Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
21.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
MRDP Lipczyński: z konia na rower
8 października 2009
MRDP Relacja Krzysztofa Grzegorzewskiego
9 października 2009

Czas na krótką relację i podsumowanie Maratonu Rowerowego Dookoła Polski. Była to moja najważniejsza impreza w tym sezonie. 3130 km w 10 dni wzdłuż granic naszego kraju. Nigdy wcześniej nie brałem udziału w tak trudnym maratonie, dlatego była to dla mnie wielka niewiadoma. Pomimo tego, że długie dystanse przed tym startem nie były mi obce to obawiałem się bardzo samotnej jazdy. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek przed tym maratonem zrobił samotnie 200km, chociaż dwusetek miałem na swoim koncie kilkanaście. Wiedziałem także, że nie mogę przeszarżować i powinienem jechać zgodnie z jakimś planem, a nie trzaskać kilometry od początku ile tylko wejdzie. Widziałem też, że łatwo tak sobie gadać, i że jak przyjdzie co do czego to i tak będzie mnie ciągnęło, żeby jechać dalej, wbrew rozsądkowi, który będzie podpowiadał, że na dziś już wystarczy.

Nie zamierzam się zbytnio rozpisywać, bo wtedy ten tekst odkładałbym miesiącami, a wtedy już żadnego pożytku z niego by nie było. Jeśli w ogóle by powstał po tak długim czasie. W razie pytań zapraszam na forum, do wątku o maratonie. Chętnie odpowiem na wszelkie pytania :)

Gdy już wszystko było spakowane wsiadłem z Holdenem i pojechaliśmy na Rozewie. Tam zrobiliśmy makaron z sosem na kolację (plan był taki, żeby codziennie takie danie przyrządzać, ale już po pierwszym razie z tego zrezygnowaliśmy). Później rozbiliśmy namiot jakieś 100m od latarni i przekimaliśmy do rana.

Dzień I

Trasa: Rozewie – Kandyty (k. Górowa Iławeckiego)

247 km, 8:55, 27,7, c79

Rano śniadanie, przygotowanie roweru do jazdy, odprawa techniczna i o 12:11 w drogę. Wyruszyliśmy w ośmiu + Daniel – organizator, który tylko nas odprowadzał. Kilometry do pierwszego punktu kontrolnego mijały szybko, jechaliśmy w grupie, na kole, było szybko, ale spokojnie. Po pierwszym punkcie wszystko się porwało – jedni pojechali złą trasą, inni czekali pod sklepem, jeszcze inni ruszyli w kierunku następnego punktu. Ja pierwszy podbiłem mapę, jednak z powodu nieporozumienia poczekałem chwilę na zguby. Po kilku minutach zdecydowałem jednak, że szkoda czasu na czekanie i pognałem do przodu. Niestety nie dogoniłem zawodników przede mną, bo nie skręciłem w boczną drogę i znalazłem się na głównej trasie. Ten sam błąd popełnił Holden, który dodatkowo urwał linkę od sprzęgła. Przez tę historię straciliśmy ok. 2h i nadrobiliśmy trochę km. Podczas kolejnych kilometrów postanowiłem, że będę jechał do północy. Na pewno wpływ na tę decyzję miał stan dróg mazurskich, gdzie często występował bruk, po którym nie dało się jechać nawet 15km/h. Przed północą byliśmy w miejscowości Kandyty k. Górowa Iławeckiego. Zdecydowaliśmy, że nie rozbijamy namiotu. Nie bardzo była też możliwość, żeby znaleźć tam kwaterę, więc po symbolicznej kolacji, ok 1:30 poszliśmy spać w aucie.

Dzień II

Trasa: Kandyty – Sokółka

383 km, 15:08, 25,31, c77

Wyruszyłem na trasę o 6:35, choć w planach było wcześniej. Ponieważ pierwszego dnia przejechałem mniej niż zakładałem dziś chciałem to trochę nadrobić i zrobić grubo ponad 350-400km. Niestety był to kolejny dzień, w którym królowały bruki, a raczej drogi, z których wystawały kamienie poukładanie bez ładu i składu i nie przypominające w ogóle drogi. Góralem jechałoby się tam ciężko, a ja musiałem tam katować szosówkę. Ale jakoś się udało. Poza tym Mazury bardzo mi się podobały, nie spodziewałem się tego, że jest tam tak wiele hopek. Wieczorem było bardzo zimno i zdecydowałem, że dojeżdżamy do Sokółki i nocujemy. Wiedziałem, że przed postojem mam stratę ok. 20 minut do Bogusia i Jurka, których widział Holden na postoju. W Sokółce byliśmy tam chyba po 23, ale błądzenie spowodowało, że dopiero ok. północy znaleźliśmy miejsce, gdzie można było spokojnie zaparkować auto i przypiąć rower. Nocowaliśmy znowu w aucie. Okazało się, że w Sokółce nocują także wpomniani wcześniej kolarze. Mieliśmy się rano zgadać czy jedziemy dalej razem.

