Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
750km w 24 godziny – reportaż
23 października 2009
I jeszcze Sycka opowieść o La Marmotte
25 października 2009

Przywołany piszę co następuje: dojazd czwartek 2.07.2009. Jestem umówiony na wyjazd do Francji na maraton La Marmotte z Krzysiem z Łodzi i z Irenką. Krzyś już wieczorkiem 1-go lipca dojeżdża do Wrocka, więc jesteśmy w komplecie.

Tak jak wcześniej ustaliliśmy spakowani z rowerami do auta, z podręczną wałówką, namiotem i sprzętem turystycznym o godz. 4.40 rano ruszamy w kierunku Burg-d’Oisans we Francji. Darmowymi autostradami przez Polskę, Niemcy i Francję, dojeżdżamy aż do Belfort. Odtąd już drogami oznaczonymi RN jedziemy do Besancon i dalej przez Poligny i Lons-le-Saunier do Burg-en-Bresse. Od wschodniej strony omijamy Lyon i na skróty drogami niższej kategorii, po 17-tu godzinach jazdy non stop dojeżdżamy do Burg-d’Oisons, gdzie na parkingu czekają na nas Sławek z rodzinką i Musaszi.

Tak naprawdę to głównym winowajcą naszego wyjazdu był właśnie Sławek z Kasią – oni to wszystko rozkręcili, załatwiali od strony formalnej i pilotowali nas cały czas – wielkie dzięki, zrobiliście to perfekcyjnie.

Po krótkich powitaniach i przekazaniu nam czipów i torebek z gadżetami, rozbijamy namioty, posilamy się i spać! Niestety, już po pierwszym chrapnięciu z namiotu obok (Belg z żoną?) odzywają się głosy protestu i walenie otwartą dłonią po naszym maleńkim domku. Cóż, mieli pecha, że nie wzięli stoperów do uszu :-).

Piątek mija na zwiedzaniu rowerkami okolicy, w której zamieszkujemy. Jeździmy lekko i swobodnie podziwiając alpejskie krajobrazy, siły oszczędzając na jutrzejszy maraton. Poznajemy miejsce startu, ale do mety nie dojechaliśmy. Za wysoko!

Dzień prawdy – sobota 4.07.2009. Wstajemy około 4.30, gotujemy wodę na chemiczne zupki, jemy co się da, byle miało dużo węglowodanów, szykujemy sprzęt, odżywki na plecy, płyny do bidonów kask na głowę i około godz. 5.45 w drogę na start, aby zająć swoje miejsce w sektorze z numerami od 0 do 2000. My mamy nr od 880 do 890.

Rozpoczęcie maratonu jest o godz. 7-mej i mamy blisko, ale startuje nas 7.000 luda i wszyscy chcą być bliżej startu. Dojazd zorganizowany profesjonalnie, organizatorzy poustawiali bramki w taki sposób, że nikt nie wjedzie z wyższym numerem do sektorów przeznaczonych np. dla zawodników z nr od 0 do 2000. Tak wyglądał start:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=h4zcudr7kfE&feature=related[/youtube]

Nas łatwo znaleźć, bo jedziemy w strojach od Szerszeni (czwórki kolarskie).

Punktualnie o godz. 7.00 zaczęło się. Jestem na tak wielkiej imprezie pierwszy raz i nie ukrywam, że mam tremę. Jestem zaskoczony spokojem i dokładnym wykonywaniu poleceń Orgów przez międzynarodową brać kolarską.

Ruszamy spokojnie bez popychań i obijaniu się o siebie, przed nami 174km po górach dosyć wysokich i każdy znajdzie swoje miejsce na trasie. Już od 10km zaczyna się podjazd na Col Du Glandon (1924nnpm) i jest to dopiero 36km trasy. Jadę spokojnie w grupie umiarkowanej. Jest ze mną Irenka i Marek Szerszeń. Na podjeździe zostają z tyłu, a mijają mnie Krzyś, a później Sławek.

Limit czasu dla mojej kat. wiekowej na złoty medal wynosi 10.03h i mam ochotę przejechać ten dystans tak, aby się w tym czasie zmieścić. Jest fajnie, pogoda piękna, rano w granicach 18-20 stopni, na szczycie punkt żywieniowy, na którym napełniam tylko bidon i zjazd w dół – marzenie. Trzeba bardzo uważać, taka ilość rowerzystów przemawia do mnie.

Bez przerwy ktoś mnie wyprzedza lub czasami uda mi się kogoś dogonić. Wszystkie serpentyny przed i za mną wypełnione rowerzystami. Sprzęt różny, lecz przeważają wysokiej klasy rowery szosowe. Widzę też zwykłe górale i damki, są tandemy i poziome, jadą grupy klubowe i zawodowe. Język też różnisty, najwięcej francuskiego, niemieckiego, angielskiego, no i oczywiście nasz język ojczysty. Podobno było nas około piętnastu osób, w tym nasza grupa zmontowana przez Sławka (z całej Polski) i grupa z Leszna.

