Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Nowa strona Gorzowskiego Klubu Rowerzystów "Cyklista"
12 kwietnia 2006
Wyniki Sondy – "Podział na rodzaje rowerów uważam za …"
15 kwietnia 2006

Przebieg trasy:

Przygotowania do Maratona Dles Dolomites rozpoczęliśmy już w październiku roku 2004, a dokładnie chodzi o kwestię zgłoszenia się na listę uczestników. Nauczony doświadczeniem z poprzedniego roku, gdy spóźniliśmy się o tydzień ze zgłoszeniem, tym razem trzymałem rękę na pulsie już od września. W końcu organizatorzy ogłosili dzień, od którego można było zgłaszać swój udział. W pierwszej turze miało być 6000 (słownie sześć tysięcy!!!!) miejsc na zasadzie kolejności zgłoszeń. W dalszych etapach jeszcze miały być dwa losowania pozostałych 2 tysięcy miejsc. Zainteresowanie tym maratonem na świecie musi być ogromne gdyż te 6 tysięcy miejsc zostało zapełnionych po… półtora dnia zapisów!!!!

Ten wstęp mam nadzieję choć trochę odda popularność i charakter tej imprezy… Ale przejdźmy do samego Maratonu. Dotarliśmy w pobliże miejsca startu dwa dni wcześniej by się zaaklimatyzować i oswoić z okolicą. Zamieszkaliśmy na campingu położonym na wysokości 1670m npm!!!. Do La Villi, w której był start mieliśmy 7km zjazdu. Jako że Maraton zaczynał się o 6:35, tak więc czekało nas 7km zjazdu przy temperaturze 6 stopni C. Maraton obejmował trzy możliwe trasy do wyboru: 57km, 110km i 147m (faktycznie na liczniku wyszło niecałe 140km, ale może temu, że strasznie ścinałem zakręty…)

W końcu po długim oczekiwaniu nadeszła chwila startu, ale początkowe kilometry upływały w bardzo sielskim nastroju i podobnym tempie – w końcu trudno oczekiwać by tłum ponad 8 tysięcy kolarzy poruszał się z dużą prędkością. Z La Villi (1421m) przejechaliśmy w miarę płaską drogą do Corvary (1522m) i dopiero tu zaczęła się zabawa, czyli podjazd pod pierwszą przełęcz – Passo Campolongo (1875m). Podjazd ten wyglądał podobnie jak następne, czyli serpentyny wspinające się konsekwentnie do góry.

Po wyjeździe na przełęcz ostry zjazd serpentynami w dół do Arabby (1624m) po czym od razu podjazd pod następną przełęcz – Passo Pordoi (2249m). Cała trasa wyglądała jak sinusoida, bo albo był ostry podjazd do góry albo ostry zjazd w dół. W takim stylu zaliczyliśmy kolejne przełęcze: Passo Sella (2244m) i Passo Gardena (2121m). Następnie zjechaliśmy do Corvary gdzie finiszowali, ci którzy wybrali najkrótszy dystans. Pozostali musieli po raz drugi wspiąć się na Passo Campolongo i po raz drugi zjechać do Arabby. Tu jednak trasa odbijała już w innym kierunku i nawet zrobiła się odrobinkę bardziej płaska. W końcu dotarliśmy do Cernadoi (1502m) gdzie rozchodziły się trasy na 110km i 147km. Oczywiście wybraliśmy ten drugi wariant…

Na początku trasa schodziła w dół do Rocavaz (1300m) by następnie wspiąć się na taką małą ale upierdliwą górkę Colle di S. Lucia-Belvedere (1500m). Tu zaczęło już coraz mocniej przygrzewać słoneczko… Krótki postój na szczycie przy punkcie żywieniowym a potem szybki zjazd do Selva di Cadore (1338m). A tu zaczynał się gwóźdź programu czyli podjazd pod Passo Giau (2236m). Jeśli jakiś amator uważa się za twardego powinien zmierzyć się z tym podjazdem – 10km podjazdu o średnim nachyleniu 9%!!! Tu nie da się jechać towarzysko, rozmawiać, tu każdy jest sam na sam ze swoimi słabościami, z którymi musi walczyć. Na dodatek zaczął się upał, temperatura momentami dochodziła do 31 stopni… Widziałem jak niektórzy schodzą z rowerów, zatrzymują się, a niektórzy nawet spadają z rowerów… O dziwo kręciło mi się całkiem nieźle, choć jechałem sam, swoim spokojnym tempem, choć nie było ono zbyt duże i tak co jakiś czas mijałem kolejnych uczestników, co bardzo pozytywnie działało na moją psychikę.

W końcu nadeszła ta cudowna chwila i stanąłem na szczycie przełęczy!!!! Moja radość była tym większa, że do pokonania została już w zasadzie tylko jedna góra – Passo Falzarego (2105m) i Passo Valparola (2150m) są bardzo blisko siebie, można by powiedzieć, że Valparola jest „przedłużeniem” Falzarego.
Po dość długim buszowaniu po punkcie żywieniowych i zrobieniu kilku fotek pojechaliśmy z kolegą dalej. Najpierw ostro w dół do Pocol’a (1490m) by następnie rozpocząć ostatnią poważną wspinaczkę tego maratonu. Na tym podjeździe czułem już trudy przebytych kilometrów a szczególnie podjazdu na Giau więc kolega mi odjechał, ale trzeba było kręcić dalej, bo każdy przejechany metr przybliżał do mety. Na Falzarego już nie zatrzymywałem się na punkcie żywieniowym tylko w locie złapałem kubek z napojem energetycznym i popędziłem dalej by wspiąć się jeszcze trochę i zdobyć Valparolę, a potem już tylko w dół do La Villi. Po drodze mijałem nasz camping i w tym momencie złapał mnie atak śmiechu, takiego pozytywnego, bo wiedziałem, że na 100% ukończę ten maraton!!!

Z La Villi trzeba było się jeszcze trochę sprężyć by dojechać do położonej trochę wyżej Corvary, gdzie była meta. Gdy zobaczyłem tablicę Corvara, mimo zmęczenia, wstąpiły we mnie jakieś nowe siły i nawet zdobyłem się na ostry finisz, podczas którego udało mi się minąć 4 uczestników. Na mecie spotkałem kolegów, którzy przyjechali przede mną. Razem czekaliśmy na tych, którzy jeszcze nie dojechali. I na tym skończył się mój udział w 19 Maratona dles Dolomites…

Polecam tę imprezę, bo jest świetnie zorganizowana i jest wspaniała i cholernie wymagająca trasa. Szczegóły można znaleźć tu: www.maratona.it.

 Dystans:  139,2km

 Czas*:  8:00h

 Prędkość średnia*:  17,7km/h

 Wysokość min:  1346m

 Wysokość max:  2249m

 Przewyższenie:  4095m

 Rodzaj trasy:  bardzo, bardzo, bardzo trudna – to jest w końcu 7 przełęczy alpejskich!!!!!!

 Uwagi:  Trasa bardzo, bardzo, bardzo wymagająca, właściwie składa się tylko z ostrych i długich podjazdów i ostrych i niebezpiecznych zjazdów. Natomiast widoki są po prostu obłędne…

 Dodana:  12.07.2005

* to są wartości jakie ja osiągnąłem na tej trasie – podaję je tylko dla orientacji :)

         

Umieszczono za zgodą autora, tekst ze strony www.zuz.mom.pl

Facebook