Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2017

Oborniki Wlkp.
22.04

Gryfland Nowogard
29-30.04

Stargard
13.05

Radków
20.05

Choszczno
27.05

Łask
04.06

Świnoujście
10.06

Wolsztyn
24.06

Nietążkowo
8.07

Zieleniec
22.07

Karpacz
02.09

Rewal
16-17.09

Na kolarzówce, w klapkach przez góry – Liczyrzepa 2012

W tygodniu przed startem w Liczyrzepie nie jechałam na kolarzówce ani razu. Za to zabrałam ją do kolegi na regulację biegów. Przy okazji kolega zapytał, czy skakałam na tym rowerze po krawężnikach i wyprostował mi koła. Jakby tego było mało dopuściłam się szaleństwa, które polegało na… wymianie siodła. W Choszcznie co prawda ścięgna nie bolały, ale nie zmieniło to faktu, że siodło, z którym walczę od początku roku niezmiennie było dla mnie paskudnie niewygodne. Wiedziałam, że nie ujadę na nim długiej górskiej trasy.

W piątkowy wieczór dojechaliśmy do schroniska młodzieżowego w Staniszowie. Obiekt będący niegdyś szkołą przeszedł gruntowny remont i obecnie funkcjonuje jako schronisko. To co zastaliśmy zdecydowanie odbiega jednak od powszechnego wyobrażenia o schronisku. Na zewnątrz jest ładnie, a w środku wręcz luksusowo. Tym większe było więc nasze zdziwienie kiedy się okazało, że jesteśmy jedynymi gośćmi. Rozlokowaliśmy się w przestronnym 7-osobowym pokoju i poszliśmy spać.

Gdybym miała ten maraton podsumować jednym słowem, to powiedziałabym: gładko. To jednak trochę mało jak na moje zamiłowanie do dręczenia klawiatury, dlatego napiszę więcej.

Kiedy wstaliśmy rano, było jeszcze ciemno. Prognozy wieściły deszcz, więc aby nie psuć sobie humoru nie sprawdzałam, czy faktycznie pada. Zeszliśmy na dół do kuchni zrobić sobie śniadanie i zjedliśmy je w gustownie urządzonej, przestronnej jadalni. No a potem… potem trzeba było wyjść na deszcz, zapakować rowery do auta i pojechać na start. Losowanie tym razem ułożyło się nam niepomyślnie. Krzysztof startował o 7.00, ja dopiero 25 minut po nim. Było szaro i ponuro, na szczęście kiedy pierwsza grupa startowała przestało padać. Krzysiek poleciał, ja schowałam się pod jednym z namiotów. Wkrótce pojawił się Leszek Marchel i czas do mojego startu spędziliśmy gadając. Gadaliśmy tak zawzięcie, że prawie się spóźniłam na własny start. Szybkie powitanie ze znajomymi w grupie. Jest tu Marek Janiszewski, Roman Krupa, Kasia Dugiel i Tomek Ignasiak, który patrząc na moje buty życzy mi bezpiecznych zjazdów. Jedziemy. Początek był płaski, potem zaczął się podjazd. Nie był on jednak jakiś straszny. Jechało się sympatycznie. Ducha Gór, Liczyrzepę, poczułam dopiero na podjeździe do Zachełmia. Była to stromizna o nachyleniu dochodzącym do 12%. Co straszne, podjazd ten musieli zrobić nie tylko zawodnicy jadący Mega i Giga, ale też Mini. Na pierwszej pętli na tym podjeździe nie byłam sama. Przede mną jakiś chłopak pchał rower, obok jechały ze dwie osoby. Popatrzyłam na licznik. To nie był jeszcze nawet 10 kilometr trasy! Pomyślałam sobie, że jeśli tak będzie dalej, to zapowiada się prawdziwa rzeźnia. Tak, tu oddech mi się zdecydowanie pogłębił. Był też nierówny, zastosowałam więc swoją starą metodę wyrównującą oddech – śpiewanie.

Na szczęście dalej było lepiej, to znaczy nie przyjechała żadna wielka równiarka i nie zamieniła gór w płaski stół, ale już nie było tak bardzo stromo. Przez jakiś czas tasowałam się z Markiem Janiszewskim, który startował ze mną w grupie. Ładny kawałek jechałam z Pawłem Wojciechowskim (nr 405). Nie współpracowaliśmy co prawda, bo w górach trudno się wieźć, ale miło jest nie jechać samemu. No i co ważne, zupełnie mu nie przeszkadzało moje śpiewanie. Jadąc tak dogoniliśmy Tomka Marchela. Tomek jechał bardzo ładnie, jego nogi na podjazdach pracowały szybko i równo niczym igła w maszynie do szycia. Aż miło było popatrzeć.

