Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Maraton Rowerowy Dookoła Polski 2005
27 lutego 2006
"Dlaczego jeździsz na maratony szosowe?"
9 marca 2006

Wojtek Szymczak

Idea startu w maratonie pojawiła się pod koniec Lipca. Wcześniej nie zastanawiałem się nawet nad taką możliwością. Chciałem przede wszystkim okrążyć Polskę dookoła, sprostać temu wyzwaniu oraz sprawdzić zachowanie swojego organizmu i psychiki podczas 10 dniowej jazdy.

Do napisania relacji zostałem po części zmuszony głosami ludzi, którzy chcieli dowiedzieć się trochę więcej szczegółów z całego maraton. Mam nadzieję, że pomimo ścisłego kierunku studiów, nie będzie to nudny tekst.


Rozewie – Hajnówka

 

Godzina 1245 – na starcie Daniel (organizator i pomysłodawca) oraz ja. Startujemy!! Początkowe 100 km postanawia przejechać razem z nami mój przyjaciel ze wspólnych starów w maratonach szosowych – Olek. Pierwsze 4 km jedziemy kostką brukową.  Cały czas sprawdzam czy wszystko jest dobrze przykręcone, czy na pewno dobrze się trzyma. Awaria na początku z pewnością nie należałaby do motywujących zdarzeń. Wiatr na trasie prowadzącej do Gdańska był mocny, dlatego pomoc Olka bardzo się przydała. Jadąc w Jego „tunelu” nie odczuliśmy prawdziwej siły a prędkość była naprawdę przyzwoita. Dzień rozpoczął się słonecznie i tak już zostało do wieczora. Przejazd przez moje miasto – Sopot – mija bardzo szybko, następnie Gdańsk i przez wiadukt dostajemy się na prostą drogę prowadzącą do Elbląga, przez który przeprowadził nas Darecki. Cały czas jedzie mi się, jak to na początku bywa, bardzo dobrze. Prędkość mieliśmy w okolicach 27 km/h. Największą uwagę zwracałem na kadencje i puls. Wszystko zgrywało mi się w dobrą całość, wiec byłem zadowolony. Przed zmrokiem zatrzymujemy się, aby ubrać  cieplejsze rzeczy. Teren zmienia swoją rzeźbę na bardziej urozmaiconą. Na wysokości Węgorzowa trafiamy na ciężki brukowany odcinek. Ze względu na jakość kostki o jeździe środkiem nie ma nawet co marzyć a pobocze jest niekiedy zbyt piaszczyste i naprawdę mocno trzeba uważać, żeby się przypadkiem nie wywrócić. Zbliża się poranek. Nie jedzie mi się dobrze, gdyż zaczynam odczuwać senność, co spowodowało, iż parę razy przysnąłem na rowerze. Na szczęście taki stan mija kiedy wjeżdżamy w iście górzysty teren!  Jestem bardzo zaskoczony takimi podjazdami w tej części Polski. Bardzo długie proste o naprawdę ambitnym  nachyleniu. Na kolejnych odcinkach zaczyna znów wiać stosunkowo mocny wiatr.  Trafiamy na dwa długie, pagórkowate odcinki pokryte asfaltem wymieszanym z dużymi kamykami (jedzie się tutaj naprawdę ciężko i szkoda na takiej trasie sprzętu). W okolicach Narewki (na 90% jestem pewien tej miejscowości ) robimy dłuższą przerwę.  Ze względu na zmęczenie myślałem o szybszym noclegu na wysokości Hajnówki. Jednak udaje mi się dotrzeć do Siemiatyczyc około godziny19-20. Tutaj rozstaje się z Danielem. Chwile po znalezieniu miejsca noclegowego (w Domu Nauczyciela) i zameldowaniu się, pojechałem na zakupy do najbliższego sklepu spożywczego, gdzie  kupiłem: makarony w kubku, bułki, serki, „liony” oraz na następny dzień, rodzynki, morele, 2L wody, banany oraz małe ciasteczka:)  Po powrocie na miejsce noclegowe skorzystałem z prysznica,  przygotowałem jedzenie, zrobiłem mały masaż nóg, nasmarowałem je i zacząłem zastanawiać się nad dalszą koncepcją na następny dzień. Tutaj nieocenioną pomoc niósł mi Olek, z którym dokładnie analizowałem trasę i który podpowiadał mi, jaki punkt docelowy byłby najrozsądniejszy. Później na podstawie samopoczucia dostosowywałem się do tych rad. Taktyka była ustalona z góry. Na początku jadę całą noc i następnie śpię codziennie. Tak więc po ustaleniu, iż na moim celowniku jest miejscowość, o nazwie Hrubieszów, do której mam około 330 km położyłem się do łóżka i w bardzo szybkim tempie, niczym sprinter, zasnąłem.

 

Hajnówka – Hrubieszów

 

            W planach miałem wyjazd o godzinie 5 rano ale niestety wstałem około 6. Szybkie śniadanie: bułki z serem topionym, banan, kawa i zaczynam się pakować, wcześniej nie sądziłem, że ta czynność zajmie mi aż tyle czasu, mianowicie 20 minut zabrało mi pozbieranie wszystkich rzeczy, ubranie się i spakowanie sakwy!  Wychodzę na dwór. Było już szarawo. Z myślą o naprawdę ciekawym odcinku ruszam do przodu. Początek ciężki. Nogi “zastałe” tak jak bym miał zewnętrzną warstwę ołowiu ( brak zakwasów i jakichś szczególnych bóli ) Powoli zaczynam się rozkręcać. Po około godzinie jazdy czuję, że wreszcie jest dobrze. Nogi chodzą jak trzeba. Warto dodać, że wszystko wróciło do normy po szybkim wypiciu prawie litra wody. Na początku jadę w ochraniaczach na butach koszulce rowerowej, bluzie z długim rękawem oraz kurtce. Ze względu na gwałtownie rosnącą temperaturę, szybko zdejmuje wierzchnią warstwę. Trasa tego dnia wiedzie głównie poprzez pola. Szosa piękna: szeroka, bez dziur i z praktycznie zerowym ruchem samochodowym. Tego dnia prawie cały dystans pokonuje siedząc na siodle i korzystając z lemondki. Trochę zaczyna mi się nudzić. Każdy dojazd do większego miasta jest rozrywką. Mam dwa dłuższe przystanki na posiłek, przerwy około 40 – 50 min. Staram się jechać biorąc po uwagę kadencje i puls czyli cały czas podtrzymuje początkowe założenia. Kadencja okolice 90 – 100 ( raczej bliżej 90 :) ) puls 140 – 150. Wiatr specjalnie nie dokucza dlatego są też odcinki, na których cały czas trzymam tempo  30 km/h. Po dojeździe do miejscowości Dobrohusk nastaje zmrok. Według szybkich przeliczeń z mapy wychodzi mi około 50 – 60 km do mety dzisiejszego odcinka. Jednak w ramach nawiązania z kimś kontaktu pytam się ludzi o odległość – mówią “około 30 km już bliziutko” – oczywiście po przejechaniu 30 km znajdowałem się na środku jakiegoś pola :) Pierwszy dzień samotnej jazdy był pewnego rodzaju przełomowym dniem. Chodziło przede wszystkim o jazdę w nocy. Mówiąc szczerze nie przepadałem za takim rozwiązaniem, szczególnie w nieznanym terenie. Wszelkie obawy zostały jednak przysłonięta przez naturę, która sprawiła mi niesamowity spektakl, mianowicie była to pełnia księżyc  i z nią związane zjawisko: po mojej lewej stronie znajdowała się wielka, podmokła dolina, już na terenie Białorusi, którą wypełniała bardzo gęsta mgła. Całość podświetlał księżyc, co dawało naprawdę niesamowity widok. Parę razy zatrzymałem się, żeby ze spokojem na to wszystko popatrzeć – do dzisiaj mam ten jeden obraz przed oczami. Do Zosina droga prowadziła przez około 11 małych wiosek. Ten odcinek został przeze mnie nazwany odcinkiem interwałowym – przyczyną tych nagłych zrywów były biegające luzem psy. Dosłownie w każdej wiosce znalazł się jeden, który za mną zasuwał. Generalnie wszystkie tylko szczekały i nie rzucały się nachalnie do nóg, ale i tak nie było to przyjemne zwłaszcza, że zdarzało się, iż biegły prosto pod koła. Zadziwiające było również odczucie prędkości. Wydawało mi się, że jadę około 27 km/h, a w rzeczywistości było to zaledwie 20 – 23 km/h!! Po drodze spotkałem też traktor jadący niczym „batman” z wyłączonymi światłami. Znów zapytałem się kierowcy o dystans – odległość po raz kolejny mocno naciągnięta, tym razem na plus. Najważniejsze, że kierunek dobry wiec jadę. Nagle ku mojej radości przed oczyma widzę łunę, jaką rzuca miejscowość Zosin. Był tam ustalony punkt kontrolny. Podjeżdżam do przejścia granicznego i proszę o podbicie mapy. Niestety pieczątki nie mogę uzyskać, co w gruncie rzeczy jest uzasadnione, jednak chciałem spróbować. Udaję się do pobliskiego baru, gdzie, od ręki dostaje pieczątkę. Do Hrubieszowa, w którym mam nocować, pozostało mi około 15 km. Droga prowadzi oświetloną obwodnicą, więc śmigam szybko, patrząc na licznik widzę nabijające dziesiątki, setki metrów. Coraz bardziej zaczyna do mnie docierać, że udało się wypełnić dzisiejsze założenie. Nagle jest!! Widzę Łunę miasta!! Dojeżdżam. W miejscu noclegowym wszystko jest już załatwione. Idę szybko na obiad – jest godzina 2300 :) Po posiłku, zostaję jeszcze chwile w barze, gdzie grała muzyka i naprawdę przyjemnie się siedziało. Rozłożyłem sobie mapę. Przeanalizowałem przejechaną trasę i oczywiście ustaliliśmy trasę na dzień następny. Cel Ustrzyki Górne. Po krótkim relaksie czas na prysznic i spać.