Dzień III

Trasa: Sokółka – Dorohusk

378 km, 15:20, 25,20, c76

Na trasie byłem już o 6:25, znowu zdecydowanie za późno. O tej porze Boguś z Jurkiem dopiero zaczynali śniadanie, wiec postanowiłem dalej jechać sam. Plan na ten dzień był prosty: przekręcić 375km i dojechać do Dorohuska, gdzie Michał zorganizował nocleg u swojego znajomego. Widziałem także, że we Włodawie odwiedzi mnie ekipa z forum. Nie pozostawało nic innego jak pedałować, żeby być na czas. Chciałem był na 21 we Włodawie i stamtąd na kole jak najszybciej przemieścić się na nocleg do Doroshuska. Trasę od Sławatycz do Horodła miałem już wcześniej przejechaną, wiec jak najszybciej chciałem dojechać do jej początku. Niestety nie szło mi tego dnia zbyt dobrze. Ponieważ jednak wiem, że po 50km dopiero czuję, że jadę, po 100 się rozgrzewam a po 150 łapię rytm to nie przejmowałem się tym. Tylko, że tego dnia rytm złapałem dopiero ok 200km, po przekroczeniu Bugu w Siemiatyczach. Później już było z górki i nadrabiałem średnią. Niestety świetne asfalty (Siemiatycze – Terespol) zmieniły się później na beznadziejne. Gdy wcześniej pokonywałem znajomą dla mnie trasę zawsze byłem na góralu, dlatego nie do końca zdawałem sobie sprawę z ich tragicznego stanu. Do Włodawy wjechałem chyba ok 21:15. Tam już czekali na mnie: Inula, Michał, Bart, Seb i Yorki. Trzej ostatni przywieźli rowery i mieli mnie holować do Dorohuska. Niestety chciałem trochę zażartować i pokazać, że jestem w gazie. Położyłem się na Lemondkę, rozpędziłem, 50km/h i poszło, gdy po chwili zwolniłem okazało się, że utrzymał się tylko Bart. Zarzucił on ostre tempo, wiec żal było nieskorzystać i grubo powyżej 30km/h pognaliśmy do Dorohuska. Chłopaki po ujechaniu jeszcze kilkunastu km w tym zimnie spakowali rowery na dach i dopingowali nas z auta. Często jechali koło nas i robili mi i Bartowi zdjęcia. Po dojechaniu na miejsce noclegu szybko wskoczyliśmy do ciepełka, gdzi już czekały na nas ciacha i herbatka. Po pogaduchach i sesji zdjęciowej ekipa już z Holdenem wróciła do Lublina, a ja z Michałem i Tomkiem zjedliśmy kolację itd i poszliśmy spać.

Dzień IV

Trasa: Dorohusk – Ustrzyki Dolne

310 km, 13:20, 23,25, c74

Około 7:10 wyruszyłem na końcówkę trasy, którą znam, a później jak najdalej w stronę Bieszczad. Tego dnia nie obyło się bez pogubienia trasy. Długo zeszło także na początku trasy w Bieszczadach, gdzie pewien zły człowiek bardzo źle mnie skierował w stronę promu, przez co straciłem ok. godzinę. Wycieńczony, w okolicach 23 zjawiliśmy się w Ustrzykach Dolnych i zdecydowaliśmy, że tam nocujemy. Nie bez trudu, ale w końcu udało nam się znaleźć dobry nocleg. Nie pamiętam nawet o której się położyliśmy.

