Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2015

Trzebnica
25.04

Gryfice
09.05

Radków
23.05

Świnoujście
30.05

Łask
07.06

Choszczno
20.06

Gorzów
27.06

Świdwin
04.07

Zieleniec
25.07

Nietążkowo
22.08

Karpacz
05.09

Rewal
12.09

Finał
19.09

Niestraszne 1008km, gdy droga jest celem

Skąd wziął się pomysł na przejechanie z jednego na drugi koniec Polski rowerem i to z limitem 72 godzin?
W roku 2004, podczas Maratonu Dookoła Zalewu Szczecińskiego, organizowanego przez Wiesława Rusaka, poznałem wspaniałego człowieka – Wacława Żurakowskiego, z którym przemierzaliśmy kolejne pętle, wyznaczające dystans 765km. Kiedy już zamykaliśmy trzecie, ostatnie okrążenie, przyznaliśmy zgodnie: „szkoda że nie ma czwartej rundy”, bo dałoby to ponad 1000km. Rozważaliśmy nawet pomysł, aby pojechać dalej – na czwartą, oczywiście nieoficjalną pętlę. Uznaliśmy jednak, że byłoby to nieco nudne. Podsunąłem zatem projekt przejazdu przez Polskę po jej przekątnej w 2-3 osobowej grupie, z własnym wozem technicznym, co u Wacława wywołało autentyczny entuzjazm.

Po Maratonie w Świnoujściu temat ten niemal przez 2 miesiące pozostawał w uśpieniu. W listopadzie, w trakcie spotkania z Panią Małgorzatą Barnicką, której przedsiębiorstwo – firma Imagis – było wówczas sponsorem naszego teamu kolarskiego opowiadałem o Maratonie w Świnoujściu i rzuciłem mimochodem pomysł 1000-kilometrowego przejazdu kolarzy przez Polskę. Idea została podchwycona, ale z drobną korektą – a może by zrobić wyścig? Nikt wcześniej czegoś takiego nie organizował, nie mieliśmy więc żadnych wzorców, z których moglibyśmy wziąć przykład. Nie bardzo wiedzieliśmy jak powinna wyglądać organizacja, logistyka i samo przygotowanie do takiego przedsięwzięcia?

W oparciu o własne doświadczenia z Maratonu w Świnoujściu i samotnych, wielogodzinnych, długodystansowych wypraw rowerowych starałem się uwzględnić w przygotowaniu do pierwszego przejazdu kolarzy przez Polskę takie elementy jak: główne kierunki wiatru w sierpniu, przewyższenie terenu na trasie, logistykę transportu czy sposób przemieszczania się wozów technicznych (tutaj nieoceniona okazała się pomoc Wieśka Rusaka). Na tej podstawie określiłem nawet czas przejazdu i co ważniejsze – przyjąłem, że to całkiem realny pomysł. Choć – prawdę mówiąc – aż do ukończenia wyścigu w Ustrzykach przez wszystkich jego 15. uczestników uważano nas za szaleńców. W czasie drogi powrotnej, którą odbyłem – jakżeby inaczej? – z Wacławem Żurakowskim, wymyśliliśmy różnicowanie strojów, jakie uczestnicy otrzymywali za kolejne przejechane edycje. Przecież nie zawsze pogoda umożliwi pobicie własnego rekordu, tym bardziej dobrze jest mieć aż do mety jakąś konkretną motywację – jak chociażby szczególną, wyróżniającą koszulkę i spodenki, będącą dla innych sygnałem, że w danym roku przejechałem maraton rozgrywany na dystansie ponad 1000km.

Co dla uczestników tegorocznego maratonu Bałtyk – Bieszczady Tour oznacza hasło „Droga jest celem”?
W 5. edycji stanęliśmy przed koniecznością zaproponowania bardziej uniwersalnej nazwy imprezy, niezależnej od sponsorów, ale też nawiązującej do trasy przejazdu. Po wielu konsultacjach z obecnymi współorganizatorami – Czarkiem Dobrochowskim ze Świnoujścia i Krzyśkiem Plamowskim z Ustrzyk Górnych uznaliśmy, że „Bałtyk-Bieszczady Tour” to najlepsza nazwa. A nasze motto: „..droga jest celem” to połączenie filozofii życia i podejścia do zdobywania wielkich szczytów w himalaizmie. Bardziej wnikliwą analizę pozostawię humanistom…

