Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Pętla Beskidzka- Relacja Mariusza Majewskiego
27 sierpnia 2007
Stanąłem na pudle – Gorzów 2007
27 sierpnia 2007

Klan

Na ten maraton wyjechaliśmy w składzie: Darek, Robert, Irenka i ja w jednym samochodzie i Gosia z Mietkiem w drugim. Zakwaterowaliśmy się w Domu Studenckim, tak jak dwa lata wcześniej. Pogoda bardzo sprzyjająca, tylko bliskość ulicy i obowiązkowo otwarte okna przeszkadzały nam spać, bo ruch samochodów i autobusów nawet w nocy duży. Rano tradycyjnie śniadanko z pysznych domowych naleśników i około 8.30 na start pod ,,Słowiankę”, czyli kompleks sportowo – rekreacyjny z basenami.
O godz. 9.10 staruje Irenka, o 9.15 Mietek, a godz.. 9.20 najsilniejsza grupa z Mistrzem i Mistrzynią Polski w Supermaratonach oraz z całą czołówką klasyfikacji Open po 9-ciu maratonach. W tej grupie byliśmy z Darkiem, Gosią i Robertem. Po pierwszych kilometrach zostają Gosia i Darek, a Robert i ja spokojnie się trzymamy na poszczególnych zmianach. Po kilkunastu km doganiamy Irenkę, którą ,,wstawiamy” w wachlarz i ciągniemy w tempie
40-42km/h przez około 5-7km. Potem Irenka dziękuje i zostaje czekając na spokojniejszą grupę.

Na pierwszym punkcie kontrolnym nie zatrzymujemy się i lecimy dalej. Po drodze mijamy wcześniejszych uczestników maratonu, ale wzmacniamy się tylko o dwóch, którzy wytrzymują to ,,wariackie” tempo. Za Sulęcinem mamy wiatr z północnego – zachodu i wachlarz układa się od prawej strony do lewej, przez całą szerokość jezdni.

Jadę na 8-9 tej pozycji. Moment później już nie jadę, tylko leżę na jezdni, bo zawodnik 69 – Karol zaciął ostro w lewo pod moje przednie koło. Efekt jak wyżej, szczęście, że nikt więcej nie leżał a szansa na to była bardzo duża. Robert zostaje i zbiera bidony, ja zakładam łańcuch bo spadł, grupa spokojnie odjeżdża jak na mistrzów przystało. Sprawdzam swoje ciało – jest całe, więc nas dwóch rozpoczyna dalszą jazdę.

Nie mogę się utrzymać na kole Roberta, mimo że jedzie ,,tylko” 30-32km/h. Jestem spięty jeszcze przez pół godziny, ale się rozluźniam i zastanawiam jak dalej jechać. Jedyna nadzieja dogonić ,,Szerszonki” i z nimi kontynuować jazdę.

Doganiam ich już sam, bo kryzys ma Robcio i każe mi gonić samemu i co dziwne za Bledzewem widzę znajome koszulki i wraca mi wiara w sens jazdy. Doganiam ich ,,na oparach” i liczę na odpoczynek w grupie, ale trwało to tylko kilka minut, bo dogania nas grupa z Ostrowa z Rolandem jadąca na 157km.

Łapię się na koniec i odjeżdżam od Trzebnicy. Wiem, że Roland ma kłopoty z przerzutką, oni wiedzą że leżałem i każą mi odpoczywać przed drugą pętlą, ale tempo jednak jest za szybkie, a ja już ,,zajechany” wcześniejszą pogonią i po kilkunastu minutach znów zostaję, a ze mną nr 43 Krystian z Zielonej Góry. Pracujemy razem do Skwierzyny i Krystian z M2 odpuszcza. Jadę znów sam i dochodzi mnie dwóch zawodników z Kołobrzegu i znów wspólna jazda, … i pękam.
Brak sił.

Doganiam 17-tkę Romana, a nas grupa z Międzyrzecza z Krystianem, poznanym wcześniej i już w tej grupie dojeżdżam do mety pierwszej pętli. Krótki odpoczynek z żurkiem, kilka ,,ciepłych” słów do Karola, który mnie położył i już na drugą rundę nie jedzie. Waham się, czy jest sens jechać drugą pętlę, bo wiem, że jedzie w pierwszej grupie pięć osób, około ~35min. potem dwie i jedna – Waldek, do którego mam stratę ~5min.

Jednak zgłaszam sędziemu wyjazd na drugą pętlę, – jadę sam, rozważam gdzie jechać – znak Berlin 85km, do mety jeszcze 145 co wybrać?

Głupawka mija, z naprzeciwka jedzie kolarz z naszego maratonu z nr 71 – Adam, zajechał się tak, że wraca zygzakiem. Już wiem, mam jechać swoje i spokojnie w jak najlepszym czasie dojechać do mety.

Na punktach mam info – jest piątka, potem dwóch – więc nie mam szans dogonić nikogo. Za mną na trasę wyleciały Szerszenie w ilości – trzech, więc w Sulęcinie zostawiam wiadomość – jadę spokojnie czekam na was – i tak już do mety. Całe 157km jadę sam, nikogo nie doganiam i nikt mnie nie dochodzi.

Po drodze kryzysy i zwątpienia, wstręt do jedzenia ogromny, rozsądek każe mi jeść, a w ustach susza, bidony pełne, a ręce nie mają siły podać płyn do ust.

Do życia podrywa mnie telefon od Bogusia w rejonie Bledzewa – przyszedł w najbardziej odpowiednim momencie – w Imagisie są z Traczem i naszym Grzesiem, minęli 730km i jadą do mety w Ustrzykach (1008km). Krótka wiadomość, a dała mi siłę na resztę terasy – jak oni mogą to co? Ja też muszę! Do mety ponad 50 – jem bułkę na siłę, zjadam banana, na siłę, piję, na siłę.

Mijam punkt kontrolny w Skwierzynie i mam już z górki, ale tylko pozornie, bo za Santokiem mam problem, aby wjechać na górki – normalnie lekko pomarszczony asfalt.

Mijam Wawrów i chęć jazdy na skróty do Gorzowa, ale … skręcam w prawo, po trasie do Kłodawy i do mety i… słyszę aplauz, to nasi na mnie czekają z napojem wzmacniającym w jednej dłoni a bukietem kwiatów w drugiej .. może to halucynacje? Spiker podaje czas i m-ce ósme w OPEN, a trzecie w M5, a więc udało się coś co wydawało się niemożliwe! Strata do zwycięzców niecałe dwie godziny – jechało pięciu, a ja sam.
Refleksja – co by się stało, gdyby grupa solidarnie się zatrzymała i poczekała na mnie?
Z kim by przegrali i ile godzin?
Czy walka o miejsce jest ważniejsza od zwykłej ,,solidarności” ?
Fakt, po tym maratonie mam niesmak w ustach, może to po tych batonach i bananach?
Pozdrawiam wszystkich – Klan

Facebook