 

Hrubieszów – Ustrzyki Górne

 

Pobudka o godzinie 5 i o 6 jestem już na trasie. Z rana kupuję świeże drożdżówki, bidon napełniam mieszanką Cola plus woda i jadę. Początek dnia jest bardzo chłodny. Poza tym zdaję sobie sprawę, że odezwały się obtarcia. Na parę dni przed startem miałem poważne problemy z siodełkiem, które wymieniłem tuż przed startem. Moja tylna część ciała całkowicie odmawia posłuszeństwa, co objawiało się tym, że nie mogłem usiąść na siodle – z pewnością do wszystkiego mocno przyczynił się wczorajszy etap, podczas którego prawie cały czas jechałem na lemondce. Trudno – zaciskam zęby i pedałuję na stojąco. Jest ciężko. Chciałem się napić ciepłej herbaty na przystanku, jednak oczywiście, jak na złość, wszystko zamknięte – za wcześnie. Staję i dochodzę do wniosku, że nie mogę tak dalej jechać. Nie wiem, jakim cudem wpadam na dość dziwne rozwiązanie, jakim jest obrót siodła o 90° stopni w lewo. Po przejechaniu 30 km i to jedynie przy użyciu lemondki (ponieważ normalna pozycja siedząca była również bardzo niewygodna)  musiałem zatrzymać się i powrócić do standardowego ustawienia. Zmieniłem kąt nachylenia (co odciążyło trochę tył),  zacisnąłem zęby i naprzód. Trasa była bardzo pofałdowana, praktycznie same podjazdy (dość strome) i szybkie zjazdy. Po następnych 3 godzinach mogłem już w miarę normalnie usiąść na siodle (podczas wcześniejszego pedałowania wszystko się rozruszało i obtarcia były bardziej „elastyczne”). Trasa robiła się coraz bardziej ciekawa, pojawiały się górskie aspekty co bardzo mi odpowiadało a zarazem absorbowało. Większą uwagę skupiałem na widokach i całym terenie dookoła aniżeli na samej jeździe (nie zastanawiania się nad tym, co mnie boli a co nie), dzięki temu jazda sprawiała naprawdę ogromną przyjemność. Pomimo tego, że dzień rozpoczął się bardzo chłodno już w okolicach godziny 1100 zaczęło robić się naprawdę ciepło, wręcz gorąco. Starałem się jeść jak najwięcej różnych wodnistych rzeczy, jak np.: pomidory i brzoskwinie, które dawały trochę mocy. Poza siodłem na początku nie miałem żadnych kryzysów. Po zmroku dojeżdżam do Ustrzyk Dolnych. Pojawia się myśl: „może tu zostanę i tak przejechałem spory kawałek, może już dam sobie trochę odpocząć”. Dochodzę do wniosku, że najwyższy czas zjeść coś na ciepło i dopiero podjąć decyzję, kiedy nie będzie ona wymuszona chęcią odpoczynku i jedzenia. Trafiam do restauracji o nazwie Niedźwiadek. Zjadam schabowego, piję barszczyk. Podczas posiłku oglądam mapę – wiem dokładnie, dzięki kontaktowi z Olkiem, że do Ustrzyk Górnych mam 42 km. Wiem również, że na trasie, którą mam jeszcze przebyć jest dobry asfalt, więc nie muszę specjalnie uważać na dziury. Dodatkowo zastanawiam się nad psami – myślę sobie “ciekawe czy będzie jak wczoraj, czy znów będą za mną zasuwały”. Jest godzina 2100 wychodzę z Niedźwiadka i ruszam. Pełne przygotowanie do ostatniego dzisiaj odcinka. Przed wyjazdem na ostatnią prostą robię zakupy, gdyż wiem, że w mojej bazie nie będzie sklepu. Wyjeżdżam z miasta i podążam za znakami Ustrzyki Górne. Nagle jest informacja “Ustrzyki Górne 40 km”. Resetuję licznik i jadę. Trasa niesamowita. Księżyc prawie w pełni. Niebo bezchmurne. Dookoła słyszę świerszcze – czuć, że wszystko tutaj żyje. Po mojej lewej stronie podświetlone wzgórza. Jedzie mi się niesamowicie dobrze jak by coś mnie niosło. Co jakiś czas spoglądam przez lewe ramie patrząc na podświetlone księżycem góry. W pewnym momencie zaczęła mrugać mi czołówka, zastanawiam się czy to już koniec z bateriami!! Uf na szczęście nie :) To tylko sygnalizacja (Warto dodać, iż nie miałem zapasowych baterii, ale miałem dodatkową lampkę diodową na kierownicy. Jednak czołówka na kasku nie może równać się z żadną lampką). Po jakimś czasie zaczynam się zastanawiać w dość ciekawy sposób: „pewnie nazwa Ustrzyki Górne wzięła się od jakiegoś niesamowitego podjazdu do tej miejscowości, ciekawe jak będzie się tam podjeżdżało”. Moje nastawienie jest też spowodowane opowieściami o tych terenach, w których niestety wcześniej byłem tylko raz i na dodatek bardzo dawno, co nie pozwala mi realnie spojrzeć na sytuacje.  Patrzę na licznik i widzę 39 km przejechane, przedemną wielkiej góry nie widać. Nagle widzę znak USTRZYKI GÓRNE !! Jest godzina 2300 (jechałem bardzo wolno – zupełnie inaczej do tego, co mi się wydawało). Pojawia się to niesamowite uczucie wypełnienia kolejnego etapu, zrealizowania założeń z dnia poprzedniego. Mówię: „jest dobrze”. Dojeżdżam do hotelu. Po krótkiej dyskusji z panią recepcjonistką udaje się do pokoju. Zostawiam rower i schodzę do baru, żeby napić się czegoś ciepłego – skończyło się na czekoladzie i lionie. (ten baton towarzyszył mi całą drogę :)) Chwile posiedziałem w barze zastanawiając się i konsultując strategie na następny dzień – miejscowość docelowa ZAKOPANE. Po powrocie do pokoju powtarza się cały schemat. Robię już to zupełnie automatycznie – wszystko tak samo, jakbym przekalkował poprzednie wieczory – rozłożenie ubrań, prysznic, dodatkowo jeszcze coś słodkiego i kładę się spać. Szczerze powiedziawszy w pokoju miałem taki bałagan jak mało kiedy. Byłem zmęczony i chęć położenia się do łóżka nie pozwalała mi na zrobienie jakiegokolwiek sensowniejszego klaru. Ostatnie myśli przed zaśnięciem to wizja jutrzejszej trasy – wiem, że warto zaatakować tą miejscowość, ale jest to 330 km po górkach. Mówię w myślach dam rade i będzie dobrze!! Po czym najprawdopodobniej zasnąłem, bo nic więcej z tamtych momentów sobie  nie przypominam.

