdobywanie radkowskich szlaków młodzi kolarze z klubu MKS Jaworzyna Śląska – Szymon i Grzegorz. Zawsze to raźniej. Szybkie załatwienie spraw w biurze zawodów, odbiór koperty z numerem, czipem startowym i bonem na posiłek.

Przygotowanie rowerów i siebie do startu nie wymagało wielkiego pośpiechu, gdyż formalności startowe załatwione były bardzo szybko. Sprawdzenie sprzętu, rozgrzewka i dojazd do linii startowej, na której raz po raz ustawiały się kolejne grupy startowe. Mój start był o 8.52, więc czasu sporo.

Od przyjazdu pogoda systematycznie się pogarszała i w parę minut przed startem zaczęło padać dość mocno. Szybka decyzja przed samym startem – ubieram pelerynkę. Ostatnie sekundy i start. Pamiętałem żeby nie zaczynać za ostro i nie próbować szarpać na początku. Wiadomo, duże tempo odpuszczam i jadę wolniej, jak będzie nie za mocne – jadę w grupie. Akurat pierwsze kilometry płaskiego dystansu szły w tempie dla mnie odpowiednim, więc kontrolowałem pozycję.

Pierwszy zakręt na Wambierzyce, przejazd przez miasto i początek podjazdu, pierwszego na tej trasie. Grupa tempa nie odpuściła. Jadąc tym tempem co jakiś czas mijaliśmy słabszych, którzy nie byli w stanie jechać odpowiednio szybko. Niestety, jak mogłem przypuszczać, tempo grupy okazało się dość mocne i podjąłem decyzję lekkiego odpuszczenia. Żegnaj grupo, ale trudno jadę sam od tej pory i próbuję złapać kogoś do jazdy w parze.

Zrobiło mi się gorąco i deszcz przestał padać, więc postanowiłem zatrzymać się i zdjąć pelerynkę i nagle pojawił się problem, zmieniając przerzutki, spadł mi łańcuch z małej zębatki na oś korby. Pomny takiego problemu na jednym z treningów, przestraszyłem się. Już widziałem oczami wyobraźni te gorączkowe próby założenia zaklinowanego łańcucha, ręce ubrudzone po łokcie smarem i inne pomniejsze atrakcje. Wtedy założenie łańcucha zajęło mi ok.10 minut, spowodowane brakiem dostępu do łańcucha przez osłonę. Tutaj miła niespodzianka – łańcuch założyłem w niecałą minutę. Hurra! Pelerynka do kieszeni i jadę odrabiając straty.

Ręce jakoś podejrzanie czyste, jakby nie miały kontaktu z łańcuchem, aha, już wiem, to zasługa wyczyszczenia łańcucha i nałożenia nowego smaru, jak miło. W międzyczasie minęła mnie kolejna grupa i odjechała. Do końca podjazdu mijałem pojedynczych zawodników z wcześniejszych grup. Na szczycie było wypłaszczenie i krzyżówka, na której skręcamy w wąską drogę, prowadzącą do Karłowa przez las. Jest to jeden z dwóch dłuższych podjazdów. Akurat ten był krótszy ale bardziej stromy.

Zapinam przełożenie i jadę dopasowując obciążenie. Po jakimś czasie mijamy pana, dla którego podjazd okazał się za ostry. Dopasowanie oddechu i ocena tempa na podjeździe. Tu można już było ocenić jaka jest moja forma. Wiadomo, wszystko rozstrzyga się na podjazdach. Według mojej oceny nie było tragedii, ale też nie miałem optymalnego tempa. Trudno, może się coś z czasem poprawi. Wiadomo, że u mnie z czasem tempo powinno rosnąć przy słabszym początku.

Dojeżdżamy do szczytu i kolejna z niewiadomych, pierwszy zjazd i ocena, jak mi będzie wychodził ten element w porównaniu z innymi zawodnikami. Rower trekingowy ma w atut w postaci amortyzatora przedniego i akurat na tym zjeździe korzystałem z tej przewagi. Szersze oponki dawały mi też lepszą kontrolę na dziurawym, mokrym asfalcie. Dobrą decyzją była wymiana przeddzień klocków tylnego koła. Pracowały o wiele lepiej od przednich, które nie zostały wymienione. Ogólnie rzecz biorąc, zjazdy wg mojej oceny, wychodziły mi lepiej i zyskiwałem na tym elemencie przewagę. Myślałem, że będzie odwrotnie ;-)