Dzień V

Ustrzyki Dolne – Bukowina Tatrzańska

311,5 km, 13:30, 23,07, c70

Nie pamiętam, o której wyruszyliśmy, chyba o 7:30. To miał być pierwszy etap prawdy. Pierwszy dzień w górach, który miał dać odpowiedź na to czy możliwe jest ukończenie tego maratonu i nie zrobienie sobie jeszcze do tego krzywdy. Zaplanowałem spokojnie – 250km. Ku memu zaskoczeniu noga jednak bardzo dobrze podawała. Rano, Ustrzykach Górnych dogoniłem Bogusia, który także nocował w Ustrzykach Dolnych, ale wyruszył na trasę dużo wcześniej. Jechał on już bez Jurka, który z powodu kontuzji musiał zrezygnować w Tomaszowie Lubelskim. Zjedliśmy razem posiłek przygotowany przez Michała i ruszyliśmy dalej. Do Bogusia przyłączył się kolega, który był na urlopie i kilka dni wcześniej brał udział w PP w maratonach szosowych w Polańczyku. Chwilę z nimi pojechałem, ale później wystrzeliłem do przodu i zacząłem samotną jazdę po Bieszczadach. Polecam każdemu te góry do jazdy na rowerze. Jest co podjeżdżać, jest gdzie zjeżdżać, a do tego nawierzchnia jak na polskie warunki jest bardzo dobra. Z czasem jak zacząłem jechać ponad normę wyznaczałem sobie nowe, coraz dalsze miejsca noclegów. Wiedziałem, że Boguś ma plan nocować w Zakopanem, więc nie chciałem mieć do niego zbyt dużej straty. Ostatecznie nocowałem w Bukowinie Tatrzańskiej, ale dojazd tam to był horror. No i w międzyczasie minąłem Tomka, któremu achilles odmówił posłuszeństwa. Po wtoczeniu się na drugie piętro, prysznicu i kolacji zasnąłem momentalnie. Tego dnia zrobiłem ponad 60 km więcej niż zaplanowałem i to po górach.

Dzień VI

Trasa: Bukowina Tatrzańska – Łąka Prudnicka

345,5 km, 15:20, 22,53 c67

Tutaj także nie potrafię podać, o której wyruszyłem na trasę, możliwe, że znowu ok 7:30. Jakoś przebiłem się przez Zakopane. Tego dnia złapał mnie pierszy deszcz. Michał był daleko za mną, więc miałem do wyboru: czekać na niego i na kurtkę albo cisnąć w deszczu w samej bluzie. Wybrałem oczywiście to drugie, bo szkoda było czasu na czekanie. Dobrze, że popadało, bo w deszczu musiałem jeszcze mocniej naciskać na pedały, a dotychczas tego dnia szło mi jakoś leniwie. Później mijałem piękne tereny: Żywiec, Istebną, Wisłę itd. Wieczorem minąłem także kolejnego kolarza – Grześka, który także posiadał auto techniczne. Przejechałem obok niego bardzo szybko, akurat dobrze mi się jechało. Jak zobaczyłem, że nie siadł na koło i zostaje daleko za mną, zacząłem pedałować jeszcze szybciej, żeby jak najbardziej mu uciec. Znowu wyrabiałem normę ponad plan. I to tym razem już bardzo ponad plan. Nocowaliśmy w Łące Prudnickiej, na miejscu zapewnionym przez Sylwię. Full wypas. Dzięki Sylwia.

Dzień VII

Łąka Prudnicka – Krajanów

235, 12:11, 19,29, c62

Na trasę wyruszyłem tego dnia o rekordowo późno – o 8. To miał być pierwszy dzień „prawdziwych” gór. Rzecz nie okazała się taka straszna. Dystans co prawda mały, ale norma została wyrobiona. Tego dnia przejeżdżałem przez chyba najpiękniejsze miejsce na trasie – kilka km przed Mostowicami, przy granicy z Czechami. Po prawej jakiś pensjonat, a po lewej jeziorko, góry, piękna panorama, pięke kolory, do tego znakomity asfalt :D Idealne miejsce do jazdy. Tuż przed noclegiem, na ostatnim podjeździe dogoniłem Bogusia i ostatnie kilometry toczyliśmy się razem. Boguś postanowił nocować z nami.

