Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Dla wszystkich wybierających się i nie do Świnoujścia
20 września 2010
Wyniki po Karpaczu
23 września 2010

Pobudka około szóstej. Poranek tradycyjny: coś na ząb, redukcja masy, ubieranie się i o 7:30 jedziemy powoli na stadion. Jest chłodno, pod klubową koszulkę zakładam nieprzewiewną kamizelkę.

Na bieżni ustawiamy się w sektorach: najpierw Giganci, potem Meganie i na końcu Minimaliści. Z głośników leci muzyka. Słychać skoczne dźwięki „Kiedy Święci maszerują”. Nowoorleański marsz pogrzebowy… To tak nam tu życzą?

Po kilku zdaniach wygłoszonych przez organizatorów o 8:00 rusza Giga, po 5 minutach Mega i po kolejnych 5 Mini. Przez boczną bramę stadionu zawodnicy powoli wylewają się na główną ulicę, zaczynamy podjazd na Orlinek. Ruch samochodowy miał być wstrzymany…co chwilę z góry zjeżdża jakiś samochód… Po ok. 200 metrach na zakręcie strzela komuś łańcuch – dla niego koniec jazdy.

Jadę spokojnie, równym tempem. To dopiero początek, trzeba się stopniowo rozgrzać. Na rondzie, koło stacji PKN Orlen zawijamy 180 stopni w lewo i ulicą Olimpijską jedziemy coraz wyżej. Na asfalcie trochę już zatarte napisy z Tour de Pologne. Zresztą na całej trasie nie było podjazdu bez śladów po wyścigach kolarskich: TdP (Tour de Pologne), BKT (Bałtyk-Karkonosze Tour), BM (Bikemaraton).

Chwilami podjazd jest całkiem sztywny i niektórzy już tutaj dają z buta. Wokół słychać głośne oddechy – a to dopiero początek wyścigu! Po kilku minutach Orlinek – zatrzymują się pierwsi odpoczywający. Teraz krótki zjazd do głównej ulicy i ponownie w górę na przełęcz Czoło (Karpacz Górny).

Pierwszy poważny zjazd. Trzeba uważać, jest jeszcze dość gęsto: jednych wyprzedzam, inni wyprzedzają mnie, do tego kilka dziur w nawierzchni i po kilku minutach skrzyżowanie nad Sosnówką – jedziemy w lewo. Najpierw mała hopka. Po szybkim zjeździe teraz tak woolno… Po kilkuset metrach ponownie w dół do Borowic. Widoki żadne – jedziemy w lesie. Zakręt za zakrętem.

Kolejne skrzyżowanie i …windą w górę do Przesieki. Tam wjeżdżamy na bardzo wąską drogę, trochę urozmaiconą błotem przez leśników (wyrąb lasu). Mijam grupkę z Ireną (wiceliderka PP wśród kobiet). Na wypłaszczeniu sięgam po żel. Druga tubka wypada mi z kieszonki na drogę. Zatrzymuję się, szkoda zostawiać kalorie w lesie… mija mnie kilka osób. Ruszam ponownie, przed zjazdem dociągam do nich.

Zjazd do Zachełmia. Zimne powietrze łzawi oczy, na liczniku 50 – 60 km/h. można ciąć niektóre zakręty, jest dobra widoczność. Na dole wpadam na drogę Kowary – Piechowice i jadę tak do Sobieszowa. Stąd długi podjazd przez Jagniątków do Michałowic. Aż do Jagniątkowa asfalt jest super, dalej już normalny. Przed Michałowicami dogania mnie Irena prowadząca mała grupkę. Łapię się za nimi i tak jedziemy do Michałowic.

Na zjeździe pierwszy rusza facet na trekkingu, ja za nim, gościu trochę mi odjeżdża. Gubimy grupkę z Ireną, wpadamy do Piechowic. Po kilku minutach wyjeżdżamy na główną drogę Szklarska Poręba – Jelenia Góra, tam ponownie grupka dochodzi mnie. Jednak na płaskiej szosie rower wyścigowy jest szybszy…

W Piastowie zjazd w lewo i zaczyna się wspinaczka na Zimną Przełęcz. Jadę swoim tempem, systematycznie dociągam do grupki. 500 metrów przed umieszczonym na przełęczy bufetem jedziemy już razem. Krótki postój: jem banana (niedojrzały), zapijam izotonikiem i w drogę. Początkowo lekko pod górkę, po kilometrze zaczyna się zjazd do Kopańca. Teren otwarty, wiatr trochę przeszkadza. Znów hopka i zjazd do Chromca.

Wszystko to niezbyt szybko, przeszkadza wiatr. Na dole w prawo 90o i pod górkę – ale za to z wiatrem, jest ok.! No i tak leci: Mała Kamienica, Stara Kamienica. Wspinamy się w otwartym terenie, wokół piękne widoki. Po lewej, w dole, turkoce pociąg do Jeleniej Góry. Z tej wysokości wygląda jak z klocków LEGO. Teraz krótki zjazd, jeszcze krótszy podjazd i jesteśmy na drodze głównej. Piękny asfalt, lekko z górki, można podciągnąć średnią!