Trzeba wykazać się jakimiś szczególnymi cechami psychicznymi, które predestynują kolarza do pokonania 1008km non stop?
Wszystkim „młodym” kandydatom polecam wcześniejszą próbę – przejechanie dowolnego dystansu przez 24 godziny, bez żadnych przerw. Doba na siodełku, nieprzespana noc, zimno, wiatr w twarz, czasami i deszcz zapewne wpłyną o 6:00 rano na decyzję dotyczącą startu na dystansie 1000km. Cokolwiek wówczas postanowisz – będzie to właściwy wybór. Predyspozycje psychiczne to przede wszystkim umiejętność motywowania się do osiągnięcia bardzo odległego celu, przy najczęściej mało sprzyjających warunkach – deszcz na starcie, zimno, liczne odparzenia i obtarcia, guma złapana w rzęsistym deszczu. W tej sytuacji najważniejsze to umieć podzielić sobie duży cel na małe kawałeczki. Dlatego właśnie punkty na trasie ustawione są właśnie w taki sposób, by dzielić ją na etapy.

Z Pana praktyki – jak długo i w jaki sposób trzeba przygotowywać się do pokonania takiego dystansu?
Najważniejsza jest wcześniejsza, wieloletnia aktywność w różnych dyscyplinach sportowych. Najczęstszym błędem popełnianym przez zawodników przygotowujących się do przejechania swojego „pierwszego tysiąca” to obliczanie średniej, jaką mieli w poprzednich edycjach najlepsi zawodnicy i na tej podstawie określanie swoich planów. Rowerowe przygotowanie do pokonania dystansu 1000km to okres minimum 2-3 lat. Najczęściej są to długie wyprawy rowerowe, maratony szosowe, indywidualne długie przejazdy itp. Pozwoli to na ukończenie imprezy „w limicie czasu”. Chęć uzyskania czasu poniżej 50. godzin wymaga przygotowywania się przez ok. 8-10 miesięcy, przy założeniu, że trenować się będzie 5-6 razy w tygodniu po 1,5 do 5 godzin (najskuteczniejszy jest trening mieszany – główny nacisk kładziemy na rower, ale w okresie zimowym wspomagamy go pływaniem, bieganiem, nartami). Przy planach zakładających pokonanie 1000km w czasie poniżej 40 godzin wymagane jest już bardzo profesjonalne podejście do przygotowań. Dystans pokonany rowerem podczas przygotowań niekiedy przekracza 20.000km.

Jakie są zasady rozgrywania współzawodnictwa w ultramaratonie Bałtyk – Bieszczady Tour?
Regulamin tworzą głównie klubowicze „1000-ca”. Nie zmienia się on zasadniczo od wielu lat. Chodzi o przejechanie 1008 km bez wparcia osób trzecich, w zależności od deklaracji – jedynie przy współudziale innych zawodników lub solo. Uczestnicy korzystają ze zorganizowanych punktów PK i DPK, oczywiście w sposób nie budzący żadnych wątpliwości u innych członków „Klubu 1000”. Utworzyliśmy wspomniane kategorie Solo i Open, ale wyłącznie dla urozmaicenia współzawodnictwa. Nagrodą jest profesjonalny strój kolarski przyznawany za każdą z ukończonych edycji. W zależności od ilości przejechanych maratonów – w innym kolorze, po czym poznać można najwytrwalszych, ale zawsze zindywidualizowany dzięki nadrukowanym imieniu i nazwisku zawodnika oraz czasie ukończenia. Stroje przygotowuje nam leszczyńska firma Sportgang.

Co ze swojej strony organizator gwarantuje uczestnikom, a o co zadbać powinni sami?
Naszym głównym celem jest stworzenie zawodnikowi możliwości podjęcia próby przejechania 1000km non stop. Organizator robi więc wszystko, aby taka próba się powiodła – zapewnia wodę, jedzenie, ciepły posiłek, możliwość odpoczynku itp. I wszystko inne, co może – w ramach ustalonych reguł współzawodnictwa – pomóc zawodnikowi. Na koniec każdej edycji zawodnik otrzymuje strój, pamiątkowy plater lub medal. Natomiast rzeczy które powinien sam posiadać lub o które zadbać wymienione są w regulaminie.