Dzień VIII

Trasa: Krajanów – Gręzawa

276, 13:28, 20,5, c63

Na trasę wyruszyłem dwie godziny po Bogusiu, chyba 7:50. Ostatni dzień gór. Z najtrudniejszym podjazdem w Szklarskiej Porębie. Nie mogłem się go doczekać. Cały czas było z górki. Z tego, co przejrzałem profil trasy to podjazd miał się rozpocząć gdy na liczniku miałem ok 100km, ale po 100km dalej było z góry. Ale w końcu przyszło: 4km pod górę. Niestety podczas zjazdów czułem, że z moim kolanem jest coś nie tak. No i wszystko wyszło na podjeździe, gdzie ledwo przepychałem pedały. Miałem siłe, ale nie miałem sprawnej nogi. Niesamowicie mnie to denerwowało. Chciałem, wiedziałem, że mnie stać na szybkie wjechanie pod tę górę, ale nie mogłem zupełnie nic poradzić na bolące kolano. W końcu jednak jakoś się wczołgałem na górę, a stamtąd czekał na mnie już tylko kilkudziesięciokilometrowy zjazd, a później po stole do mety. Niestety kolano ciągle dawało o sobie znać. Końcówka trasy była niezwykle ciężka, miałem plan, żeby jechać jak najdalej, na szczęście w porę odezwał się Boguś, że ma dla nas nocleg. Jakoś tam się doczołgałem, chociaż znowu łatwo nie było. Pomimo tego, że w górach szło mi świetnie i nadrobiłem bardzo dużo dystansu do pozostałych zawodników to cieszyłem się, że już opuszczamy tę krainę. W górach najgorzej było w nocy i na zjazdach, ponieważ było bardzo zimno. Cieszyłem się, gdy przychodziło mi jechać pod górę, a gdy zjeżdżałem wyczekiwałem ze zniecierpliwieniem podjazdu. Teraz miało przyjść płaskie, gdzie więcej można pojeździć w nocy.

Dzień IX

Trasa: Gręzawa – Dziwnów

419,5 km, 17,33, 23,9, c72

Tego dnia postanowiłem zdecydowanie jechać razem z Bogusiem. Skończyły się góry i bez problemów można było lecieć po zmiankach. Wyruszliśmy z rana, a współpraca od razu układała się świetnie. Nie było rwania, tylko solidne zmiany. Chcieliśmy dojść Grześka, który krócej od nas spał, dzięku czemu nadrobił sporo dystansu. Na promie w Połęcku już prawie go mieliśmy, jednak spóźniliśmy się około 5 minut, przez co straciliśmy pół h. Dodatkowe 10 minut w sklepie i na śniadanie sprawiło, że mieliśmy 40 minut straty. Ale widzieliśmy, że jesli współpraca będzie się układać tak jak do tej pory to w końcu go dojdziemy. I stało się tak za Goleniowem. Grzesiek w Szczecinie złapał gumę, w dodatku był gdzieś na innej drodze. My także pomyliśmy tam trasę, ale za Goleniowem byliśmy wcześniej. Tam czekał na nas Michał z makaronem. Gdy zjedliśmy dojechał do nas Grzesiek. Postanowiliśmy jechać we trójkę non stop bez snu już do samej mety. Na początku tempo było bardzo ostre, gdy wychodziłem na zmiany musiałem zwalniać, bo bałem się, że długo tak nie pociągnę. Później bardzo chciało mi się spać. Jednak wtedy odezwało się drugie kolano. Miałem już co robić, żeby nie myśleć o śnie, ale ból był tak mocny, że nie dawałem rady już trzymać tempa. Do Międzyzdrójów jakoś dojechaliśmy. Tam zaproponowałem, żeby jednak przespać się 2-3h, żeby noga i organizm odpoczęły. Chłopaki namówili mnie jednak na jazdę dalej, argumentując, że spać pójdziemy później, żeby wstać nad ranem. Pojechałem z nimi jeszcze 20km, ale w Dziwnowie zadecydowałem, że muszę się przespać.