Po kilku kilometrach tego luksusu odbijamy w lewo do Siedlęcina i jak w górskiej kolejce; krótko w górę, krótko w dół. Przekraczamy lichym mostkiem Bóbr i zaczyna się podjazd po szosie sklejonej z łat ułożonych obok siebie… Uff, wreszcie główniejsza droga, trochę lepsza! Wśród samochodów jedziemy do Jeżowa Sudeckiego.

Jeżów. A niech by was wszyscy diabli! Jedziemy ulicą będącą w trakcie remontu: asfalt zwinięty, wielkie wywrotki pchają się na nas z góry, wokół wystające studzienki. Ktoś krzyknął: „MTB rządzi!” Faktycznie, trasa raczej do XC. Kończy się rozgrzebana ulica, zaczyna się podjazd pod Płoszczynkę. Dogania mnie jakaś dziewczyna: „Co, nóżka nie podaje?”. Jadę swoim tempem, w połowie podjazdu zrównujemy się: „Zobaczymy, jak Tobie będzie nóżka podawać po pięćdziesiątce…”

Zaczyna się zjazd, jeden z dwóch najszybszych. Droga wąska, ale gładka; długie proste, łagodne łuki. Jakiś zawodnik zza rowu krzyczy; „Uwaga!!!” – chyba wyleciał z trasy… chwila moment i jest prawie 70 km/h. Na dole najwyżej 200 metrów płaskiego i zaczyna się podjazd na Płoszczynę. Mijam jakąś dziewczynę, dogania ją ta, z która jechałem i mozolnie wspinamy się. Mijam kolegę z wyższej kategorii. Klnie, chwilami idzie, mówi, że po zjeździe pójdzie na piwo. Ponownie szybki zjazd: wiatr świszcze w uszach, oczy łzawią od pędu zimnego powietrza.

Już na dole, w Dziwiszowie, za chałupy wyjeżdża szerokim łukiem jakiś busik. Było trochę ciasno… Teraz w prawo i szybki zjazd główną drogą do Jeleniej Góry. Wypatruję strzałek, bo pierwotnie gdzieś tutaj miało być odbicie w bok… Tak wpadamy na skrzyżowanie w Jeleniej Górze Zabobrzu. Mały zawijas i jedziemy trasą na Bolków. Trochę płaskiego szosowego luksusu. W Maciejowej ostro w prawo i zaskakująco stromy, choć krótki podjazd w lesie. Po kilku minutach lekko w dół. Za laskiem widać już z daleka pałac w Wojanowie.

Okrążamy pałac, wreszcie jest drugi bufet. Znów niedojrzały banan, jakieś ciastko i tankowanie Izo-coś tam do bidonu. Jest niby płasko, ale dziwnie ciężko. To wreszcie kończy się moja kiepskawa w tym roku wytrzymałość. Na treningach przejeżdżałem trasy najwyżej 80 km i to po płaskim, a tu już jest 96 kilometr…w górach. Po bufecie dogania mnie po raz kolejny jadąca z kimś Irena.

Trochę jadę z nimi, ale odpuszczam. No cóż, dziś robię tyle, ile mogę… Spokojnie kręcę, jest lekko pod górę. Mijam Karpniki, zaczyna się podjazd do Strużnicy. Końcówka wredna… Ale jest i zjazd! Myślę sobie: no, tak już będzie do Kowar!

G…o prawda! Po kilkuset metrach ostro w górę, potem na zmianę łagodniej, ostrzej i tak kilka kilometrów. Mijam punkt kontrolny, na przełęczy dociąga do mnie jakiś młody: „Baterie siadły!” –woła. Zjeżdżamy razem do Kowar. Zostało już niewiele. Do Karpacza trasa wiedzie po lekkich hopkach, ale…odcięło mi zasilanie. Staję na chwilę, wciągam żel i zapijam izo. Ktoś mnie mija, po chwili ruszam dalej.

Doganiam dwie dziewczyny, które przed chwila minęły mnie. Jedna jedzie ze mną (Jas-kółka), druga zostaje. Tak docieramy do Karpacza. Zaczyna się podjazd skrajem miasta. Nie myślałem, że będzie tak wredny!

„Jas-kółka” ma czerwony numer, czyli deklarowała Giga. Pytam, jak dziś jedzie?  Odpowiada: „Mam dość, kończę na Mega”. Na podjeździe powoli zostaje – przyjechała na metę kilka minut po mnie.

W oddali widzę kogoś dającego z buta. Gdy mijam go, rusza i wlecze się powoli do mety. To niedobitek z Mini.

Jeszcze chwila i jest łagodniej trochę z górki i wreszcie centrum Karpacza. Dwa zakręty: lewo-prawo i zjazd na metę. KONIEC! Spiker wyczytuje numer, nazwisko i klub – Plast-Mix MTB Team Włocławek. Jeszcze zjazd na bieżnię, piękny medal na szyję i można iść na makaron.

Andrzej Wysłouch
Plast-Mix MTB Team

Zdjęcia pochodzą z galerii xubix1 . Dziękujemy za ich udostępnienie :)

Facebook