Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Rowerem po Afryce śladami Kazimierza Nowaka
9 stycznia 2010
Co męścinom-cyklistom po głowie chodzi
18 stycznia 2010

09-07-2009

Zacznę chyba od tego, że kiedy opisywałem moje wrażenia z LaMarmotte 2005 (jedynego który ukończyłem, bo w roku 2006 naderwane przyczepy mięśni pozwoliły przejechać mi jedynie 18km), miałem dużo informacji od osób które przeczytały moje wypociny, iż moje opowiadanie robi duże wrażenie i marzą o tym by kiedyś zmierzyć się z potęgą alpejskich szos.

Zainteresowanie maratonem wśród polskich miłośników szosy jest coraz większe, a unia europejska i nowe czasy sprawiają że wyjazd na taką imprezę staje się coraz mniejszym wyzwaniem organizacyjnym. Myślę że chęć zachęcenia nowych śmiałków do zaliczenia na swoje konto trasy maratonu zwanego Świstakiem, jest najlepszym z powodów dla którego chcę podzielić się z Wami moimi wrażeniami z La Marmotte 2009.

Początek i pomysł aby pojechać w tym roku do Francji. Decyzja spontaniczna i dopiero później przeze mnie przemyślana. Podczas jednej z zimowych rozmów telefonicznych z Pawłem Stasiakiem, padł temat roweru górskiego i tego o czym kiedyś rozmawiałem że start w maratonach mtb byłby dobrym elementem do przygotowań do szosowych maratonów górskich. Paweł opowiadał mi o zakupie nowego roweru mtb i że ma on pomóc mu w przygotowaniach do wyjazdu na LaMarmotte w 2009 roku. Po kilku minutach ciągnięcia tematu maratonu kończącego się słynnym podjazdem do Alpe d’Huez, rzuciłem bez zastanowienia – „dobra, to ja też pojadę”. Z drugiej strony usłyszałem – „trzymam cię za słowo” i tak się zaczęło. Czas był dobry bo na start w La Marmotte trzeba się zdecydować przynajmniej pół roku przed samym maratonem, ale przyznam się że od tej deklaracji dopiero zacząłem się zastanawiać nad wyjazdem do Francji. Nie wiedziałem jak potoczą się moje losy, co w pracy, czy będzie czas na treningi i na sam wyjazd.

W styczniu nastawiłem się psychicznie że będę przygotowywał się tak jakbym w lipcu miał stanąć na starcie u podnóża góry na której leży Alpe d’Huez. Tutaj ważna informacja – od prawie dwóch lat pracuje w hiszpańskiej Andaluzji i warunki pogodowe miałem ciut lepsze niż koledzy w Polsce. Jednak z doświadczenia wiem że najważniejsze są chęci i samozaparcie w dążeniu do celu, bo jeżeli ich nie ma to nic nie pomoże, a jeżeli są to nic nie przeszkodzi. Jeżeli jesteś zdeterminowany to zawsze znajdziesz czas, odpowiednią pogodę i miejsce do treningów. Chcieć to móc!!! Moim problemem był brak grupy, która napędzała by moją motywację. Przez pół roku jeździłem sam dla siebie, z perspektywa wyjazdu w lipcu do Francji.

Nie trenowałem bardzo dużo, można było więcej i jeszcze lepiej się przygotować. Jednak z perspektywy pół roku i tego co wyżej napisałem – że 6 miesięcy jeździłem sam tylko po to, że prawdopodobnie w lipcu się to przyda – jest to ogromne wyrzeczenie i nosi znamiona jakiejś choroby psychicznej :-) W Ostrowie to zupełnie inna bajka – co niedziela dobry trening z grupą, wyjazdy na imprezy do zaprzyjaźnionych miast, na maratony itd. Ale jak już pisałem „chcieć to móc” i postanowiłem coś w tym kierunku zrobić.
Obudziłem się w drugiej połowie stycznia, ale zdążyłem przejechać tylko 400km, w kolejnych miesiącach po 1000km. Dobra metoda dla osób które poza rowerem widzą jeszcze inny świat – planowanie kilometrówki lepiej robić na tydzień niż na cały miesiąc. Braki w tygodniu łatwiej jest nadrobić niż na koniec miesiąca kiedy do planu brakuje jeszcze 200km. Wiem że 1000 to nie wiele, ale sprawdziłem że przy poprzednich LaMarmottach wyjeżdżałem do Francji z pulą około 5000km od początku roku więc jeżeli w początkowych miesiącach roku będę robił po 1000 to i tak będzie dobrze .