Idea takiej rowerowej wyprawy bardzo mnie pociąga, ale przyznam, że myśl o jeździe z TIR-ami, szczególnie nocą zniechęca mnie do udziału. Nie można poprowadzić trasy bocznymi drogami?
Trasa mogła mieć 2 warianty – szybszy i wolniejszy. W szybszym możemy zapewnić bardzo dobre, asfaltowe pobocza, sieć całodobowych stacji paliw, dostępność zjazdów, zasięg sieci komórkowych i prostą trasę. Wariant ten niestety ma wadę: większy ruch samochodów, który niektórzy zawodnicy lubią, bo pomaga w jeździe, ale innym z kolei przeszkadza. Warto dodać, że poczucie bezpieczeństwa jest raczej sprawą subiektywną każdego uczestnika. Wariant wolniejszy poprowadzić można było bocznymi drogami, najczęściej pozbawionymi poboczy, ze słabą siecią paliw, nieprzewidywalnym ruchem lokalnym i kłopotami z zasięgiem sieci telefonii komórkowej. Po konsultacjach w Radą Starszych, czyli najbardziej doświadczonymi zawodnikami ustaliliśmy, że nie będziemy zmieniać trasy. Ma to również tę zaletę, że zapewnia element powtarzalności trasy, co daje możliwość porównania wyników z kolejnych edycji, ustanawiania rekordów itd. Tylko raz – w roku 2006 – zdecydowaliśmy się na start w dzień powszedni. To, czego wówczas doświadczyli uczestnicy umocniło nas w przekonaniu, że najlepiej, by wyjazd na trasę maratonu odbywał się w sobotę o 8:00 rano. W ten sposób najtrudniejsze odcinki zawodnicy pokonują w sobotę i niedzielę.

Ten ultramaraton dotąd nosił nazwę Imagis i z nią kojarzony jest wśród kolarzy. W ubiegłym roku się nie odbył. Sponsor tytularny wycofał się z wspierania przedsięwzięcia?
Niestety kryzys dotknął wiele firm. Do ostatniej chwili byliśmy przekonani, że dysponujemy wsparciem finansowym, ale w maju 2009 roku Imagis podjął decyzję o wycofaniu ze sponsorowania sportu (sponsorował również zespół rajdowy Wisławski-Lubiak i imprezy żeglarskie). Na opracowanie nowej formuły i pozyskanie funduszy z innych źródeł zwyczajnie zabrakło nam czasu. Trudną decyzję o przesunięciu 5. edycji podjęliśmy w gronie Rady Starszych, podczas spotkania, jakie z tej okazji odbyło się w Świnoujściu. Z perspektywy czasu uważam, że „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” – w ten sposób szybciej przeszliśmy na formułę stacjonarnych punktów kontrolnych, poza tym większe jest zaangażowanie organizacyjne i finansowe miast, przez które prowadzi trasa maratonu, jak i stowarzyszeń kolarskich. To otwiera przed nami możliwości rozwoju, szczególnie ilościowego.

W planach miał Pan powołanie do życia Stowarzyszenia „Klub 1000”, które miało uniezależnić imprezę od sponsorów zewnętrznych. Udało się zrealizować te plany?
Sprawa sformalizowania „Klubu 1000” pozostaje otwarta. Na chwilę obecną członkowie tego nieformalnego zrzeszenia mogą korzystać ze znacznych upustów na odzież kolarską w sklepie 1008.pl, przewidziano dla nich również wiele gadżetów. Po zakończeniu 5. edycji ultramaratonu chciałbym jednak zaoferować klubowiczom formalne powołanie Stowarzyszenia „Klub 1000”.

W tym roku po raz 5. kolarze zmierzą się z tym dystansem. Czy zamierza Pan jakoś szczególnie podkreślić, że to jubileuszowy przejazd?
Mam dwa ciekawe pomysły, ale nie zdradzę, żeby nie zapeszyć.