Dzień X

Trasa: Dziwnów – Rozewie

339,5 km, 15:39, 21,69

Po 3 h snu, na trasę wyruszyłem po 7. Okazało się, że mam ok 40 min. do Bogusia i Grześka, którzy także spali. Moje tempo było jednak bardzo wolne, miałem wyliczony czas na 23, starałem się nie obciążać kolana. Oni we dwóch lecieli po zmiankach aż furczało i stale powiększali nade mną przewagę. Z upływem kilometrów kolano bolało coraz mniej, aż w końcu zupełnie odpuściło i mogłem znowu jechać trochę ostrzej. Na szczęście było też z wiatrem, więc nie musiałem się przemęczać. Ok. 70km przed metą zaczęło mocno padać. Wsiadłem na chwilę do auta, bo mieliśy wątpliwości co do trasy i punktów kontrolnych. Stało się to w złym momencie, bo strasznie nie chciało mi się wracać na ten deszcz i znowu pedałować. Na szczęście jakoś wygrzebałem się z samochodu i znowu zacząłem jechać. Tempo raz było grubo ponad 30km/h, raz toczyłem się kilkanście km/h, jednak ciągle kilometrów do mety ubywało. I tempo ciągle miałem na 23. Schody zaczęły się od elektrowni w Żarnowcu. Najpierw, gdy miałem 25km do mety źle pojechałem i musiałem zawrócić, później przy jeziorze znowu źle skręciłem i w ostatecznie nadrobiłem tego dnia prawie 20km. Na końcowych kilometrach gnałem jak opętany, grubo ponad 30km/h. Chciałem zdąrzyć przed północą. Widziałem jednak, że coś jest nie tak, bo byłem na wybrzeżu, zbyt daleko latarni. Widziałem, że nadrabiam, co dobrze nie wpływało na psychę, ale wiedziałem też, że muszę cisnąć. Wiał ogromny wiatr, znowu zaczęło padać, ale wiedziałem, że mam już niewiele do mety. Musiałem uważać, żeby mnie nie zwiało z drogi, a przy tym zachowywać jeszcze w miarę przyzwoitą prędkość. W końcu wjechałem na bruk na Rozewiu. Przez cały maraton nie cieszyłem się tak z bruku jak tym razem. Cisnąłem jeszcze bardziej, prawie 40km/h. W końcu zjechałem już drogę pod górę do latarni, bez słowa minąłem Daniel, który wyjechał po mnie i zacząłem ostatni podjazd. W końcu udało się! o 23:59 byłem na mecie. Zdąrzyłem przed północą. Ostateczny czas: 9 dni, 11 godzin, 48 minut.

Nie za bardzo mieliśmy jakąś opcję noclegu, więc zdecydowaliśmy się kolejną nockę przespać w aucie. Michał nie był głodny, ja za to opyliłem konkretną kolację. Przebrałem się z mokrych rzeczy, Michał odkręcił koło i siodełko, zabezpieczył i przykręcił rower, wyciągnęliśmy śpiworki i kocyki i poszliśmy w kimę. Obudziliśmy się pół h przed „ceremonią”, natrzaskaliśmy fotk z pucharkiem i przystąpiliśmy do pakowania. Zadanie było tym trudniejsze, że Boguś chciał się z nami zabrać, wiec trzeba się było zdrowo nagimnastykować, żeby upchnąć dwa rowery i resztę gratów. Ale to, co na początku wydawało się niemożliwe okazało się możliwe i ok. 12 już jechaliśmy we 3 do Władysławowa po torbę Bogusia. Później na śniadanie i do domu. Nie obyło się bez objazdów itd, ale ostatecznie dotarliśmy do Radomia, gdzie odstawiliśmy Bogusia, który na drugi dzień miał pociąg do Krakowa i pognaliśmy do Lublina. Tam gdy podjechaliśmy do Michała na osiedle spostrzegłem dużą grupkę na ciemno ubranych osób. Pomyślałem, że to funkcjonariusze prawa czekają na kogoś :D Ale po chwili spostrzegłem znajome twarze. Okazało się, że to ekipa z forum przyjechała mnie przywitać. Były szamapany, jeszcze pewien gratis w torbie :) Strzeliliśmy kilka pamiątkowych fotek, pogadaliśmy i rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę. Po wypakowaniu rzeczy Michała wyruszyłem do domu, gdzie byłem tuż po północy. A tam czekali już mnie rodzice, schabowy, prysznic i łóżko. Nie wiem z czego cieszyłem się najbardziej, bo każdej z tych rzeczy bardzo mi brakowało. Zrobiłem co miałem zrobić i usnąłem momentalnie. I tak zakończył się dla mnie najtrudniejszy w moim życiu maraton.

