Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
10-biegowe Campagnolo 2007
15 czerwca 2006
I Leszczynski Maraton Rowerowy
20 czerwca 2006

Andrzej Charusta

Mój udział w tym maratonie nie miał aż tak dramatycznego przebiegu tym nie mniej mało, kto dał wiarę w historię, jaką opowiedziałem przy żurku na tarasie „Słowianki”.

Jak już to Krzyś opisał startowaliśmy w tej samej grupie, w której niestety zabrakło niezwykle silnego zawodnika, jakim jest, Gregory, który pojechał na pogrzeb Aleksandra Czapnika, naszego kolegi maratończyka potrąconego przez samochód i pozostawionego na zatracenie w rowie. Minutą ciszy i czarnymi opaskami na ramionach uczciliśmy tą tragedię.

Kilkanaście godzin później podczas zakończenia dowiadujemy się, że podobny wypadek spotkał Gosię, na szczęście bez tragicznych konsekwencji.
Czekając na sygnał do startu myślałem sobie „jak to dobrze, że jadę 400km razem z Krzysiem zna trasę i świetnie jeździ”.

Tymczasem na wyjeździe z parkingu słyszę zgrzyt jego przerzutki i kątem oka widzę, że zostaje z tyłu. Po kilku kilometrach dobija do grupy i jedzie kręcąc młynka, bo nie może zmienić biegu. Wydaje mi się, że pękła linka przerzutki. Krzyś zostaje. Jazda w mojej grupie jest spokojna regularnie wychodzimy na zmiany, aż dopadają nas „pociągi” złożony głównie z zawodników III grupy potem drugi z IV. Najsilniejsi próbują się podłączyć, co w efekcie powoduje spadek tempa jazdy w naszego peletonika. Mimo wszystko nie jest źle, tylko tętno mam troszkę za wysokie jak na dystans 400km. Popijam, pojadam, ale na kilka kilometrów przed Barlinkiem czuję nadchodzące skurcze. Spadam na ostatnie miejsce w peletonie, nie wychodzę na prowadzenie, mam nadzieją, że problem sam się rozkręci jak doradza mi jeden z kolegów.

W pewnym momencie czuję charakterystyczne pływanie tylnego koła i problem skurczy sam się rozwiązał.
Staję pod jodełką i zmieniam gumę.
Parę razy oganiam się od jakiegoś natrętnego owada jednak mimo wszystko pompuję wstępnie koło i korzystając z okazji zagłębiam się w las na kilka kroków by przynieść ulgę pęcherzowi. Patrzę pod nogi i widzę całą chmarę wielkich czerwonych mrówek łażących po moich gołych łydkach. Rozumiem teraz to pieczenie, które pojawiało się podczas wymiany dętki. Wyskakuję z lasu na asfalt i strząsam z siebie mrowisko. Oceniam, że ciśnienie jest wystarczające na te ostatnie kilometry przed metą i wskakuję na rower. Widzę nadjeżdżającego marudera. Dogoniłem go szybko i razem wjeżdżamy do Barlinka.

Ostatnie, bo postanowiłem zakończyć maraton na 200km. Wyraźnie psuje się pogoda, a forma, czuję to wyraźnie jest kiepska.. Ja zostaję, by ponownie tym razem łatać dętkę. Kończę pracę, gdy mija mnie Krzyś. Jadę za nimi i mimo najlepszych chęci nie jestem w stanie dołączyć do grupy. Przyjeżdżam kilka minut po nich. Na mecie jest już Asia i wyraźnie wnerwiony Krzyś. Asią dziwi się, czemu tak długo jechałem, a Krzyś demonstruje uszkodzoną przerzutką. Gdy przy żurku opowiadam swoją historię czuję znajome pieczenie i wyciągam z buta wielka czerwoną mrówkę, która Wędrując po stole ostatecznie uwiarygodnia moją przygodę. W deszczu jadę do hotelu i sam nie wiem, czy mam sobie gratulować czy żałować straconej okazji pokonania 400km?

Powoli ściąga cała ekipa i po kolacji, przy piwie gadamy prawie do północy. Jutro jeszcze będzie kolejna atrakcja, którą zafundowali nam gospodarze, czyli basen a potem dekoracja zwycięzców.
Z naszej ekipy na pudło załapały się same panie.
Może na Klasyku będzie lepiej?

Tekst ze strony Andrzeja 

Facebook