Na zjazdach widoki wspaniałe w takich górach i przy takiej pogodzie. Jest coraz cieplej i po dolince zaczyna się podjazd na Col Du Galibier przez Col Du Telegraphe. I właśnie na tym pierwszym podjeździe w moim Bianchi pęka śruba siodłowa. Zostaje tylko sztyca, a ja nie ,,baba” żeby się cieszyć. Siodło za pazuchę, pozbierałem części do kieszeni i w drogę. Jadę na stojąco przez blisko 15km i mam ochotę się wycofać.

Nogi bolą coraz bardziej, punkt serwisowy dopiero w miejscowości Valloire, na podjeździe na Galibier. Po drodze pytam o warsztat lub chcę odkupić śrubę od turysty, który zakończył trening, lecz nic z tego rozmowa kończy się stwierdzeniem, że: ,,ta śruba jest moja i to Ty masz problem” – to nie Polska!

Valloire – serwis Mavica, mechanik ogląda śrubę i stwierdza, że takiej nie ma, lecz wszedł do wozu i szuka w ,,klamotach” wychodzi i trzyma coś w ręku podobnego do mojej złamanej. Sprawdzamy gwint – ten sam, mam wielkie szczęście, więc on montuje a ja jem i piję. Chcę płacić, lecz sympatyczny Francuz odmawia, stwierdza, że śruba jest z odzysku – stara. Wielkie dzięki drogi mechaniku, na tej śrubie dojechałem do mety i jeżdżę na niej dalej!

Jestem na wysokości 1430nmpm i już w upale ponad 30 stopni jadę na 2645mnpm.- szczyt Galibier. Patrzę na czas – straciłem bardzo dużo, ale może uda mi się dojechać w założonym czasie. Łapię coś do jedzenia napełniam bidony, były już puste, opróżniam pęcherz tak jak wszyscy przy drodze, bo nie ma na tej wysokości drzew i zjazd w dół. Już po kilku minutach widzę kraksę – leży kilku rowerzystów, mają tylko otarcia, ale trzeźwieję i jadę spokojniej.

Zjazdu jest 45km, więc ręce bolą od hamowania. W Burg D’Oisons jestem po 9-ciu godz. mam do mety tylko 16km więc może… Jem batona energetycznego, napełniam tylko jeden bidon i kręcę, aby nadrobić stracony czas! Jest to słynny wjazd na Alpe d’Huez i po 20min. mam mroczki w oczach i dość wszystkiego – dogania mnie Musio, z którym wcześniej na trasie mijaliśmy się parokrotnie. Też jedzie na oparach. Po jakimś czasie on odpoczywa i ja go mijam.

Mam już swój czas 10.03, więc zajechany padam na pobocze i ledwo dycham – jem, piję glukozę, nogi bolą niemiłosiernie, zwłaszcza uda, które odmówiły posłuszeństwa, wyłazi marsz na rowerze, i … nie mogę wstać, zresztą nie tylko ja, co kilka metrów ktoś leży i odpoczywa. Mija mnie Musio, czekam, Securite podjeżdża i …. uspokajam ich, wszystko ok. zaraz pojadę … i pojechałem do mety już spokojnie po odpoczynku.

Czas 11h00min04sek. Na srebro limit czasu 12.04, więc się zmieściłem. Na mecie oddaję czipa i za kaucję mogę kupić srebrny medal (10€). Nie, ja chciałem złoty, więc nie kupuję, za rok pojadę lepiej.

Wieczorem przy namiotach wspominamy wrażenia z trasy i przeżywamy wszystko jeszcze raz. Część z nas dojechała do mety i zdobyła złote i srebrne trofea, część ukończyła lecz w gorszym czasie i została tylko satysfakcja z ukończenia bardzo wymagającej trasy, część odpuściła przed ostatnim wjazdem.

Niedziela 5.07.2009. Po porannej toalecie i śniadaniu rozpoczynamy pakowanie w drogę powrotną. Atmosfera na polu namiotowym jest relaksowa, wszyscy się pozdrawiają, naciągają zbolałe mięśnie, składają namioty, rozbierają rowery i pakują się. Wracamy tym samym składem do Wrocławia, a Krzyś dalej do Łodzi już pociągiem. Sławek z rodziną jedzie na zasłużony urlop, a Marek ze swoją grupą przez Włochy wraca do Obornik.

Jeszcze w Burg na głównej promenadzie wypijamy pyszną kawę i o 14-tej w drogę. Jadąc non stop o godz. 7-mej rano, już w poniedziałek, jesteśmy przy dworcu PKP we Wrocławiu. Znów 1520km jazdy w 17h.

Podsumowanie:

Koszty: wpisowe około 200zł, kemping po około 120 zł za trzy noclegi, paliwo po około 300zł.

Zdrowie: jest b. dobrze, lecz wyniki osiągnięte już w następną sobotę w Istebnej niezbyt ładne.

Ocena: jechać tak jak teraz w czwartek, lecz wracać po tygodniowym odpoczynku.

Części zapasowe: należy pamiętać, aby na trasę brać śrubę podsiodłową!! Obiecałem sobie w przyszłym roku pojechać i poprawić tegoroczny wynik.

Pozdrawiam tą drogą kolegów, z którymi spotkałem się na trasie!

Tekst i zdjęcia: Krzysztof – Klan

Facebook