Statystyka:

9 dni, 11 h, 48 min

3245 km

140:04 h na rowerze

23,17 avs

74,55 max

średnio 324,5 km i 14:00 h dziennie

Na maratonie jadłem głównie batony Corny (96 sztuk), Fitnessy (10 sztuk), batony z Biedrodnki (20 sztuk) i Liony (10 sztuk). Piłem Izoplusa (z tego co Michał wyliczył to wychodziło ok. 6l dziennie). Do tego szamałem kanapki z dżemem morelowym (made by mama), marmoladą z biedronki, a także pasztetem i mielonkami itd. Na śniadania i kolacje jadłem także muesli z jogurtem, a na obiady w miarę możliwości makaron z sosem. Zdarzały się także gorące kubki, ale to tylko na rozgrzanie. Niestety nie wiem ile ważyłem przed i po maratonie, nie miałem też pulsometra, więc nie da się przeprowadzić szczegółowych badań zachowania organizmu w tak ekstremalnych warunkach. Z drugiej strony to może i lepiej, że nie miałem pulsometru, bo pewnie bym się mocno stresował jego wskazaniami i nie byłoby jazdy :D

Podziękowania:

– Sylwi – bez niej nie wystartowałbym w tym maratonie, to ona do końca wierzyła, że uda się zorganizować kasę i jak się okazało udało się. Dzięki także za wsparcie i pomoc w szukaniu noclegów. Wiedziałem, że jak się do Ciebie zwrócę to na pewno coś znajdziesz i nie myliłem się. Dziękuję.

– Michałowi – to dzięki niemu dowiedziałem się o tej imprezie, to on już kilka miesięcy wcześniej zadeklarował się, że jeśli wystartuję to on będzie jechał w wozie technicznym. Spisał się znakomicie, obsługa była prawie perfekcyjna, lepsza być na pewno nie mogła. Bez niego nie byłoby tego sukcesu. Ukończenie przeze mnie tego maratonu to także wielki sukces Michała. Wiedziałem to przed maratonem i wiem po maratonie: nikt nie byłby lepszy do tej roboty od Ciebie. Dziękuję.

– Holdenowi – to Holden uratował mi tyłek, gdy w ostatniej chwili okazało się, że Michał może jechać dopiero od poniedziałku. Błyskawicznie się zdecydował i także świetnie sprawdził na trasie. Dziękuję.

– Bartowi – dzięki za robienie wiatru z Włodawy do Dorohuska, byłem niesamowicie padnięty, a u Ciebie na kole mogłem bardzo odpocząć i zdążyłem o przyzwoitej godzinie na nocleg

– Inuli, Sebowi, Yorkiemu – dzięki, że Wy także przyjechaliście do Włodawy. Wsparcie, które wtedy otrzymałem od ekipy z forum dało mi dużo siły, dzięki, że byliście wtedy ze mną :)

– Tomkowi z Dorohuska – dzięki za nocleg. Kolejnej nocy bez porządnego noclegu już bym nie wytrzymał, a tutaj w dodatku wszystko było jak w domu: ciacha, herbatka, kolacja, śniadanko, prysznic, łóżko no i przede wszystkim świetna atmosfera

– pozostałym zawodnikom, zwłaszcza Bogusiowi. Niezłe z nas hardkory, to, że jechaliście sprawiało, że ja też miałem siłę jechać. Fajnie było wiedzieć, że Boguś, którego znałem z maratonu 700/24 i wiedziałem, że jest niezwykle mocny jedzie ciągle gdzieś w pobliżu. Dzięki temu byłem spokojniejszy o wynik. Dzięki także za załatwienie noclegu w Gręzawie i zmianki w przedostatnim dniu

– wszystkim ludzim z forum na www.RowerowyLublin.org, którzy śledzili moje losy, trzymali kciuki i wspierali wpisami, a także duchem. Jestem Wam bardzo wdzięczny. Wiedziałem, że mi kibicujecie i dzięki temu byłem w stanie jechać dalej. Wiedziałem, że nie mogę Was zawieść i to w krytycznych momentach dawało mi kopa i pozwalało przezwyciężać ból. Szczególne podziękowania dla ekipy, która witała mnie w Lublinie. To była naprawdę niezwykła i wzruszająca rzecz, zrobiliście mi ogromnie miłą niespodziankę. Dla takich chwil warto żyć, dzięki takim chwilom jestem przeszczęśliwy i dumny z tego, że jestem współzałożycielem Stowarzyszenia i portalu. Tak, dla takich chwil było warto się pomęczyć i poświęcić czas. Takie wieczory jak ten powitalny wynagradzają wszystko. Dziękuję, Grzesiek :)

Facebook