Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
21.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
750km w 24 godziny – reportaż
23 października 2009
I jeszcze Sycka opowieść o La Marmotte
25 października 2009

Przywołany piszę co następuje: dojazd czwartek 2.07.2009. Jestem umówiony na wyjazd do Francji na maraton La Marmotte z Krzysiem z Łodzi i z Irenką. Krzyś już wieczorkiem 1-go lipca dojeżdża do Wrocka, więc jesteśmy w komplecie.

Tak jak wcześniej ustaliliśmy spakowani z rowerami do auta, z podręczną wałówką, namiotem i sprzętem turystycznym o godz. 4.40 rano ruszamy w kierunku Burg-d’Oisans we Francji. Darmowymi autostradami przez Polskę, Niemcy i Francję, dojeżdżamy aż do Belfort. Odtąd już drogami oznaczonymi RN jedziemy do Besancon i dalej przez Poligny i Lons-le-Saunier do Burg-en-Bresse. Od wschodniej strony omijamy Lyon i na skróty drogami niższej kategorii, po 17-tu godzinach jazdy non stop dojeżdżamy do Burg-d’Oisons, gdzie na parkingu czekają na nas Sławek z rodzinką i Musaszi.

Tak naprawdę to głównym winowajcą naszego wyjazdu był właśnie Sławek z Kasią – oni to wszystko rozkręcili, załatwiali od strony formalnej i pilotowali nas cały czas – wielkie dzięki, zrobiliście to perfekcyjnie.

Po krótkich powitaniach i przekazaniu nam czipów i torebek z gadżetami, rozbijamy namioty, posilamy się i spać! Niestety, już po pierwszym chrapnięciu z namiotu obok (Belg z żoną?) odzywają się głosy protestu i walenie otwartą dłonią po naszym maleńkim domku. Cóż, mieli pecha, że nie wzięli stoperów do uszu :-).

Piątek mija na zwiedzaniu rowerkami okolicy, w której zamieszkujemy. Jeździmy lekko i swobodnie podziwiając alpejskie krajobrazy, siły oszczędzając na jutrzejszy maraton. Poznajemy miejsce startu, ale do mety nie dojechaliśmy. Za wysoko!

Dzień prawdy – sobota 4.07.2009. Wstajemy około 4.30, gotujemy wodę na chemiczne zupki, jemy co się da, byle miało dużo węglowodanów, szykujemy sprzęt, odżywki na plecy, płyny do bidonów kask na głowę i około godz. 5.45 w drogę na start, aby zająć swoje miejsce w sektorze z numerami od 0 do 2000. My mamy nr od 880 do 890.

Rozpoczęcie maratonu jest o godz. 7-mej i mamy blisko, ale startuje nas 7.000 luda i wszyscy chcą być bliżej startu. Dojazd zorganizowany profesjonalnie, organizatorzy poustawiali bramki w taki sposób, że nikt nie wjedzie z wyższym numerem do sektorów przeznaczonych np. dla zawodników z nr od 0 do 2000. Tak wyglądał start:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=h4zcudr7kfE&feature=related[/youtube]

Nas łatwo znaleźć, bo jedziemy w strojach od Szerszeni (czwórki kolarskie).

Punktualnie o godz. 7.00 zaczęło się. Jestem na tak wielkiej imprezie pierwszy raz i nie ukrywam, że mam tremę. Jestem zaskoczony spokojem i dokładnym wykonywaniu poleceń Orgów przez międzynarodową brać kolarską.

Ruszamy spokojnie bez popychań i obijaniu się o siebie, przed nami 174km po górach dosyć wysokich i każdy znajdzie swoje miejsce na trasie. Już od 10km zaczyna się podjazd na Col Du Glandon (1924nnpm) i jest to dopiero 36km trasy. Jadę spokojnie w grupie umiarkowanej. Jest ze mną Irenka i Marek Szerszeń. Na podjeździe zostają z tyłu, a mijają mnie Krzyś, a później Sławek.

Limit czasu dla mojej kat. wiekowej na złoty medal wynosi 10.03h i mam ochotę przejechać ten dystans tak, aby się w tym czasie zmieścić. Jest fajnie, pogoda piękna, rano w granicach 18-20 stopni, na szczycie punkt żywieniowy, na którym napełniam tylko bidon i zjazd w dół – marzenie. Trzeba bardzo uważać, taka ilość rowerzystów przemawia do mnie.

Bez przerwy ktoś mnie wyprzedza lub czasami uda mi się kogoś dogonić. Wszystkie serpentyny przed i za mną wypełnione rowerzystami. Sprzęt różny, lecz przeważają wysokiej klasy rowery szosowe. Widzę też zwykłe górale i damki, są tandemy i poziome, jadą grupy klubowe i zawodowe. Język też różnisty, najwięcej francuskiego, niemieckiego, angielskiego, no i oczywiście nasz język ojczysty. Podobno było nas około piętnastu osób, w tym nasza grupa zmontowana przez Sławka (z całej Polski) i grupa z Leszna.