Minęliśmy przejście w Tłumaczowie. Następuje seria zjazdów, asfaltem różnej jakości, miejscami w bardzo złym stanie, mokrym i miejscami przesychającym. Na jednym zakręcie miałem problem ze zmieszczeniem się. Konieczna będzie większa uwaga i ostrożność! Na długiej prostej w dół widzę jednego z zawodników na poboczu. Ewidentnie ma problem! Decyzja – zatrzymuję się. Problem dotyczył braku dętki na wymianę. Oddaję wobec tego swoją zapasową, jadę dalej bez zapasu, mając nadzieję, że nie będę miał pecha. Wyjeżdżam ze Szczytnej i na jednym z podjazdów widzę na poboczu Grześka – zawodnika z klubu w Jaworzynie. Okazuje się, że niestety nie jestem w stanie mu pomóc – urwana przerzutka, a on właśnie czeka na pomoc techniczną, dla niego rywalizacja już praktycznie się zakończyła. Trudno, jadę dalej próbując odrabiać stratę i co ciekawe , udaje mi się dogonić zawodnika, który jechał tuż za mną przed moim zatrzymaniem;-) Widać odpoczynek czasem może pomóc;-)

Wreszcie na krótkim podjeździe pojawia się ONA, dziewczyna w czerwonej koszulce, na rowerze górskim. Nadjechała z tyłu, wyprzedzając mnie z taką różnicą prędkości, że byłem pod ogromnym wrażeniem. Skomentowałem jej jazdę, podziękowała grzecznie, szybko oddalając się. W takiej formie to ja nie będę nigdy!

Cały czas podjeżdżając mijamy Duszniki. Na krótkim zjeździe, ostry, niespodziewany skręt w lewo, który przyczynił się do powstania groźnej sytuacji. Mogła ona spowodować kraksę. Nieopatrznie ściąłem zakręt, zamykając w ten sposób drogę innemu zawodnikowi. Na szczęście udało się bezkolizyjnie wyjść z tej sytuacji. Kontynuacja podjazdu i parę kilometrów dalej szczyt podjazdu. Na szczycie bufet, z którego skorzystałem łapiąc izotonik, dwa łyki i po sprawie.

Kolejny dłuższy zjazd, asfalt coraz gorszej jakości. Na szczęście słońce, operując dość mocno, wysuszyło nawierzchnię. Choć tyle dobrze. W głowie kołacze mi się myśl, że wywrotka na takim asfalcie niesie bardzo poważne konsekwencje. Nie byłaby to zwykła obcierka, tylko poważny uraz, spowodowany dużymi nierównościami. Mimo wszystko jadę szybko, często wymijając innych zawodników. Najszybszym nie jestem i na to nie liczyłem, są lepiej zjeżdżający, ale udaje mi się w tym elemencie poprawiać pozycję. Wreszcie dojeżdżamy do Kudowy. Przejazd przez miasto jest bardzo fajny, zatrzymany ruch, policja, mieszkańcy oglądający przejazd kolarzy, jak miło ;)

Krótki zjazd na wylocie z miasta i wreszcie chwila prawdy. Oznakowanie na asfalcie, pozostawione przez organizatorów, prześmiewczo informuje o 11km podjeździe. Buźka z asfaltu życzy nam powodzenia. Trzeba się zmobilizować, wiadomo – ostatni podjazd a potem do samej mety tylko w dół. Nawierzchnia bardzo dobrej jakości, szeroka, krętymi serpentynami droga prowadzi przez las ku przełęczy. Nachylenie w zasadzie jest stałe i ustawiając jedno przełożenie można narzucić stałe tempo i próbować go utrzymać. Z tym jest jednak trudniej. Trudy rywalizacji dają się we znaki, ostatnie krople napojów wypite, batonów i żelów brak, kiepski posiłek rano daje się we znaki. Zaczynam w połowie odczuwać kryzys, a tak mi się fajnie jechało :-/.