 

Ustrzyki Górne – Zakopane

 

Pobudka znów o godzinie 0500. W momencie wyjścia z mojej bazy noclegowej było jeszcze ciemno, ale po około 30 minutach zaczyna się robić szarówka. Nie jestem jeszcze świadom jak istotny będzie to dzień w całym maratonie, ale zacznę po kolej. Już sam początek trasy rozpoczyna podjazd. Wspinam się ostro do góry. Coraz ostrzej i ostrzej aż nagle za mną Bieszczady w dole. Cały podjazd zrekompensowany niesamowitym widokiem gór, z których “spływa” mgła i na których szczytach i zboczach zaczynają pojawiać się promienie słońca – Bieszczady są niesamowite !! Jadę dalej,  przede mną znów podjazd i później zjazd i tak cały czas w kółko. Widoki oszałamiają. Dają mi niesamowitą moc do dalszego wspinania się i do dalszej jazdy. Tego dnia spotykam na swojej drodze dwóch samotnych rowerzystów turystów. Jeden z nich miał około 60 – 70 lat i jechał na szosówce z sakwami, a po jego minie widać było niesamowite zadowolenie z tego co robi, drugi również z sakwami podążał na góralu, tak jak poprzedni, w przeciwnym kierunku niż ja. Około godziny 14 zdecydowałem się na przerwę i ciepły posiłek. Dzień znowu był upalny, a u mnie zaczęły się problemy z chęcią zdejmowania ubrań. Pojawiły się oznaki większego zmęczenia, przez które mógłbym jechać cały dzień w ochraniaczach i np. kurtce. Kiedy przychodziły najgorsze dla mnie godziny tzn. 1200 – 1500 wiedziałem, że musze się rozebrać bo inaczej niepotrzebnie będę się pocił. Zmusiłem się do tej tak podstawowej czynności naprawdę dużym wysiłkiem. Za Nowym Sączem zaczął zmieniać się cały krajobraz – góry z łagodnych stawały się ostrzejsze jakby groźniejsze, poszarpane. Bardzo spodobała mi się trasa w okolicach Łącka. Kiedy jechałem drogą równoległą do rzeki miałem ciekawe wrażenie. Mianowicie wiedziałem, że znajdując się w tym miejscu w rzeczywistości do Zakopanego jeszcze spory kawałek, jednak nie chciałem dopuszczać tej myśli do siebie. Wolałem jechać w pewnej nieświadomości. Taki lekkie oszołomienie towarzyszyło mi aż do miejscowości Krościenko nad Dunajcem (lub jej okolic dokładnie trudno mi to teraz stwierdzić)  gdzie, po podjeździe pod kolejną górkę zobaczyłem Tatry.  Widok był naprawdę wspaniały, zaczynając od nieba: całe purpurowe – właśnie zachodziło słońc, poniżej ostre szczyty gór a jeszcze niżej wielkie rozlewisko na rzece!! Tutaj moje akumulatory znów zostały mocno doładowane, zyskałem dodatkową siłę i od razu lepiej mi się jechało. Po dojeździe do Łopuszna, gdzie skręcałem w mniejsze drogi prowadzące do Zakopanego zrobiło się ciemno. Nie budziło to we mnie już większych obaw, po prostu kolejny etap, kolejny dzień i kolejna nocna jazda. Droga trochę się dłużyła. Myślałem, że szybciej przeminie ten odcinek. Tuż przed Poroninem czekał mnie najostrzejszy podjazd, jaki spotkałem na całej trasie, była to prawie pionowa ściana!! Podjeżdżałem tempem ślimaka. A na samej górze byłem po prostu wykończony. Po podjeździe oczywiście super szybki zjazd. Dojeżdżam do Zakopianki i nią kawałek jadę w stronę wiadomo jakiego miasta. Znowu najpierw widzę tablicę ZAKOPANE !! Myślę sobie wreszcie mój cel !! Ale do centrum jeszcze spory kawałek. Całą drogę myślałem o Pizzy Hut. Po dojechaniu na Krupówki była godzina 2130. Pierwsze co robię to kieruje się w stronę pizzerii. Bez większych problemów wchodzę razem z rowerem i po złożeniu zamówienia i odczekaniu 15 minut mała niespodzianka. Ze względu na pomyłkę dostaję dużą pizze ze wszystkimi dodatkami:) Bardzo mnie ten fakt ucieszył, aczkolwiek całej oczywiści nie dałem rady zjeść – co zostało zabieram ze sobą i udaje się na miejsce noclegowe. Podczas posiłku nastąpiły oczywiście konsultacje dotyczące trasy. Po wyjściu z restauracji zaczynam szukać ulicy, na której mam zarezerwowany nocleg. Zmęczenie tego dnia dopadło mnie naprawdę szybko (była dopiero 2230) . Myślałem już tylko o śnie. Na szczęście po dwóch rundkach po mieście znajduje nocleg. Bardzo miła pani wszystko mi pokazuje i jak tylko znajduje się w pokoju idę spać. Niestety dziwne samopoczucie, na myśl dojazdu do połowy trasy maratonu wpływa na mnie bardzo demobilizująco. Pojawia się rozumowanie typu: „osiągnąłem połowę, czy jest sens jechać dalej?”. Poza tym dziwnie zaczynam odczuwać serce. Jak gdyby nie mogło się uspokoić. Wszystko to sprawia, że zasypiam z najdziwniejszymi myślami. Wieczorem dodatkowo rozmawiałem z Gregorym, który chcąc mnie zmobilizować opowiedział historie o biegaczu, który zabłądził na pustyni i przetrwał długi czas bez wody.