Na zjazdach widoki wspaniałe w takich górach i przy takiej pogodzie. Jest coraz cieplej i po dolince zaczyna się podjazd na Col Du Galibier przez Col Du Telegraphe. I właśnie na tym pierwszym podjeździe w moim Bianchi pęka śruba siodłowa. Zostaje tylko sztyca, a ja nie ,,baba” żeby się cieszyć. Siodło za pazuchę, pozbierałem części do kieszeni i w drogę. Jadę na stojąco przez blisko 15km i mam ochotę się wycofać.

Nogi bolą coraz bardziej, punkt serwisowy dopiero w miejscowości Valloire, na podjeździe na Galibier. Po drodze pytam o warsztat lub chcę odkupić śrubę od turysty, który zakończył trening, lecz nic z tego rozmowa kończy się stwierdzeniem, że: ,,ta śruba jest moja i to Ty masz problem” – to nie Polska!

Valloire – serwis Mavica, mechanik ogląda śrubę i stwierdza, że takiej nie ma, lecz wszedł do wozu i szuka w ,,klamotach” wychodzi i trzyma coś w ręku podobnego do mojej złamanej. Sprawdzamy gwint – ten sam, mam wielkie szczęście, więc on montuje a ja jem i piję. Chcę płacić, lecz sympatyczny Francuz odmawia, stwierdza, że śruba jest z odzysku – stara. Wielkie dzięki drogi mechaniku, na tej śrubie dojechałem do mety i jeżdżę na niej dalej!

Jestem na wysokości 1430nmpm i już w upale ponad 30 stopni jadę na 2645mnpm.- szczyt Galibier. Patrzę na czas – straciłem bardzo dużo, ale może uda mi się dojechać w założonym czasie. Łapię coś do jedzenia napełniam bidony, były już puste, opróżniam pęcherz tak jak wszyscy przy drodze, bo nie ma na tej wysokości drzew i zjazd w dół. Już po kilku minutach widzę kraksę – leży kilku rowerzystów, mają tylko otarcia, ale trzeźwieję i jadę spokojniej.

Zjazdu jest 45km, więc ręce bolą od hamowania. W Burg D’Oisons jestem po 9-ciu godz. mam do mety tylko 16km więc może… Jem batona energetycznego, napełniam tylko jeden bidon i kręcę, aby nadrobić stracony czas! Jest to słynny wjazd na Alpe d’Huez i po 20min. mam mroczki w oczach i dość wszystkiego – dogania mnie Musio, z którym wcześniej na trasie mijaliśmy się parokrotnie. Też jedzie na oparach. Po jakimś czasie on odpoczywa i ja go mijam.

Mam już swój czas 10.03, więc zajechany padam na pobocze i ledwo dycham – jem, piję glukozę, nogi bolą niemiłosiernie, zwłaszcza uda, które odmówiły posłuszeństwa, wyłazi marsz na rowerze, i … nie mogę wstać, zresztą nie tylko ja, co kilka metrów ktoś leży i odpoczywa. Mija mnie Musio, czekam, Securite podjeżdża i …. uspokajam ich, wszystko ok. zaraz pojadę … i pojechałem do mety już spokojnie po odpoczynku.

Czas 11h00min04sek. Na srebro limit czasu 12.04, więc się zmieściłem. Na mecie oddaję czipa i za kaucję mogę kupić srebrny medal (10€). Nie, ja chciałem złoty, więc nie kupuję, za rok pojadę lepiej.

Wieczorem przy namiotach wspominamy wrażenia z trasy i przeżywamy wszystko jeszcze raz. Część z nas dojechała do mety i zdobyła złote i srebrne trofea, część ukończyła lecz w gorszym czasie i została tylko satysfakcja z ukończenia bardzo wymagającej trasy, część odpuściła przed ostatnim wjazdem.

Niedziela 5.07.2009. Po porannej toalecie i śniadaniu rozpoczynamy pakowanie w drogę powrotną. Atmosfera na polu namiotowym jest relaksowa, wszyscy się pozdrawiają, naciągają zbolałe mięśnie, składają namioty, rozbierają rowery i pakują się. Wracamy tym samym składem do Wrocławia, a Krzyś dalej do Łodzi już pociągiem. Sławek z rodziną jedzie na zasłużony urlop, a Marek ze swoją grupą przez Włochy wraca do Obornik.

Jeszcze w Burg na głównej promenadzie wypijamy pyszną kawę i o 14-tej w drogę. Jadąc non stop o godz. 7-mej rano, już w poniedziałek, jesteśmy przy dworcu PKP we Wrocławiu. Znów 1520km jazdy w 17h.

Podsumowanie:

Koszty: wpisowe około 200zł, kemping po około 120 zł za trzy noclegi, paliwo po około 300zł.

Zdrowie: jest b. dobrze, lecz wyniki osiągnięte już w następną sobotę w Istebnej niezbyt ładne.

Ocena: jechać tak jak teraz w czwartek, lecz wracać po tygodniowym odpoczynku.

Części zapasowe: należy pamiętać, aby na trasę brać śrubę podsiodłową!! Obiecałem sobie w przyszłym roku pojechać i poprawić tegoroczny wynik.

Pozdrawiam tą drogą kolegów, z którymi spotkałem się na trasie!

Tekst i zdjęcia: Krzysztof – Klan

Facebook