Zaczynam opadać z sił. Szkoda, że na bufecie nie wziąłem chociaż kawałka banana;-) Raz po raz, dostrzegam pojedynczych zawodników, którzy stanowią doskonały cel do dogonienia i można przestać myśleć o zmęczeniu. Wiadomo psychika na podjazdach ogrywa kolosalną rolę i próbuję namówić ją do współpracy ;) Podjazd, długi z niezliczonymi serpentynami, które po dojechaniu, odsłaniają kolejne. I tak bez końca. Bliżej szczytu dogania mnie grupka 3 zawodników, podczepiam się do nich i jadę z nimi. Niestety, po jakimś czasie sił ubywa i trochę odpuszczam, trudno trzeba rzeźbić znowu pod górę samemu. Przejaśnia się, chyba zaraz będzie szczyt, doganiam grupę, którą wcześniej odpuściłem i dochodzimy do szczytu podjazdu. Zaczyna się zjazd, nareszcie! Pełna mobilizacja, teraz się dużo rozstrzygnie, ważna jest prędkość.

Rozpędzam się i … wyprzedzają mnie zawodnicy z dużą różnicą prędkości. O co chodzi? Przecież to ja miałem poprawiać pozycję a nie oddawać. Patrzę pod nogi, wszystko jasne, przerzutka ustawiła łańcuch na średniej tarczy, a nie na dużej! Chwila i łańcuch już jest na swoim miejscu i dokręcam na zjeździe, aby się dobrze rozpędzić. Asfalt w stanie dość dobrym, ale zdarzają się niespodzianki. Należy uważać. Organizator odpowiednio oznakował niebezpieczne zakręty i można było zachować się odpowiednio do sytuacji. Zjazd był prawie tak długi jak podjazd. W końcu przejaśnienie, tablica informująca o dotarciu do miasta Radków. Więc już jesteśmy blisko mety.

Oglądam się za siebie, mam na kole kolegę z wcześniejszej grupy startowej, grupy trzebnickich szerszeni, czyli wygląda, że chce żebym go podprowadził i pewnie mnie wyprzedzi w stosownym miejscu. No i tak się stało. Dla mnie to niezbyt wielkie zmartwienie, gdyż liczy się czas netto a ja startowałem później. Po przejechaniu mety, posiłek i uzupełnianie płynów i ogarnięcie sytuacji. No i w końcu oczekiwanie na wyniki. Co rusz wyniki są aktualizowane więc moja 57 pozycja w open zmienia się ostatecznie na 59 i tak już zostaje.

Zajmuję 59 lokatę w open, 58 miejsce w kategorii mężczyzn (ach, to ta kobitka, co mi tak śmignęła), 15 miejsce w kategorii wiekowej M4 i 4 miejsce w kategorii M4 rower inny, ze stratą do prowadzącego 36 min. 45. W kategorii M4 rower inny tracę do prowadzącego ok. 8-miu minut, i niewiele więcej do 3-go miejsca.

Podsumowując, mój pierwszy start, choć przysporzył mi wielu obaw, mogę śmiało zaliczyć do udanych. Praca w ciągu sezonu nie poszła na marne i nie żal straconego czasu i pieniędzy na udział w zawodach. Rower spisywał się poprawnie, choć pozostały obszary do objęcia szczególną troską. Pracę organizatorów oceniłbym wysoko. Oznakowanie trasy, bardzo dobre, pomagające zachować bezpieczeństwo podczas jazdy. Jazda była podczas normalnego ruchu kołowego i w newralgicznych miejscach była kontrolowana przez policję lub osoby wyznaczone przez organizatora.

Pogoda może nie dopisała, jednak na dystansie mini była, można rzec idealna. Temperatura na poziomie 15-18 stopni i duża wilgotność powodowała, że potrzeba było spożywać dużej ilości napojów. Niestety na dystansie MEGA i GIGA nie było już tak słodko, i kolejno przechodzące burze z obfitymi opadami dały się solidnie we znaki zawodnikom.

Stan asfaltu marny, powodował, że miejscami było bardzo niebezpiecznie i dochodziło do awarii. Nie miało natomiast miejsca żadnego poważnego wypadku.

Wyjeżdżając z Radkowa, zostawiałem miłe wspomnienia i nadzieję na powrót za rok, natomiast uzyskany wynik rozbudził mój apetyt sportowy i mam zamiar wystartować w kolejnych zawodach w naszej okolicy. tj. w Zieleńcu i Karpaczu.

Czas kontynuować pracę na przygotowaniem formy ;-)

Pozdrowienia dla wszystkich osób, które spotkałem, a szczególne pozdrowienia dla Gosi.
Koooniec.

Roman Pindel

Źródło: http://www.endomondo.com/workouts/345232603/5410586