  

Zakopane – Jastrzebie Zdrój

 

Pobudka jak zwykle ustawiona na piątą. W rzeczywistości budzę się o 7 i nadal czuje swoje serce. Nie wiem na ile tutaj oddziaływała moja psychika a na ile było to faktycznym zjawiskiem. Trudno teraz to rozpatrywać. Te wszystkie czynniki powodują, iż postanawiam wracać do domu!! Jestem przekonany, że już wystarczy. Dzwonie do Olka z prośbą sprawdzenia, o której godzinie jest pociąg!! – dowiaduję się że najbliższy odjeżdża o 1100. Teraz zaczyna się, krótko mówiąc, huśtawka.- zaczynam się zastanawiać czy dobrze robię czy jechać czy może jednak nie. Gregory doradza wizytę u lekarza. Bardzo mnie motywuje do dalszej walki. Pojawia się opcja jednodniowego przestoju i podjęcia wyzwania po 24 godzinnym odpoczynku. Zjadam jednak śniadanie, sporo pije i powoli zaczynam się rozkręcać jeżdżąc po mieście w poszukiwaniu szpitala, gdzie chciałem zrobić EKG. Czuję, że stoję na pewnym rozdrożu. Nagle znajduję się przy najstarszym kościele w Zakopanym. Postanawiam w jego okolicy lekko zmienić konfiguracje mojego ubrania. I tutaj przypomina mi się pierwszy start  w maratonie MTB w Danielkach, który był mocno powiązany z Zakopanym i właśnie z tym miejscem oraz podczas którego poznałem rowerowego przyjaciela Peter’a, z którym przejeździłem cały sezon 2004 i dzięki któremu powstała nasza grupa ::SK::. Wszystko to powoduje, iż waga, na której „ważyły” się moje za i przeciw przechyla się na stronę, po której mogę powiedzieć „JADĘ DALEJ”. Długo się już nie zastanawiam, wskakuje na rower i zaczynam pedałować, znanymi, przynajmniej z widzenia trasami. Wiem, że za chwile znajdę się w Jabłonce. Tego dnia bardzo mocno pilnowałem picia (wcześniej oczywiście również), to była jazda z zerkaniem na godzinę i równomiernym piciu, dokładnie co 10 min. Pilnowałem również kadencji. Po pierwszych dwóch litrach, które wypiłem zyskałem ogólną poprawę samopoczucia. Wydaje mi się, iż cała sytuacja była spowodowana zbyt małą ilością słodyczy, jakie zjadłem dzień wcześniej. Trasa została oczywiście mocno skrócona do około 200 km. Z Zakopanego wyjechałem w okolicy godziny 11.00. Celem było Jastrzebie Zdrój. Po dojeździe do Jabłonki jestem już rozkręcony i zaczyna się naprawdę ciekawa jazda. Pamiętam, że jeszcze przed dojazdem do Żywca mijałem na pewno jeden ciekawy podjazd, na którym wypadła mi dodatkowa butelka picia. Nachylenie było na tyle duże, że zaczęła ona coraz szybciej turlać się na dół. Postanowiłem ją złapać. Zawróciłem szybko i po chwili zatrzymałem. Najciekawsze widoki były za mną, więc żeby trochę nacieszyć oko musiałem się mocno odwracać. Zjazdy naprawdę niesamowite. Gdyby pogoda była deszczowa na pewno jeden zestaw klocków by nie wystarczył:) I tak starałem się jechać w miar rozsądnie i na zjazdach skupiałem się na szybkim odpoczynku od pedałowania. W Żywcu przejechałem koło fabryki „Żywca” (jest naprawdę duża i ma swoje hale po lewej i prawej strony drogi) Za Żywcem miałem kolejny przystanek na stacji benzynowej, na którym zostałem posądzony o kręcenie materiału dla telewizji przy pomocy ukrytej kamery (oczywiście za kamerę uznano czołówkę) Dalsza część trasy okazała się jednym z ciekawszych odcinków na całej trasie. Za miejscowością Laliki (kawałek przed Istebną) zaczynał się naprawdę ambitny podjazd. Sam początek to kostka brukowa a nachylenie naprawdę spore.  Następnie asfalt i cały czas do góry, powoli zaczyna się pojawiać po mojej prawej stronie dolina. Lekko skręcając głowę w lewo widzę jadące na szczycie samochody, do którego mam jeszcze daleko. Wspinam się powoli, po drodze patrząc jak powstaje wiadukt mający ominąć zjazd/podjazd, którym się poruszam. Po podjeździe na samą górę, widzę krótki, płaski odcinek i dalej znowu podjazd. Temperatura już spada, więc czuję się znacznie lepiej niż w pełnym słońcu miedzy 1200 a 1400. Stan ducha się poprawił. Ogólne samopoczucie również, dzięki czemu dobrze się kręci. Od tego dnia większość czasu spędzam jadąc na stojąco. Parę ruchów i chwila odpoczynku, zazwyczaj na lewej nodze, co pod koniec dnia daje się we znaki (jednak próba podjęcia odpoczynku na prawej nodze zupełnie mi nie pasowała). Nie ma litości nawet dla najmniejszych błędów. Warto tutaj dodać o ceremonii zakładania skarpetek. Dokładnie nie pamiętam gdzie pierwszy raz mi się to przytrafiło, ale podczas zakładani butów, zupełnie przypadkowo powstała mała fałda. Po 4 godzinach jazdy,  przerodziło się to w naprawdę duży ból. Na szczęście po wyrównaniu mogłem bez większych problemów jechać. Jeśli chodzi o obtarcia, o których wspominałem wcześniej, nie było z nimi już tak wiele problemu. Zasypka skutecznie wspomagała szybkie gojenie się i “z mniejszym bólem” można było jechać. Na zjeździe do Wisły zapada zmrok. Szosa niesamowicie podziurawiona, wiec trzeba było uważać a dodatkowo ruch samochodowy wcale nie był najmniejszy. Droga prowadziła przez iglaste, stare lasy gdzie panował naprawdę niesamowity klimat. Po zjeździe, wjeżdżam do Wisły. Dookoła pełno kolorowych neonów (tutaj może warto dodać, iż w takich miejscach zawsze pojawiała się pokusa zatrzymania się, odpoczynku, noclegu) Jadę dalej, nie zatrzymuje się. Szukam zjazdu na Cieszyn. Odnaleziony Jadąc prosto już po łunie wiem, że niedługo wjadę do Cieszyna. Z daleka widzę bardzo dużo palących się latarni. Zbliżam się do miasta. Czuję, że niedługo zacznie doskwierać mi głód, którego nie można już zaspokoić batonem lub innymi tego typu artykułami. Wjeżdżając do miasta mijam po lewej stronie pizzerie. Wiele się nie zastanawiam, zawracam. Po wejściu do środka zastaje dwie Panie, które po przygotowaniu średniej pizzy zawinęły mi po dwa trójkąciki w sreberko. Nie chciałem jeść na miejscu ze względu na to, iż najprawdopodobniej za bardzo bym się rozleniwił i zastałe mięśnie oraz stawy trzeba by było znów rozruszać do ponownego działania na 100 % (o ile to działanie można nazwać działaniem na 100%), dlatego postanawiam zabrać je ze sobą (do mety dnia dzisiejszego około 50 – 60 km). Zastanawiając się gdzie to wszystko schować nie miałem wielu możliwości: w sakwie nie było miejsca więc pozostała tylna kieszonka w kurtce. Wszystko się tam zmieściło i działało na mnie niczym KOMINEK!! Czasem nawet parzyło. Ostatnie kilometry tego dnia przejechałem czując dookoła zapach pysznego jedzenia. Droga którą jechałem była szerokości trójmiejskiej obwodnicy (tylko bez pasa zieleni) pokryta bardzo dobrym asfaltem oraz z brakiem ruchu samochodowego, w czasie gdy się nią poruszałem. Moje zdziwienie było niezmierne, gdy zobaczyłem na tej głównej drodze ŚCIEŻKĘ DLA ROWERÓW. Warto tutaj ją dokładnie scharakteryzować. Jest to wydzielone pobocze z takiej samej jakości asfaltem jak główna szosa. Dla roweru mamy ponad 1,5 m szerokości a ścieżka zabezpieczona jest przed wjazdem na nią samochodów garbami. Każdy śmiałek, który zechciałby je sforsować na pewno przypłaciłby to wymianą amortyzatorów i nawet Bomber by mu nie pomógł. Przede mną rondo – stacja benzynowa i tablica z nazwą miejscowości! JESTEM! Uśmiech od ucha do ucha. Szukam informacji o ulicy, na której mam nocleg. Po około 20 minutach dojeżdżam do celu. Miłe powitanie, biorę klucz, jeszcze 3 piętra po schodach i jest mój pokój. Pierwsza myśl – czas na moją wyczekaną pizze. Rozwijam sreberka, w których zastaję mocno sprasowane trójkąciki – zjadam wszystko – ale ona była dobra. Szybka kąpiel, czapka na głowę (na początku tego nie dopisałem, ale spałem codziennie w czapce – wcale mi nie było za gorąco, a wręcz przeciwnie bardziej komfortowo). Przed pójściem spać dużo pije. Codzienny oczyw
iście kontakt z rodziną oraz z Gregorym w celu przekazania informacji oraz z Olkiem w wiadomej sprawie dotyczącej trasy. Cele dnia 6 ma być Kudowa Zdrój. Zasypiam. Budzik ustawiony na około 3 rano – ambitnie, jak się okazuje zbyt ambitnie … Dobranoc :)