Tak leciały tygodnie i miesiące. Były czasy zwiększonej motywacji, były kryzysy że na kilka dni zostawiałem rower, była pogoda lepsza i gorsza, niemal codziennie silny wiatr, który w jedną stronę nie pozwalał momentami przekraczać 25km/h.
Już chyba w kwietniu albo wcześniej wymyśliłem że w Alpe d’Huez chciałbym być ponad tydzień wcześniej, żeby ostatnie „treningi” (ten wyraz kojarzy mi się z zawodowcami a nie amatorszczyzną :-) w moim wydaniu) zrobić właśnie tam. Chciałem tydzień wcześniej przejechać całą trasę, ale okazuje się to zbyt dużym wyzwaniem, tym bardziej dień po przyjeździe w Alpy.

Jeżeli ktoś uśmiechnie się czytając o moich przygotowaniach to nic strasznego. Nie robiłem tego z uporem maniaka lub osoby chorej psychicznie, która poza rowerem świata nie widzi. Nie, nie, nic takiego. Mój wynik pokazuje że szału nie zrobiłem. Wręcz „wysiadły mi korki” z braku przygotowania lub złego rozłożenia sił.

Ale do rzeczy – przyjechaliśmy w Alpy w piątek, tydzień przed maratonem. Kiedy się tam pojawiam zawsze pojawia się ta sama myśl w głowie – jak tu jest pięknie. Alpy są piękne, ogromne, widoki zapierają dech w piersi. Jedziesz szosą a 20m od Ciebie zaczyna się zbocze góry, które niemal pionowo wznosi się 800, 1000 a czasami więcej metrów nad Twoją głowę. Trzeba się przyzwyczaić że normą tutaj jest, iż w jednym momencie jesteś np na wysokości 700m n.p.m. a za godzinę lub półtorej jesteś kilometr wyżej. KILOMETR WYŻEJ to robi wrażenie prawda? Najniższe miejsce na trasie LaMarmotte to 511m npm, a najwyższe to 2640. Dwa kilometry różnicy!!! Nie będąc tam trudno sobie to wyobrazić. Jako pierwszy z naszego miasta na LaMarmotte pojechał w 2004 roku Włodek Grelka i uwierzcie mi opowiadał bardzo dużo i bardzo starał się nam przekazać jak tam jest. Jednak żadna ilość słów nie jest w stanie opisać tego co poczujesz będąc tam na miejscu. Tamtejszej partii Alp nie można porównać do żadnych polskich gór. Są dwa razy wyższe od polskich Tatr. Szczyty ponad 3000m npm to tam standard. Miasteczka i wioski położone na wysokości prawie 2000m npm to norma. Jednocześnie gęsta sieć dobrze utrzymanych dróg asfaltowych. Drogi wykute w skalistym zboczu, tunele, masa podjazdów, zjazdów. Nachylenie drogi 9-10% to standard – jakoś trzeba dojechać do miejsc położonych na górze.

Tak więc piękno i uroda, a pełnie szczęścia można osiągnąć trafiając na słoneczne i ciepłe dni, kiedy słońce oświetla szczyty a chmury nie zasłaniają widoków na odległość wielu kilometrów. Tydzień przed startem góry powitały nas deszczem, ale przez kolejny tydzień było już tylko słońce z częściowym zachmurzeniem. Na wysokości 1800m npm gdzie znajduje się ta stacja narciarska temperatura w dzień zmieniała się pomiędzy 20-23’C. Oznaczało to że na dole jest prawie 30’C.

