Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Śrem
21.04

Rewal
5.05

Stargard
12.05

Nowogard
23.06

Świdwin
7.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Podróż koleją, tym razem czeską
20 lipca 2008
Rowerowa Łódź on-line
21 lipca 2008

Obiecałem paru osobom, że jak wrócę z Francji to opiszę wrażenia z La Marmotte, więc …
W zasadzie powinienem napisać: co Wam będę pisał pojedźcie sami to zobaczycie, ale boję się o swój tyłek .

Wyjazd na „Świstaka” to miał być mój/nasz (bo pojechałem z przesympatycznymi: małżonką i synkiem) wyjazd wakacyjny. Dwa dni po imprezie byliśmy już za Montpelier opalając tyłki na piaszczystej plaży.

Oto kilka opisów, spostrzeżeń i przemyśleń po tej imprezie.

Pogoda – jak to w Alpach zmienna bardzo. Czwartek cały dzień ulewy, piątek bezchmurne niebo, sobota bezchmurne niebo (z wyjątkiem zjazdu i wjazdu na Galbier), wręcz upał, niedziela słonecznie, poniedziałek – przelotne opady. Ogólnie ciepło, choć w sobotni poranek w dolince na starcie trzeba było założyć rękawki i nogawki.

Ilość uczestników – Kolarze byli …. wszędzie. Nawet gdy w czwartek, podczas deszczów wjeżdżaliśmy do Burg d’Oisans i wjeżdżaliśmy na Alpe d’Huez jeździło dziesiątki rowerzystów. Na samej imprezie numery startowe kończyły się gdzieś w okolicy 7600 numeru. Ukończyło imprezę (sklasyfikowani) 5300 uczestników.
Ta ilość kolarzy na starcie powoduje, że jest się ustawiony w grupach po … 2 tysiące osób. Pierwsza grupa wyjechała o 7:00. Ostatnia w okolicach 8:00. Dość zabawnie wygląda przez to start. Stałem gdzieś w połowie mojej (trzeciej) grupy startowej, na wąskiej uliczce miasteczka, gdy wybiła godzina startu ruszyłem jak … na hulajnodze, odpychając się jedną nóżką, powolutku. Do miejsca gdzie zapiszczały czipy dokulałem się po 5 minutach. No i całą trasę jedzie się w licznym towarzystwie.

Pierwszy podjazd (Col du Glandon). Bardzo uroczy, z dwoma miejscami odpuszczającymi. Długi, jak na nasze warunki, bo zaczynał się 9 km po starcie, a kończył na 35 kilometrze. I cały czas jazda w „gęstej’ grupie (cały czas tak jak na pierwszym kilometrze w Istebnej). Na szczycie dosłownie korek , 30 metrów do szczytu prowadzę rower bo nie można jechać z powodu tłoku (punkt żywieniowy i bramki czipowe).

Pierwszy zjazd. Wąski, kręty i mnóstwo ludzi, w drugiej połowie słaba widoczność zakrętów. Nie dziwię się , że były tu wypadki w poprzednich latach. Tym razem chyba nie było.

Drugi podjazd (Col du Telegraph). 12 km serpentyn w lesie. Bardzo przyjemny, choć wąsko i czasami przepychały się samochody. Średnie nachylenie ok. 7%. Tutaj jechało mi się najlepiej. Złapałem jakiś dobry rytm. I dalej jedziemy w tłumie.

Drugi zjazd. Krótki, jakieś 5 km, nawet nie wiem kiedy przeleciał i już się zaczynało Galibier

Trzeci podjazd. Col du Galibier. 18 km, z czego połowa, to długie proste, a jak się ma już dosyć to … zaczynają się serpentyny i „napis 10 km do szczytu”. I ta wysokość, ruszamy z 1400 a wjeżdżamy na 2640, a jeszcze trzeba pamiętać że Telegraph rozpoczynał się z 700 m n.p.m. Było ciężko, był księżycowy krajobraz, był śnieg na poboczach. Galibier zrobiło na mnie największe wrażenie. Czy wspominałem już że był tłum kolarzy ? Tak był, zwłaszcza na punkcie żywieniowy.

Ostatni zjazd. Od razu zaczyna się 12% nachyleniem i podmuchami wiatru. Trzeba się dobrze trzymać kierownicy. Potem jest szerzej i łatwiej. To jest w sumie 40 km zjazdu.