Po 30 km trasy, jeszcze przed czasówką na Okraj, dogoniłam Irenkę. Potem ona złapała mnie na zjeździe i aż do bufetu z punktem pomiaru czasu na Okraj jechałyśmy razem. Byłam zaskoczona gdy zobaczyłam, że na bufecie czeka Krzysztof. Umawialiśmy się w końcu, że spotkamy się na przełęczy. Bez zatrzymania przejechałam przez bramkę, Krzysztof, Irena i jeszcze jeden chłopak zaczęliśmy atak na Okraj razem. Jednak szybko się porwaliśmy. Krzysztof z przodu, a Irenka i kolega za mną. Tak to rozpoczęłam samotną jazdę na czas. Pogoda była paskudna. Ze słuchawek miły głos śpiewał: “I can see clearly now the rain is gone ….. it`s gonna be a bright, bright sun shiny day”. Dobre! – Padało coraz mocniej i absolutnie nic nie zapowiadało pięknego, słonecznego dnia. Początek podjazdu był właściwie płaski, albo tak mi się tylko wydawało. Dłuuga, szeroka prosta i dopiero za zakrętem droga zaczęła się piąć pod górę. Okraj nie jest straszny, nachylenie nie zabija, można to wjechać gładko. Po drodze dogoniłam Janka Wesołowskiego ze Świnoujścia, który jechał z jakimś kolegą. Później, po zjeździe z Okraju, tasowaliśmy się kilkakrotnie – Janek doganiał na zjazdach, ja odskakiwałam na podjazdach. Tymczasem im wyżej byłam, tym pogoda była paskudniejsza. Deszcz, mgła, przenikliwy chłód, mokra nawierzchnia. Szczęście że pod górę, a nie w dół. Ze współczuciem patrzyłam na zjeżdżających, wiedząc jednocześnie, że mnie wkrótce czeka to samo. Po minach tych co lecieli w dół było widać, że zjazd nie jest przyjemny. Po 00:55:06.18 od minięcia punktu pomiaru czasu na dole, znalazłam się na górze. Tam, w deszczu i mgle czekał Krzysztof. Zabraliśmy się za zjazd. Tak jak przypuszczałam było niefajnie. Cała byłam przemoczona, zresztą nadal padało. Szybko zrobiło mi się zimno, dość powiedzieć, że kiedy kończyłam zjazd byłam bliska hipotermii. Gdybym wtedy złapała kapcia i musiała się zatrzymać, to maraton by był dla mnie skończony. Modliłam się o podjazd. Jakikolwiek, nawet z nachyleniem 15%, byle tylko się rozgrzać. Tasowaliśmy się z Jankiem Wesołowskim. Gdyby nie było mi tak strasznie zimno, to pewnie bym nie odskoczyła, ale dygotałam okrutnie. Dlatego gdy pojawił się pierwszy podjazd ochoczo dokręciłam. Zresztą cały czas jechało mi się wyśmienicie. W ogóle nie czułam w nogach tych wszystkich podjazdów, a tam gdzie nachylenie przekraczało 10% ból trwał tylko tyle ile zajmowało mi pokonanie stromizny i ani chwili dłużej.

Bardzo nieprzyjemny był dojazd do Jeleniej Góry. Na odcinku około 2 km lecieliśmy jakąś główniejszą drogą. Kierowcy samochodów nie zwracali na nas uwagi. Kobieta kierująca jednym z aut w ostatniej chwili musiała się zorientować, że zabrała się za wyprzedzanie nas zbyt późno i hamowała tuż za mną z przeraźliwym piskiem opon. To były ułamki sekund, byłam przekonana, że we mnie wjedzie. Długo potem dochodziłam do siebie. Z głównej drogi skręt w lewo. Teraz już było spokojniej, do Podgórzyna, gdzie kończyliśmy pierwszą pętlę było niedaleko. Jeszcze tylko mijamy nasze schronisko w Staniszowie, potem Sosnówkę i oto jesteśmy na mecie. Nieświadomi, że nie musimy przejeżdżać przez linię mety nadrabiamy nieco, i dopiero potem jedziemy na bufet. Widzę, że przy parkingu stoi Irena; wygląda na to, że skończyła już jazdę. Dopiero później dowiedziałam się, że miała 2 kapcie i jedną dętkę na zmianę, i że defekt przytrafił się jej w chyba najgorszym momencie, bo akurat wtedy gdy było najzimniej i padało. Niestety była zmuszona zrezygnować.