W sobotę, tydzień przed LaMarmotte wsiadłem na rower i zacząłem przypominać sobie jak smakują tamtejsze podjazdy. Pojechałem trasą maratonu na przełęcz Glandon, a później na Croix de Fer. Doznałem szoku. Trudność jaką sprawiło mi wjechanie była co najmniej olbrzymia. Dostałem konkretnie „w kość”, a to przecież ten z łatwiejszych podjazdów na trasie Świstaka. Aby wrócić musiałem zjechać i na koniec wdrapać się do Alpe d’Huez. Kiedy dotarłem do pokoju wyglądałem nieciekawie. Takie było pierwsze spotkanie po latach z Alpami. Kolejne dni codziennie wjeżdżałem pod Alpe d’Huez. Najpierw z czasem sprzed 4 lat, później z lepszym, a później z jeszcze lepszym. Nie było tragedii. W między czasie przyjeżdżali znajomi z Polski, ale tak się składało że ciągle jeździłem sam. Tak jak cały rok.

Teraz jedno z najciekawszych – rejestracja. Długo nie byłem pewien czy wystartuję, więc postanowiłem z góry, że zarejestruje się na miejscu przed startem, tym bardziej że moje podejścia z rejestracją przez internet skończyły się fiaskiem. A więc idę w czwartek do biura zawodów, zmartwiony że znów trzeba wydać pieniądze, a miły pan oświadcza mi wyluzowanym głosem że mają ograniczenie do 7000 startujących, które zostało przekroczone już dwa tygodnie temu i od tego czasu nie przyjmują już nowych zapisów!!! Szok!!! Najpierw zaskoczenie i uczucie wielkiej bezradności. Później myśli co tu zrobić. Okazało się że jest impreza towarzysząca, na którą można się zapisać, a później z tym numerem i chipem wystartować w LaMarmotte. Zgodziłem się, ale skutek tego jest taki że nie ma mnie na liście wyników osób startujących w Świstaku, a na liście imprezy „La Rando des Marmottes” mam czas ponad dwie godziny większy. Dobry czas mam jedynie na dyplomie/certyfikacie. Podobna historia spotkała Roberta Syca z Leszna, znanego ze startów w SuperMaratonach. Tak jak ja nie mógł się zarejestrować i startował pod nazwiskiem kolegi który nie mógł przyjechać do Francji, a zarejestrował się na początku roku. Organizatorzy obiecali zmienić imię i nazwisko dopiero po przejechaniu trasy, co z tego wyszło nie wiem. Ale ja mogę potwierdzić – widziałem go na mecie i widziałem wynik na liście na placu w Alpe d’Huez (prawie pół godziny mniej ode mnie). Szacunek i gratulacje. Takie życie, ale trasa zaliczona i to jest najważniejsze.

Start w Bourg d’Oisans, 4 lipca 2009, 7:13 rano

Minął tydzień oddychania górskim powietrzem i nadszedł dzień startu. Sobota rano, pobudka przed 5-tą, przed 6-tą zjazd na dół. Szukanie parkingu, zmiana butów, pakowanie kieszeni i jazda na miejsce startu. Z lat poprzednich pamiętałem że wszystko przemawia na korzyść jak najwcześniejszego startu. Jazda w pierwszych grupach to mniej ludzi na trasie, mniej ludzi na bufetach i dużo więcej plusów. Z tą myślą postanowiłem wcisnąć się jak daleko się da. W tym roku startujących podzielono na sektory w/g numerów. Osoby z numerem do 2000 startowały zaraz po 7-ej, od 2001 do 4000 o 7:30, następna grupa 7:50. Ja miałem numer 8450 więc czekał bym ponad godzinę. Udało mi się wbić w pierwszy sektor i już o 7:13 przejeżdżałem przez start. Nie było łatwo bo nawet na starcie wyłapywali ludzi którzy jechali nie w swojej grupie. Ale udało się – oni po prawej ja po lewej i pojechałem. Komputer wyłapał mój chip na starcie, a Ela zrobiła mi zdjęcie jak przejeżdżam przez start – ze zdjęć znam godzinę.