Ostatni podjazd. Alpe d’Huez. Zostało tylko 12 km. I ten sztywny początek. Uff. O ileż ciężej wjeżdżało się w sobotę niż w piątek. Upał odbierał resztki oddechu. Sytuacje ratowały strumyki z zimną wodą . Zatrzymywałem się trzy razy, żeby się zmoczyć. Kilka razy podjeżdżały karetki pogotowia udzielać pomocy mdlejącym. Ostatni taki widok miałem 50 metrów przed szczytem (podawano tlen leżącemu na asfalcie kolarzowi). Nie widziałem za bardzo żadnych widoków, panoram itp. … bo naciskałem na pedały

Kibice- też ich było bardzo dużo, jechało się jak na etapie Tour-u. Pamiętam nawet grupkę dzieci (mini chór), śpiewający zagrzewające do walki piosenki . Nawet pod szczytem Galibier było ich dużo. A na początku podjazdu pod Alp d’Huez, to już całe mrowie. Nawet jak ktoś chciał się zatrzymać, to głupio było, bo ludzie poganiali do jazdy.

Jedzenie – Na punktach było go dużo, ale uczestników jeszcze więcej, więc ciężko jest się dopchać, więc korzystałem tylko z punktu pod i na Galibier. Nastawiłem się na swoje jedzonko, ale …. trochę mi zabrakło. W połowie zjazdu z Galibier poczułem się na nowo głodny, a tu został mi jeden żelek. Na 18 zakręcie przed metą był jeszcze wodopój z … kandyzowanymi ananasami – uratowało mnie to trochę. Ogólnie to też przyczyniło się do gorszego czasu, jednak długie podjazdy wyczerpują (no dobra, niezbyt to odkrywcze). No i nie byłem przyzwyczajony do tego, że jednak na tych podjazdach trzeba jeść. Na Polskich maratonach podjazdy są za krótkie i można zjeść pomiędzy. A tam nie, za długo się wjeżdża, a na szybkich krętych zjazdach, to sami wiecie jak się wspaniale je.

Sprzęt – Ogólnie można się zdołować na jakim cudownym sprzęcie tam ludzie przyjeżdżają. Np. koła R-sys-s czy też Lightweight należały do … normalki !!! O ramach i osprzęcie nie wspominając. Jakby nie patrzeć to Europa zachodnia. Jeśli chodzi o ustawienie napędu to w zasadzie tylko dwa rozwiązania funkcjonowały. Albo kompakciki (50-34) i kasetka 27 ząbków (absolutne minimum), albo triple (52-39-30) i wtedy może być i z tyłu kaseta z 25 ząbkami (chociaż jako człowiek z nizin dołożyłem jeden trybki 28 i … nie żałuję).

Wynik – Liczyłem, że zmieszczę się w 10 godzinach, ale skończyło się na 10:16 …, ale załapałem się na srebrny dyplom (!!!) . Odebrałem go od razu po zawodach, prościutko z drukareczki stojąc w kolejce z 10 minut. Mimo wszystko jestem zadowolony, gdyż mimo tzw. Skuchy z jedzenie i … pewnej kontuzji … pachwiny (po Istebnej), uniemożliwiającej mi w zasadzie siedzenie na siodełku, udało się dojechać. Wydaje się, że mógłbym spokojnie zejść poniżej 9:30. Ale no właśnie, ja nie do końca po to tam jechałem.
Jak porównać ten wynik, czy też skalę trudności tego wyścigu do np. Klasyka Kłodzkiego czy Istebnej ? Na początku wydaje się, że to tylko cztery podjazdy, no duże, ale tylko cztery. Potem widzisz długie zjazdy, na których jedziesz 70 km/h. A potem średnia z licznika wychodzi 18 km/h (nie mówiąc o czasie brutto). Gdy tymczasem KK czy Istebną kończyłem przekraczając 24 km/h (brutto). I tak to właśnie wygląda.

Dzień Po
Na drugi dzień, korzystając jeszcze z pięknej pogody chłonąłem atmosferę niewielkiego miasteczka Burg d’Oisans żyjącego kolarstwem w całej rozciągłości. Sklepy rowerowe pełne ciuchów i osprzętu, na wystawach sklepów osprzęt z najwyższej półki (Mavic R-sys to normalność). No i te kafejki. W jednej z nich przy kawce w szerokim gronie znawców oglądałem na dużym ekranie, no co … oczywiście etap Tour de France.

Podsumowanie.
Na imprezie łącznie ze mną było tylko chyba pięciu Polaków – mizernie, mizernie . Ogłaszam wobec tego „nabór” na przyszły rok – może jednak usłyszę na trasie trochę więcej języka polskiego niż … swoje przekleństwa .

Sławek „Acerola” Chalciński

Facebook