Krzysztof też ma kapcia. Złapał tuż przed końcem pętli. Reperuje, a ja jem. Korzystam z czasu, który mam i zjadam ze cztery kawałki pysznego placka. Popijam to wodą i dociskam bananem. Dziewczyna z bufetu śmieje się, gdy jej mówię, że jeśli mnie nie powstrzyma, to zjem wszystko bo jestem pasibrzuchem. Mówi, że ciasto cieszy się dużym zainteresowaniem, że ludzie podchodzą, zatrzymują się samochodami i chcą kupować. Śmiejemy się obie, jest bardzo sympatycznie. Kiedy czuję, że więcej jedzenia w siebie już nie wcisnę, dojeżdżają Janek Wesołowski i jego kolega. Przybiega też Krzysztof, który ze swoim kołem siedział w namiocie technicznym. Dziwi się, że jeszcze stoję i każe mi jechać. Pan każe, sługa musi. Jadę zatem. No i od nowa: najpierw płasko, potem pod górę. Początkowo łagodnie, potem ten stromy potworek do Zachełmia. Tym razem jestem tam zupełnie sama, nie mam więc oporów i śpiewam całkiem głośno. Potem dalej w górę do Przesieki. Z placu budowy wytacza się dostawczak. Kierowca z wyraźną złością usiłuje zepchnąć mnie z drogi i wymusić pierwszeństwo włączając się do ruchu. Nie udaje mu się to jednak. Facet okazuje się prawdziwym furiatem. Siedzi mi na ogonie i specjalnie wyje silnikiem. Samochód aż się cały trzęsie od nadmiaru mocy w nodze kierowcy duszącego na pedał gazu. Trzęsę się i ja. Ze strachu, żeby ten wariat celowo, z pełną premedytacją mnie nie rozjechał.

Właściwie aż do Karpacza jest pod górę. Zanim tam dotarłam dogonił mnie Krzysztof. Karpacz rano był sympatyczny. Teraz jest gorzej. Pełno samochodów, ludzi wychodzących na ulicę, biegających psów. Czyste szaleństwo. Przez to wszystko zjazd wymaga rozwagi i ostrożności. Tymczasem Krzysztof niczym się nie przejmuje i mknie. Czeka na mnie na dole. Już z daleka widzę, że jest na mnie zły o to, że zjeżdżałam powoli. Po nim złość widać od razu, nawet gdyby dla niepoznaki założył wiadro na głowę, i tak bym poznała. Gdy złość mu minęła zaczął się zastanawiać, czy czasami nie namierzył go fotoradar, bo przekroczył dozwoloną prędkość, a na rowerze miał przecież numer startowy.

Tam gdzie Mega i Giga skręcają w prawo, my teraz jedziemy prosto. Krzysztof doskonale spełnia swoją rolę kija do bicia leniwej dziewuchy, która pałęta się na kolarzówce w klapkach po górach. Zauważa, że zwolniłam i pyta co ze mną. W zasadzie to nic. Zwolniłam bez powodu. Czuję się świetnie, prawie tak jakbym przed chwilą wsiadła na rower. Jedzie mi się tak gładko i lekko jakby to wcale nie były góry. Dokręcam więc i jedziemy. Znowu jesteśmy na ruchliwej dojazdówce do Jeleniej Góry. Pamiętamy pisk opon. Dlatego teraz twardo jedziemy środkiem pasa. Kierowcy na nas trąbią. Ale my udajemy, że ich nie słyszymy. To krótki, ale straszny odcinek. Widzimy jak niektórzy maratończycy biegną przez trawę i rów na ścieżkę rowerową. Potem znowu przejeżdżamy koło naszego schroniska, jest trochę pod górkę. Spotykamy Szerszenia z Trzebnicy. Żartobliwie krzyczę do niego „hej Szerszeniu, pokaż żądło” i za chwilę śmiejemy się obydwoje. Wyprzedzamy kolegę i mkniemy w stronę mety. Na zjeździe leciutko dokręcam. No i oto jesteśmy na mecie, a tam jedzonko i pogaduchy z Irenką, Krzysiem Łańcuckim, Tomkiem Ignasiakiem, Zdzisławem Repsem. Poznajemy też niechlubną statystykę wyścigu: aż cztery złamane obojczyki. Uff, moje wolne staczanie się z mokrych gór miało jednak sens.

Tego samego dnia wieczorem uczestniczymy w uroczystym zakończeniu maratonu. Odbieram statuetkę Liczyrzepy za I miejsce w K3 na Giga (jedna byłam, więc cóż to za wyczyn ;-) ) oraz za drugie wśród kobiet za czasówkę na Okraj. Potem Staszek, nasz miły organizator zaprosił mnie do wyciągania szczęśliwych losów.
Po zakończeniu imprezy pogawędka z Anią i Robertem oraz ze Staszkiem. Jesteśmy jednymi z ostatnich maratończyków, którzy opuszczają Podgórzyn.

Dzięki Staszku za fantastyczny maraton, za nie aż tak dziurawą trasę i dobre oznaczenie tych dziur, które były. Dzięki też za świetną atmosferę i ogrom pracy, którą przy szczupłości środków finansowych musiałeś włożyć, byśmy wszyscy mogli się spotkać i pojeździć rowerami po górach.

Marzena

No i zapomniałam dodać o mojej wielkiej radości: achillesy nie bolały!! :-) :-) , a nowe siodło okazało się cudownie wygodne.

Zdjęcie z galerii Krzysia i Marzenki (klik).