 

Jastrzębia Zdrój – Zieleniec

 

Poranna pobudka! Budzik dzwoni o 3 rano. Wstaję, ale czuje, ze potrzeba mi jeszcze tych dwóch godzin snu. Przestawiam zegarek i kładę się do łóżka. Druga pobudka. Teraz już długo się nie zastanawiam i jak najszybciej wstaje, pakuję porozrzucane rzeczy i ruszam w drogę. Dzisiejszy dzień jest specjalny, gdyż na trasie mam spotkać Gregorego. Niezmiernie się z tego cieszę, ponieważ dotychczas cały czas nie widziałem na trasie nikogo znajomego. Czekam aż dojadę do Kłodzka, w okolicach którego, ustalone jest spotkanie. Dzień jest wyjątkowo ciepły. Przy przejeździe koło jeziorek przy Otmuchowie, cały czas jest płasko, ale już na lewo w oddali majaczą góry. Wiem, że za chwilę się z nimi zmierzę. Jest to raczej pozytywne odczucie. Nie podchodzę do tego z takim nastawieniem: „o rany znów góry” tylko „ooo ciekawie, coś się będzie działo, na pewno jakieś ciekawe podjazdy, widoki itp.” – jazda w górach nawet przy dużym zmęczeniu bardzo mnie motywuje i  ładuje. Tereny, na które wjadę, mniej więcej pamiętam z maratonu szosowego w Kłodzku. Zanim tam jednak dojechałem czkał mnie bardzo płaski i długi odcinek. Było on w 100% płaski i na przestrzeni parunastu km nie było ani metra przewyższenia (mam nadzieję, że dobrze pamiętam tę okolicę, jeśli nie to przeprasza za błąd „wysokościowy”) Zaczyna się. Na początku, po zakręcie na bruku, zauważyłem 3 taśmy – pozostałość po maratonie. Od razu dobre skojarzenia. W tym momencie dzwoni Gregory. Wie gdzie jestem i jedzie. Wspinam się do góry wiedząc, iż za chwile się z nim spotkam. I nagle jest – Znajomi. Chwila dyskusji na tematy samopoczucia, dostaje żelki i radyjko, którego tak mi brakowało na odcinku przy wschodniej granicy, jeszcze krótka dyskusja i jadę dalej. Po podjeździe oczywiście zjazd (jak tylko na podjeździe pojawiały się jakieś złe myśli to moją tajną bronią było następujące podejście: ”Wojtek słuchaj – im dłuższy podjazd tym więcej frajdy będzie na jeszcze dłuższym zjeździe ” – to pomaga :) W Lądku Zdrój  zatrzymuje się na dwie zapiekanki, picie. Następnie zaliczam podjazd, którego najbardziej bałem się w tej okolicy, mianowicie ten, na którego dole znajdują się pola startowe dla samochodów narysowane żółtą farbą – uczestnicy supermaratonu na pewną będą wiedzieli, o którą górę mi chodzi. Gdy jestem już prawie na jej szczycie myślę sobie: „to już”. Dobrze jest jednak nastawić się na coś znacznie trudniejszego aniżeli to w rzeczywistości jest. Po dojeździe do skrzyżowania w Bystrzycy Kłodzkiej jadę w lewo na Międzylesie, gdzie w sklepie podbijam pieczątkę i potwierdzam dobry kierunek drogi na Zieleniec. Gdy znajomi sprzedawczyni usłyszeli, którędy chcę jechać jeden z nich, młodszy, po łyku piwa, które razem tam spożywali, odpowiada – „Tam chcesz jechać! Ja bym się bał, tam prawie drogi nie ma i jest bardzo ciemno”. Pomyślałem sobie: ”Dziękuje bardzo za podniesienie morali!„ Za chwile starszy odpowiada: „Tak młody ma racje, a dodatkowo teraz tam watachy dzików się przemieszczają, dlatego by się bał” Tak podbudowany ruszam w nieznane, niezmiernie ciemne i pełne przemieszczających się watach dzików otchłanie Kłodzkiego lasu. Na początku małe serpentyny, w połowie których zapada zmrok. Ze szczytu widzę łunę Międzylesia i Bystrzycy Kłodzkiej. Jadąc dalej mam wrażenie, że poruszam się bardzo szybko, sprawdzam sytuację na liczniku, a tam  15 -17 km/h!  W pewnym momencie czuję jakbym jechał po piachu – faktycznie asfalt się skończył. Kiedy zatrzymałem się na mały posiłek i wyłączyłem czołówkę to trzymając rękę tuż przy nosie nie byłem w stanie jej zobaczyć. Nad głową miałem drzewoskłon, który przysłaniał mi, jak się później okazało, niebo usłane gwiazdami. Droga niezmiernie mi się dłuży. Cały czas mam wrażenie, że to już powinno być miejsce docelowe. Nie wytrzymuję i kontaktuje się z Gregorym – on w końcu zna te tereny bardzo dobrze. Po krótkiej konsultacji wydaje mi się, że znam swoje położenie i mniej więcej wiem ile jeszcze przede mną. Następuje też zmiana planu dotycząca noclegu. Zamiast Kudowej Zdrój będzie to Zieleniec. Po dłuższym czasie, kiedy moja prędkość ze względu na niesamowite wręcz dziury, jest rzędu 7- 10 km !! kontaktuję się również z Olkiem. Pytałem się go, czy zna ten odcinek (on również pamięta dokładnie te tereny ze względu na start w maratonie i spędzenie w kotlinie wakacji). Nagle podczas naszej rozmowy słyszę jakieś chrumkanie dochodzące z prawej strony jezdni. Szybko tam patrzę i przypominają mi się słynne „watachy dzików” Mówię do Olka „Przepraszam Cię, ale musze kończyć – coś na mnie chrumka” po parosekundowej ciszy słyszę śmiech. Mówię „dam znać później”. Odkładam telefon  i znów znajdując dodatkowe siły pedałuję. Nagle wjeżdżam na szczyt gdzie widzę schronisko. Nad głową brak drzew i wreszcie mogę spokojnie spojrzeć na niebo. Na myśl przychodzi mi zatrzymania się w schronisku, koło którego akurat się  znajdowałem, ale mówię: „nie wolno” i ruszam do Zieleńca. Nagle moją jazdę przerywa wpadnięcie w dziurę. Zatrzymałem się w niej. Koło wpadło na tyle głęboko, że nie byłem w stanie z niej wyjechać, bez zatrzymania się. Odpadła mi przednia lampka. Schowałem ją do sakwy. Wyeliminowałem luzy w sterach, które momentalnie się pojawiły. Na szczęście koła okazują się być nierozcentrowywalne. Przejeżdżam w pewnym momencie koło przejścia granicznego gdzie trafiam na gęstą mgłę. Z kasku kapią mi krople wody, patrzę na pulsometr -1°C. Po chwili mijam tą istną fontannę, która zresztą wyglądała ciekawie. W świetle czołówki widziałem małe kropelki wody unoszące się w powietrzu. Czuję podświadomie, że do celu mam już niedaleko. Asfalt się poprawił tzn. jest zupełnie nowa nawieszchnia i wreszcie jest podjazd pod Zielenic, który znów mija bardzo szybko. Jest także moje schronisko. Bardzo miła Pani odgrzała mi jeszcze obiad, który im został, tak więc najedzony i znów zadowolony z wypełnienia misji, idę spać. Z kąpieli rezygnuję, bo najnormalniej na świecie nie ma na nią siły. Kładę się pod dwiema kołdrami, czapka na głowę i leżąc chcę przedłużyć chwile zasypiania. Niestety nie da się. Budzik mam nastawiony na 3 rano.