Początek jest z grubsza płaski, jakieś 7-8 pierwszych kilometrów. Obiecałem sobie że nie odbije mi adrenalina jak za pierwszym razem – jechaliśmy zaraz po starcie 50 km/h. Dzisiaj spokojnie, rozruszać nogi przed pierwszym pojazdem. Na kole 34-38 km/h. Lecimy. Najpierw podjazd pod tamę, jakieś 400-500m, prawie na maksymalnym przełożeniu. Później około kilometra, półtora płaskiego i początek podjazdu. Najpierw delikatnie, później coraz stromiej. Jadę spokojnie, staram się wbić w rytm. Z doświadczenia oceniam swój wysiłek na podstawie pulsometru. Po kilku minutach podjazdu utrzymując założony puls poniżej 170 uderzeń na minutę, jadę szybciej od innych. Staram się nie przesadzać, jadę na pulsie 164, 168, staram się nie dochodzić do 170.

Końcówka podjazdu pod Col du Glandon.

Mimo wszystko jadę o około 1 km/h szybciej od innych. Mógłbym zwolnić i oszczędzać siły, ale przecież walczę o jak najlepszy czas. Do przełęczy Glandon na 35-tym kilometrze (około 1godz 45min od startu) wyprzedziło mnie około 5 osób, nie licząc narwańców którzy robili skok 100-200m, a za moment umierali. Na Glandonie jest bufet, mnóstwo osób zostaje tam w ramach odpoczynku, pobrania wody i jedzenia. Ja zatrzymuje się kawałek dalej, zakładam rękawki i kamizelkę – razem około pół minuty. Przed bufetem pierwsza bramka kontrolna z matami, gdzie komputer wyłapuje chipy zawodników.

Końcówka podjazdu pod Glandon.

Teraz zjazd. Organizatorzy wiedzą co tu się dzieje. Ludzie przesadzają na zjeździe, były tu wypadki śmiertelne podczas poprzednich edycji maratonu. Na jednym z pierwszych zakrętów gdzie najczęściej dochodzi do wypadków czeka w pogotowiu karetka. W każdym kolejnym niebezpiecznym miejscu miejscu stoi osoba w odblaskowej kamizelce, machając ostrzegają pędzących 50, 60 km/h i więcej kolarzy. Wykonują kawał dobrej roboty, dzięki nim wiele osób uniknęło wypadków tego dnia. Na zjeździe mocno się przerzedziło. W takim tłoku jak na podjeździe nie było by możliwe zjeżdżanie z takimi prędkościami. Jest to najtrudniejszy zjazd na trasie LaMarmotte, bardzo kręte, wąskie drogi. Co chwila zakręt 180′. Wszystko przy prędkościach 50, 60, a czasami więcej. Zjazd z Glandonu trwa około pół godziny. Po połowie przejeżdżamy przez górskie wioski i od tego momentu zaczynają na trasie pojawiać się samochody. Na zjazdach nie mają szans, ale kierowcy tak jak rowerzyści – są różni. Ci mądrzejsi przepuszczają rowerzystów, bo samochód nie ma tu szans, a robi się niebezpiecznie kiedy rowerzyści przepychają się do przodu lewym pasem.