Jak dotąd nikt nie pobił rekordowego czasu Zdzisława Kalinowskiego (36h 21”). Uważa Pan, że to mimo wszystko możliwe – poradzić sobie z wynikiem Mistrza?
Jest wielu doskonałych zawodników z rekordami 37-38 godzin, którzy poważnie przygotowują się do pobicia tego rekordu. To, czy zostanie on „złamany” będzie zależało od pogody, temperatury i współpracy 2-3 doświadczonych uczestników kategorii Open na ostatnich 300km. W kategorii Solo zagrozić rekordowi może tylko Robert Kądziołka. Warto podkreślić, że jest niewielu zawodników w Polsce potrafiących przez kilkadziesiąt godzin samotnej jazdy utrzymać stałą prędkość jazdy 35-40km/godz. w dzień i w nocy. Dla ścisłości dodam, że wynik 36h 21” obejmował dojazd do Wołosatego, natomiast PK w Ustrzykach Górnych na 1008 km zarejestrował 35h 58”. W związku z tym, że od tej edycji będziemy kończyć trasę zawsze w Ustrzykach przyjmujemy wynik 35h 58”.

Co Pana motywuje do regularnego udziału w Bałtyk – Bieszczady Tour?
Startując jako uczestnik miałem możliwość przez kilkadziesiąt godzin przebywać w zupełnie innym wymiarze. To wspaniałe uczucie, które znają wyłącznie klubowicze „1000-ca” – ogromna satysfakcja z ukończenia kolejnego 1000km miesza się ze smutną refleksją, że to już koniec jazdy. Niestety, zawsze stawałem na starcie z deficytem snu w ostatnim tygodniu, więc wynik był słaby. Z uwagi na rozwój imprezy w 5. edycji prawdopodobnie nie uda mi się wystartować. Organizacja, logistyka i bezpieczeństwo zawodników jest sprawą ważniejszą.

Pamięta Pan jakieś wyjątkowe sytuacje z trasy?
Pamiętam pierwszą edycję, podczas której oprócz wody i jedzenia miałem w kieszeni dwie pieczątki oraz pieniądze, którymi regulowałem należność na DPK. Po opuszczeniu punktów kontrolnych przez ostatniego zawodnika płaciłem i dopiero mogłem jechać dalej. O 10:00 rano, podczas kolejnej doby jazdy, miła pani z hotelu w Ustrzykach zadzwoniła, by oznajmić, że nie będzie trzymać rezerwacji dla uczestników naszego maratonu, ponieważ ma wycieczkę. Z 2. edycji zapamiętam potworną burzę, błyski, strugi deszczu towarzyszące mi przez 200km i przenikliwe zimno. Gdy o świcie, we Włocławku, ponownie zaczęło siąpić, miałem przebłysk rozsądku i brałem pod uwagę możliwość wycofania się. Wtedy jednak Krzysiek Gązwa zadzwonił na kolejny PK, na którym już nie padało, więc w deszczu popędziliśmy ku lepszej pogodzie. W 3. edycji wystrzał armatni spowodował chyba oberwanie chmury, więc na lotny start za miastem dojechaliśmy już kompletnie przemoczeni, a później przez kolejnych 100km lało jak z cebra. Pamiętam jeszcze zdumione miny mijanych po drodze ludzi, którzy pytali nas „dokąd jedziemy?”, a my na to: „w Bieszczady!”.

Zachęciłby Pan kolarzy biorących udział w maratonach cyklu Pucharu Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych do zmierzenia się z takim królewskim dystansem, czy raczej przestrzegał by mierzyli siły na zamiary?
Zapraszam wszystkich, którzy uwielbiają nowe wyzwania i mierzyć się chcą z coraz dłuższymi dystansami. Jednak proszę o mądre kalkulowanie sił, chęci, a przede wszystkim wcześniejszą konsultację lekarską. Doradzam podejmowanie prób na dystansach, które przejeżdża się w 24 godziny lub też w maratonie na 700km. Stanowczo jednak odradzam dystans ultramarton Bałtyk – Bieszczady osobom poniżej 21 roku życia. Wszystko należy robić z umiarem i we właściwej kolejności. Nie przeskoczy się kolejnych etapów siłą woli. Można wyścig kończyć wielokrotnie nawet po przekroczeniu 60-go roku życia, ale do tego potrzeba rozsądku, spokoju i cierpliwości, których nabywa się z wiekiem. Wtedy też łatwiej zrozumieć, że „…droga jest celem”.

Więcej informacji o Bałtyk – Bieszczady Tour na stronie organizatora pod adresem www.1008.pl.