Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Maraton Zbyszka z Bogdańca
7 maja 2007
Wyniki generalne oraz ranking wszechczasów po Bogdańcu
10 maja 2007

Maraton, że mucha nie siada. Relacja ze „Zbyszka” 2007

Ta historia zaczęła się rok temu. Po przejechaniu GMR 2006 zostały mi w pamięci piękne trasy Ziemi Lubuskiej – krajobrazy i dobra jakość dróg. Już wtedy postanowiłem, że warto będzie tu jeszcze pojeździć. Kwietniowy termin „Zbyszka” zmuszał do solidnego przygotowania wiosennego. W życiu nie jechałem 200km w kwietniu! A trzeba było tym razem zmierzyć się z dystansem 350km. Pomyślałem jednak, że rekordowo duży przebieg w ciągu ostatnich 12 miesięcy pozwoli dowlec się do mety nawet samotnie i w każdą pogodę. Spakowałem 3 przednie lampy i czekałem niecierpliwie na start.

Wraz z kolegami udało nam się utworzyć wspólną grupę startową, którą Jurek przezornie ustawił na czele stawki. Napięcie rosło gdyż ani w Choszcznie ani na GMR’06 nie uczestniczyłem w takim „zbiorowym projekcie”. Analiza dostępnych danych zasępiła mnie. Ogólnie wydawało mi się, że towarzystwo jest w większości za silne jak dla mnie no ale postanowiłem by utrzymać się w tej grupie jak najdłużej.

Ruszyliśmy do Sosen ze Sławkiem w piątek. Wjechaliśmy na pętlę samochodem w Skwierzynie i ruszyliśmy trasą do mety. Piękne, przepiękne krajobrazy – pola rzepaku, lasy, sporo zakrętów i ciekawych „górka-dołków”. Chciało się wysiąść i jechać rowerem bo szkoda dnia i pogody. W Sulęcinie… zgubiliśmy się – wiadomo gdzie. Nazajutrz zawróciliśmy „odgłosem paszczy” połowę naszej grupy, która pomknęła prosto zamiast w prawo. Było gorąco – te powietrze, wiosna! Zdawało mi się, że pod Kostrzyniem dostrzegłem tlącą się krowę i oszołomionego byka stojącego obok. W Sosnach przywitały nas roje meszek. Zarejestrowaliśmy się i pojechaliśmy do Bogdańca – zobaczyć. Po powrocie gadaliśmy tylko o „zamieci much”. Waliły swymi wątłymi ciałkami na oślep po naszych twarzach, niektóre gryzły po nogach, niektóre kończyły w jamach ustnych, uszach. Ogólnie „Bzie…”

Dziękujemy bardzo za start o 9:00! Nie musieliśmy się opędzać długo od porannego roju muszek i pognaliśmy na trasę. Klan zarządził jazdę na krótkie zmiany a tempo na 33-35km/h. Miałem potrzebę wskakiwać na hopki jako pierwszy co mógł zrozumieć tylko Sławek. Rozkręcam się zwykle przez 20km i tyle to trwało. Potem to już sama czysta radość z jazdy! Ludzie! Uprawiamy cudowny sport! Panowały idealne warunki. Jazda w grupie rajcowała jak nigdy bo tempo mocne. Nie da się tego opisać…

Przelecieliśmy tę pętlę pierwszą jak szaleni. Asia odpadła, Robert się zawieruszył za Sulęcinem, Henio na serio chciał nas urwać przed Słońskiem i złapaliśmy Go dopiero w Kostrzyniu (Brawo! Koszulka dla najaktywniejszego się należy). Przed Witnicą naciągnęło się tempo maksymalnie i grupa pękła. Skoczyłem za Andrzejem i Krzysztofem Kamockim i dotarliśmy w tej kolejności do Sosen. Skręt 180 stopni przez bramę po piachu!!! I finisz! Zaraz dojechała reszta. Myślę, że sporo ludzi było zdziwionych, że w bazie nie było PŻ. Ja miałem już nalane bidony schowane pod samochodem. Wiedziałem, że bieg do domku to będzie strata czasu.

Słowo się rzekło Krzysiek Łańcucki i Grzegorz Kowal „czekali” już na trasie na mnie. Klan stwierdził, że jedziemy razem do mety, czekamy jak ktoś złapie kryzys. W głowie już wymyślałem argumenty by podczas mojego kryzysu Wrocławianie pojechali sami a mnie zostawili, bo sam w takich chwilach radzę sobie najlepiej. Pojechaliśmy bardzo lajtowo 27-31km/h. Mimo to zastanawiałem się co ja właściwie robię. „Mam rewelacyjny czas na 175km – życiówka na bank! Gorąco się zrobiło, ponad 26 stopni no i zwyczajnie mi się nie chce jechać”. Te myśli prysły gdy w Krzeszycach faciu zrobił nam na wyraźne życzenie mgiełkę wodną z węża. Oj rewelacja! Oj pomoc osób trzecich!!! Oj oj!

Za 13km doszedł nas Znaczny Zawodnik – Zdzisław Kalinowski i tym lajtowskim tempem dojechaliśmy do Deszczna. Woda w bidon, woda na głowę i jazda. Kalin’a już z nami nie było. Ale widać Go było na długich prostych 600-800 m przed nami. Może dlatego że można było kogoś gonić, a może że już odpocząłem po wariackiej pierwszej pętli przyszły mi siły. Za Skwierzyną doskoczyłem 300m do Kalina bo widziałem, że nie kręci, ogląda się. Kolejne „górka-dołki” a Klan z Grześkiem doszli nas ale za jakieś 10km znów zostali. Zrobiło się chłodniej. Ale my z Kalinem zupełnie lajtowo…

NAGLE Frąckowiak z Gryckiewiczem ze 12km/h szybciej. Kalin tylko spokojnie rzekł „Patrz jak oni jadą.” I już spokojnie siedzieliśmy im na kole i na licznikach tak spokojnie ponad 40km/h się zrobiło! Dolecieliśmy tak jako czołówka do Sulęcina. Tam stwierdziłem, że mi wystarczy takiej wściekłej jazdy i poczekałem na Klana i Grześka biorąc prysznic. A Ci przyjechali…, usiedli… i jeść wielkie buły poczęli…. No to ja… sobie pojechałem…lajtowo. Miałem trochę dylemat ale wydawało mi się, że mnie dojdą we dwóch.

I tak sobie jechałem już do mety. Światło musiałem włączyć by być widocznym i w pierwszych minutach ciemności zajechałem na metę. A tam… zimne ognie! Super pomysł! A jeszcze film na trasie był kręcony! Ten przejazd uważam za swój duży sukces! Wygrałem niechcący kategorię i mogłem dotknąć podium w Open bo tu 4. Ale liczy się przede wszystkim to, że cudownie było jechać we wspaniałej grupie (Dziękuję za współpracę!!!), udało się przełamać opór wewnętrzny do jazdy, była piękna pogoda, że szprycha nie pękła… , no i że to odbyło się w kwietniu to niesamowite!

Podziękowania dla Sztabu Organizacyjnego! Ludzi pokąsanych na PKP. Pozdrowienia dla uczestników.

Adam Filipek

Facebook