 

Zieleniec – Zgorzelec

 

Wstałem, zjadłem batona, napiłem się i ruszyłem. Oczywiście tutaj popełniłem drugi poważny błąd, który był ciężki do przewidzenia, ale można było o tym pomyśleć. Na samym początku, około 4 było naprawdę zimno, a ja miałem bardzo długi zjazd do Kudowej. Nie chce rzucać liczbami czy to było 5 czy 10 km. W każdym bądź razie, nie było to pod górkę, żebym się rozgrzał. Z każdą minutą marzłem coraz bardziej. Gdy zjechałem na dół byłem przemarznięty. Zatrzymałem się na pierwszej dużej stacji benzynowej. Pomyślałem: „ogrzeję się i pojadę”. Wypiłem kawę, zjadłem hot-doga i zasnąłem na najbliższe 1,5 godziny siedząc przy stoliku. Gdy się obudziłem powoli robiło się jasno. Byłem na siebie zły, że nie jechałem, jednak wyziębienie organizmu zrobiło swoje. Ten dzień ogólnie z rana był bardzo ponury i szary – pogoda była marna – cały czas mgła. Wszystko wilgotne, cały czas z kasku kapały mi krople wody. Przejeżdżając przez miasta, wioski widziałem ludzi idących na wybory. Pierwszy przystanek (nie licząc stacji) ma miejsce w osiedlowym sklepiku – gdzie zrobiłem solidną bazę żywieniową na cały dzień i gdzie pierwszy raz kupiłem kawę na zimno firmy Nescafe, która okazała się mieć naprawdę dobre właściwości. Szara aura okazała się być przykrywką dla pogody, która zaczęła panować tuż po godzinach popołudniowych – wyjrzało słońce, temperatura się podniosła (niestety przez 2-3 godziny w środku dnia był naprawdę upał). Dojazd do Jeleniej Góry okazał się interesujący ze względu na początkowy bardzo długi, ale stosunkowo płaski podjazd. Podczas jazdy nim myślałem ze nigdy się nie skończy. Jednak na szczycie czekała nagroda w postaci rewelacyjnego widoku na przełęcz, w dole której widać było małe miasto (małe bo jeszcze do niego spory kawałek miałem) oraz lasy widziane niczym z lotu ptaka. Zjazd był szybki z paroma dość ciekawymi zakrętami, na których nikomu nieżycze mieć niesprawnych hamulców. Pogoda oczywiście była już naprawdę ładna. Nagle zauważyłem, patrząc na góry, idealnie widoczny szczyt Śnieżki a na nim schronisko. Niesamowity widok i od razu wspomnienia z wypadu na maraton w Karpaczu i wypad rowerem na Śnieżkę. Jadąc dalej czuję się trochę jak w domu. Znam te tereny. Pamiętam jak tu jeździliśmy. Za Karpaczem postój na mały makaronik. Krótka przerwa, naładowanie sił… jadę w kierunku kolejnego ciekawego miejsca, jakim jest Szklarska Poręba. Podjazd pod, nią wspominam jako drugi najbardziej stromy odcinek (długością dorównujący temu z Poronina). Wspinam się na sam czubek tego wzniesienia. Łatwo nie jest. Po drodze mijam rowerzystów wracających z wycieczki. Kiedy dojeżdżam do centrum miasta wydaje mi się, że to już będzie koniec. Teraz to już tylko zjazd. Nic bardziej mylnego. Do szczytu prowadzi trasa tegorocznego TP, gdzie miało miejsce jedno z kryteriów górskich. Patrząc w górę widzę asfalt pełen kolorowych napisów i prawie że pionową ścianę! Powoli zdobywam szczyt i nagle jestem u góry w okolicach, tzw. „zakrętu śmierci”. Ciekawy punkt widokowy przy, którym mnóstwo ludzi robi sobie zdjęcia. Zaskoczyło mnie przygotowanie tego terenu pod turystów. Wszędzie ławeczki, stoliczki, wyglądające naprawdę bardzo schludnie. Koło nich duże śmietniki a na parkingach Toi Toie. Na chwilę zatrzymuję się, aby spojrzeć w przepaść zakrętu śmierci i puszczając hamulce rozpoczynam bardzo długi łagodny zjazd. Pogoda cały czas ładna. Dojeżdżając do pierwszej miejscowości za Szklarską mam wrażenie jakbym przeniósł się w czasie albo zupełnie zmienił państwo – spowodowane jest to niesamowitym kontrastem między „bogactwem” tam u góry i  skromnością na dole w zwykłej wiosce niebędącej kurortem turystycznym. Zatrzymuję się przy rolniku w celu potwierdzenia drogi na Zgorzelec. Wszystko się zgadza, więc można śmiało pedałować. Teraz już mało uczęszczanymi drogami wśród niewielkich miejscowości. Całkiem dobrze mi się jedzie, sądzę, że ze względu na posiłek, który zjadłem około 2 – 3 godzin wcześniej. Jednak ta okolica nie przypadła mi do gustu. Czuję się tam bardzo niepewnie. Nie wiem dlaczego, ponieważ nigdy wcześniej tu nie byłem, jednak coś mi podpowiada żeby stamtąd zmykać. Po drodze jakieś dzieciaki organizują sobie wyścig ze mną. Po najbliższej górce, na której mi zresztą odjechali ;) najwyraźniej za długo pozostali w beztlenie, ponieważ po chwili rozmowy z nimi, okazuje się że nie mają ochoty na dalszą jazdę. Dojeżdżam na wysokość skrętu do Bogatyni, którą, jak już wcześniej ustaliliśmy, omijamy. Teraz prosta droga prowadzi mnie do miasta przeznaczenia. Nocleg mam zorganizowany w ośrodku podobnym do domu nauczyciela. Przed zjazdem na bazę zrobiłem zakupy w postaci bananów, ciastek, kawy na zimno itp. Koło mojej noclegowni znajduje się chińska restauracja, gdzie oczywiście od razu się udaje. Zamawiam makaron z warzywami i mięsem oraz surówkę. Do picia Cole (osobiście normalnie jej nie pije w ogóle!, ale teraz miałem na nią ochotę i czułem, że daje mi trochę energii) Po posiłku, który wydawał mi się jednym z najlepszych makaronów jakie jadłem i który został mi podany przez rodowitą Chinkę, idę spać. W bazie spotkała mnie jeszcze ciekawa przygoda. Mianowicie zapytałem się Pani z recepcji, czy jak będę chciał wyjechać około godziny 4 to bez problemu będę mógł zostawić klucz. Recepcjonistka zdziwiona spojrzała się na mnie i powiedziała: „przecież Pan doskonale wie że tak!”. Moje zdziwienie było ogromne. Zapytałem się grzecznie: „Dlaczego Pani tak sądzi, przecież jestem tu pierwszy raz”. Na co usłyszałem odp.: „Przecież Pan nocuje u nas co 2 tygodnie!!”. Po krótkiej rozmowie okazało się, że stałym klientem jest człowiek o tym samym imieniu i nazwisku co ja! Przed noclegiem układam wszystkie rzeczy, aby wyschły i żeby rano móc sprawniej i szybciej wyjechać.

 

 

Zgorzelec – Rozewie – ostateczna rozgrywka

 

Pobudka około godziny 4 rano. Wstaje. Czuję, że to będzie ważny poranek i ważny odcinek – końcowy. Mam świadomość, że teraz wyjeżdżam z gór, że będzie już płasko i że nieubłaganie kieruję się ku mecie. Ubrałem się, oczywiście znów powtarzając rytuał nakładania skarpetek, dokładnego przygotowania wszystkiego do wyjazdu. Jestem gotów. Rower sprawdzony, wychodzę. Na początku wizyta w sklepie – są drożdżówki i banany, więc jestem zadowolony, że nie muszę już dalej szukać mojej dożywieniowej bazy. Po posiłku czas w drogę. Tego dnia, około południa, spotykam na trasie Romka, uczestnika supermaratonów szosowych. Trasa jest faktycznie płaska (z jednym lub dwoma większymi podjazdami), czasem lekko z górki. Jedzie mi się z rana wyjątkowo dobrze. Jestem w stanie trzymać 30 km/h, co szczerze powiedziawszy, zaczyna mnie niepokoić. Wiem, że może to być spowodowane porannym skokiem adrenaliny i świadomością, że zbliżam się do mety. Niestety adrenalina nie będzie dawała mi siły przez następne 700 km. Na pulsometr nie ma co patrzeć, bo po pierwsze nie zakładałem już opaski ze względu na to, że zaczęła mi przeszkadzać. Po drugie, po czwartym dniu jazdy mój puls jakkolwiek bym nie jechał zawsze był na bardzo niskim poziomie, poniżej jakichkolwiek progów, których powinienem się obawiać. Jadąc staram się patrzeć tylko na kadencje i nie szarżować. Spotkanie następuje tuż za moim postojem w sklepie (okolice Dąbia), gdzie Pani przede mną wykupiła ostatnią drożdżówkę, na którą patrzyłem stojąc w kolejce już od samego początku. Kiedy Pani chciała już odchodzić, Pan ze sklepu (zresztą bardzo niemiły dla rowerzystów) zapytał się czy coś jeszcze potrzebuje i właśnie on zaproponował tą nieszczęsną drożdżówkę. Chyba wyczuł, że mam na nią ochotę. Pocieszyłem się dużym rogalem i ruszyłem. Nagle zauważyłem nadjeżdżającego z naprzeciwka szosowca i wiedziałem, że drugi raz na trasie będę mógł porozmawiać z kimś „swoim” na żywo. W tym momencie również następuje największa awaria na trasie. Mianowicie poruszamy się brukiem i poboczem z małych żwirowych kamyczków. Od czasu do czasu coś przyklja się do opony. Nagle słyszę trzask pękającego plastiku. Pierwsza  moja myśl – oby napęd i koła były całe!! Ja chcę dojechać do mety. Staję w dużym stresie i patrzę do tyłu: pękł błotnik. Na szczęście opona jest cała. Koło proste, można jechać i to się liczy. Awaria nastąpiła z powodu przyczepienie się do opony kamyczka, który zblokował się pomiędzy błotnikiem a oponą (w tym miejscu prześwit wynosił około 7 – 10 mm). Odkręcam urwaną część i proszę o jej przechowanie kolegę. Jedziemy dalej. Po przejechaniu wspólnie całkiem przyzwoitego kawałka drogi, następuje pożegnanie i rozdzielamy się. Spotkanie daje mi znów trochę mocy – ta psychika … Na trasie, o ile dobrze pamiętam, mam jeszcze parę górek, ale nie są one specjalnie wymagające. Jednym z miejsc gdzie zatrzymałem się na posiłek był MCDonald. Wybrałem go, ponieważ nie chciałem się zatrzymywać nigdzie na dłużej. Wolałem odpoczywać wolniej pedałując, ale utrzymując mięśnie przy pracy. Jedną bułkę schowałem do sakwy na później. Tuż po zmroku dojeżdżam do Cedyni. Do tej miejscowości prowadzi idealny nowy asfalt. Zjeżdżam na pierwszą stację benzynową, gdzie już z daleka krzyczy do mnie jakiś człowiek – „Czy Ty też jedziesz dookoła?”. Okazało się, że Daniel był na tej samej stacji. Chwile porozmawialiśmy i ruszyłem dalej. Asfalt cały czas dobry, aż do momentu, w którym małymi, leśnymi, asfaltowymi ścieżkami miałem przedostać się na wysokość Widuchowa. Tam miałem śmieszną sytuację gdyż, nie będąc pewnym tych ścieżek, udało mi się wypytać o drogę Pana w „maluchu”, który jechał pewien odcinek w tamtą stronę. Zdziwił się bardzo jak udało mi się jechać w niedużej odległości za nim. Las, do którego wjechałem, był bardzo ciemny, drzewa liściaste tworzyły nade mną istny sufit, który całkowicie blokował jakiekolwiek promieniowanie świetlne z rozgwieżdżonego nieba. Na szczęście czołówka sprawowała się jak co dzień bez zarzutów. Gdy dojeżdżam na skraj lasu, okazuje się, że jestem na wzniesieniu, z którego widać najpierw łunę Widuchowa, Gryfina a za nimi Szczecina. Naprawdę niesamowicie to wyglądało – trzy duże oświetlone miasta przypominały wielkie, jasne „latające talerze”. Po zjeździe na dół, gdy znalazłem się przy głównej drodze nadszedł czas, aby zjeść kupioną dużo wcześniej MC power bułkę. Była nawet jeszcze ciepła, ponieważ włożyłem ją pomiędzy ubrania, jednak jej objętość zmniejszyła się, co najmniej dwukrotnie. Była to wyśmienita kolacja, gdyż delektowałem się każdym kęsem. Gdy zjadłem: pomyślałem „czemu kupiłem tylko jedną …”. Ruszam dalej. Czuję się znów trochę jak w domu. Mam świadomość, że osiągając Świnoujście zostanie mi już tylko mały kawałeczek do mety (330 km), który przejadę bez większych problemów. Jak się niedługo okaże, wcale tak nie było. Przejeżdżam przez Gryfino, następnie Szczecin. Na mapie mam rozpisane, że powinienem kierować się na Szczecin Dąbie i lecieć jak na maratonie szosowym Dookoła Zalewy Szczecińskiego. Niestety tutaj strasznie pobłądziłem. Najpierw zamiast zjechać na Dąbie wjechałem na obwodnice (też był znak na Dąbie i jechałem tam główną drogą). Po kontroli z mapą wiedziałem, że jadąc prosto dojadę do Świnoujścia, nawet dłuższą drogą niż zaznaczona trasa, ale rezygnuje z tego planu. Chce trzymać się wytyczonej trasy. Błądzę szukając Dąbia około godziny. Wszystkie próby zawodzą. Trochę mnie zaczyna ta cała sytuacja denerwować. W końcu podejmuję decyzję przejazdu główną trasą. W Goleniowie Daniel proponował mi nocleg u swojej Babci. Pojawiło się pytanie: iść spać czy nie. Z jednej strony nawet 2 godziny snu i posiłek dają duża moc, ale do końca limitu czasowego również już niedaleko. Czuję wewnętrznie, że jestem w stanie pokonać cały odcinek bez noclegu (było to około 700 km.  Zgorzelec -> Świnoujście -> Rozewie). Jadę przed siebie. Pobocze jest bardzo dobrej jakości. Z naprzeciwka jadą niesamowicie oświetlone tiry. W moim kierunku panuje drogowa cisza. Pojawia się jeszcze chęć szukania zjazdu na właściwy szybszy szlak. Jednak ze względu na to, iż nie jestem pewien czy podejmę dobrą decyzję wolę nie ryzykować, ponieważ taka pomyłka, w tym momencie może mnie bardzo drogo kosztować. Na trasie zaczyna się odzywać zmęczenie. Jest po prostu nudno, od czasu do czasu włączam radio. Niekiedy pomaga, czasami wręcz przeciwnie denerwuje. Senność się wzmaga. Zatrzymuje się na stacji benzynowej w celu zakupu kawy. Niestety jedyne, co mogę dostać to redbull, do którego osobiście nie mam zaufania. Jednak w tym momencie nie mam zbyt dużego wyboru. Po wypiciu czuje się faktycznie lepiej. Jednak ten moment nie trwa zbyt długo. Moje „skrzydła”, których mi dodał, odpadają już w momencie, kiedy wyrzucam puszkę do pobliskiego śmietnika:) W bidonie jeszcze pół litra powerade’a. Popijam go regularnie, jednak przy kolejnej próbie nawodnienia organizmu czuję, że nie mogę go już pić. Po prostu przestał mi zupełnie, nawet nie smakować, ale nie byłem w stanie, pomimo pragnienia, zmusić się, aby go pić. Wylałem, co miałem i później zaopatrzyłem się w wodę. Tutaj warto przytoczyć dość ciekawy moment: jadąc w lekkiej mgle nagle słyszę szuranie. Podobne do ciągniętej walizki na kółkach. Dziwi mnie to, ponieważ jestem na drodze daleko od miasta w środku lasu. W pewnym momencie, widzę, kilkanaście metrów przedmą, postać. Szybko ją wymijam – prawie nie
wjeżdżając w … niego !! Przy wymijaniu patrzę i widzę, że jest to człowiek ubrany w biały garnitur z białą opaską na głowie niczym Rambo. Nie zastanawiałem się długo: jak? dlaczego? skąd? i po co? tylko przyśpieszyłem, żeby z tego miejsca odjechać jak najszybciej. Tuż przed świtem, dojeżdżam do Miedzyzdrojów. Na stacji benzynowej podbijam pieczątkę i w akcie desperacji kupuję ostatnią starą już, bagietkę. Potrzebowałem zjeść coś, co nie było słodkie, a niestety nic innego, prócz niej, nie było. Siadam na poboczu i zjadam ją. Myślę teraz już z górki… ostatnie km przy moim morzu. Zmęczenie daje się jednak we znaki. Nieprzespana noc również jest tu kluczowa. Trasa cały czas płaska, wiatr wieje i droga niesamowicie kręci. Mam wrażenie jakbym niekiedy zawracał z powrotem. Poranek jest mglisty i ponury. Koło południa pogoda się zmienia – robi się słonecznie i bardzo przyjemnie dla np. plażowiczów, ale w moim przypadku ciepło wzmaga zmęczenie i chęć snu, z którym trudno już walczyć. Nawet się nie staram tego robić, tylko, co jakiś czas kładę się na trawie i zasypiam na około 15 minut. Oczywiście nastawiam sobie zegarek, żeby czasem nie przespać całego dnia. Jednak nie był mi on potrzebny, gdyż podświadomie mocno się pilnowałem i zawsze budziłem przed czasem. Po zwalczeniu kryzysu pedałuję do przodu. Dzień wcześniej przez moją głowę przeszła myśl: „znów się kończy coś fajnego. Szkoda.”. Faktycznie te 10 dni minęło niesamowicie szybko. Powracając do mojej sytuacji, to jedzie mi się dalej ciężko. Coraz częstsze przerwy, ale jadę. Wszyscy, z którymi się kontaktuje telefonicznie, starają mnie mocno zmobilizować, za co naprawdę serdecznie Wam dziękuję. Kontaktuje się również ze mną koleżanka z naszego klubu, która na ostatnich km szykuje coś, o czym nawet przez chwilę nie myślałem. Oczywiście ja nic o tym nie widziałem. Moja chęć i moc do jazdy jest niczym sinusoida czasem na +100% czasem na -100%. Po pewnym czasie staje się ofiarą ograniczonej pojemności baterii, co odcina mnie od wszelkich wieści i faktów. W Ustce podbija PK i podłączając się do gniazdka wysyłam ostatnią informację z moją aktualną pozycją. Wiem, że do domu już niedaleko. Przed zmrokiem znów mam atak zmęczenia, który powoduje podjęcie decyzji o chwilowych postojach i 10 – 15 minutowych drzemkach. Pierwszą z nich zupełnie nieświadomie robię około 80 metrów przed Diablem, który podjechał podwieźć mi coś do picia i jedzenia, gdy dowiedział się, że skończyły mi się pieniądze. Faktycznie, tak było, ale miałem jeszcze mały zapas picia i jedzenia. Cała sytuacja była śmieszna, ponieważ jadąc z włączoną czołówką, widać było mnie bez najmniejszych problemów. Mogę sobie tylko wyobrazić zdziwienie osoby obserwującej znikający nagle, na małą przerwę w rowie, punkt, który  po pewnym czasie znów się pojawia. Jadąc nagle widzę, że ktoś robi mi zdjęcie. Nie skojarzyłem w ogóle, kto to mógł być. Jednak jak dotarło do mnie, co się stało to oczywiście bardzo się ucieszyłem ze spotkania przedstawiciela LIRO. Po naszym rozstaniu zapadł zmrok. Drogi, którymi się poruszałem były zupełnie puste. Czasami widziałem zwierzęta przemykające z jednego pola na drugie. W drzewach widziałem już jakieś postacie, które przypominały niekiedy ludzi, niekiedy zwierzęta, a czasami sam nie wiem co. Zmęczenie było coraz większe. Dlatego stosowałem moje przerwy pod drzewami. Specjalnie się do nich nie przygotowywałem. Po prostu opierałem rower o drzewo. Siadałem na worku i na chwile zasypiałem. Budziłem się automatycznie jak tylko zrobiło mi się chłodno. Kryzys na szczęście został pokonany i mogłem „normalnie” jechać przed siebie. Do mety mam około 80 – 90 km. Nagle widzę jadący z naprzeciwka samochód, który przy mnie zwalnia i po chwili znów przyśpiesza. Zastanawiam się, o co mu może chodzić. Po chwili słyszę, że pojazd zawraca, co wzbudza moje jeszcze większe zdziwienie i od razu zaczynam się zastanawiać gdzie, w razie, czego można uciec. Niespodziewanie słyszę „Wojtek pedałuj, pedałuj!!” Myślę sobie: „ głos znajomy, ale kto to jest?”. Po chwili podjeżdża na moją wysokość Dorota, Julka, Bolek i Mikołaj czyli rowerowi przyjaciele ::SK::. Jestem bardzo zaskoczony i zarazem bardzo zadowolony z tego spotkania, które jest dla mnie niesamowitą niespodzianką. Zyskuję nową dawkę siły, uśmiech mnie już nie opuszcza do mety. Jadąc przed samochodem pokonuję ostatnie większe górki na wysokości Żarnowca i wreszcie wyjeżdżam na tak wyczekaną brukową drogę, prowadzącą tym razem do a nie z Rozewia. Po przejechaniu linii mety czuję się wspaniale. Uczucie, jaki mi wtedy towarzyszyło jest nie do opisania i trudno tutaj starać się to zobrazować. Jednak żeby go doznać, wcale nie trzeba przejechać Polski dookoła. Wystarczy pokonać swój własny MRDP, czego każdemu serdecznie życzę.


Zdjęcia:

1) START

2) Przejazd przez Elbląg
3) Kotlina Kłodzka
4) Spotkanie za Zgorzelcem
5) META

Tekst ze strony www.mrdp.go.pl

Facebook