Podczas zjazdu myślę już na zapas o wbiciu się w dobrą grupę. Wiem że będzie dłuższy odcinek płaski i trzeba tam jechać w grupie, a nie chciałbym na płaskim gonić jakiejś grupy, marnując siły. Staram się zjeżdżać na tyle szybko żeby zarówno z przodu jak i z tyłu mieć osoby, z których uformuje się dobra grupa na odcinek aż do podjazdu na Telegraphe. Ci którzy wyglądają na lepszych ścigaczy, zjeżdżają bardzo szybko i trzeba dobrze się zaginać żeby nadążyć. Na dole mimo starań jadę sam, a daleko przede mną widać małą grupkę, trzeba gonić. Przez około 5 minut gonię ich z prędkością około 45km/h. Udało się, jadę z nimi. Po jakimś czasie dojeżdżają inni i tworzy się spora grupa, może nawet 40-50 osób. Nie pomaga mi to bardzo, bo zbieranina ludzi z całej Europy nie umie jechać razem, równo, tak żeby na kole móc odpoczywać. Zjeżdżają się w „kupę”, zwalniają, tworzy się dziura więc ostre przyśpieszanie, dojazd do koła i hamowanie. Nie idzie spokojnie odpocząć na kole, ale lepiej tak niż samemu.

Powoli dojeżdżamy do miasteczka St. Michel gdzie zaczyna się podjazd na przełęcz Telegraphe. Kilka dni temu przejechałem trasę samochodem i to pomaga psychicznie, wiem na jakim odcinku trasy jestem i co będzie za kilka, kilkanaście kilometrów. Kolejny podjazd i podobna sytuacja jak pod Glandon, jadę według pulsometru i jadę delikatnie szybciej niż inni. Kolejny raz te same pytania, jechać tak walcząc o cenne minuty, czy zwolnić żeby oszczędzać siły. Pamiętam słowa wyprzedzającego nas w 2005 roku Macieja Żywka – spokojnie, oszczędzajcie siły bo najgorsze (Galibier) dopiero przed wami.

Kolejny podjazd na którym pomimo dużego zmęczenia mogę utrzymywać dobre tempo w porównaniu z osobami jadącymi obok. To już ponad 80km trasy i na podjeździe jest dużo mniej pedałujących. Powoli powoli wyprzedzam kolejne osoby, podobnie jak pod Glandon, około 5-6 wymiataczy wyprzedza mnie, jadąc dużo dużo szybciej ode mnie i znikając gdzieś z przodu. Po drodze zabieram wodę, dzięki temu na szczycie nie zatrzymuję się po nią. Zakładam kamizelkę, choć zjazd ma mieć tylko 4-5km. Z wysokości 1570m npm zjeżdżamy 150m niżej do miasteczka Valloire. Jest to taki „schodek” na podjeździe z St.Michel na przełęcz Galibier – co w połączeniu daje ponad 30km jazdy pod górę. W tym roku opowiadając o LaMarmotte zwracam uwagę wszystkich że po zjechaniu z Glandon, jest najniższy punkt trasy na wysokości około 550m npm. Od tego momentu najpierw bardzo powoli, później gwałtowniej, trasa wznosi się aż do osiągnięcia 2640m npm na Col du Galibier. Rozkłada się to na dystansie ponad 45km, ale mimo wszystko wjeżdżamy o ponad 2 kilometry wyżej w pionie. 2 KILOMETRY – to robi na mnie największe wrażenie.

Trasa powoli zaczyna się wznosić i tutaj już wiadomo, że przez 18km aż do szczytu Galibier, nie odpuści ani na moment. Nogi są już przymęczone i pomimo że miejscami tego nie widać, trzeba zarzucić łańcuch na największą koronkę. W moim przypadku to 26 (39 mam na korbie). Tak jak pod Telegraphe ludzi jest już bardzo mało na trasie, kogoś widać 100m z przodu, kilka osób jeszcze przed nimi, kilka za plecami. Tłum już dawno się skończył. Jadąc w pierwszych grupach czasami ma się wrażenie, że jedzie się inny maraton. Na początkowych kilometrach pod Galibier jest bufet. Później długo jedziemy wzdłuż pięknej doliny, dołem której płynie spora rzeczka. Na około 10km przed szczytem przejeżdżamy na drugą stronę tej doliny, zahaczam o wodopój bo kolejny jest na samej górze. Tutaj zaczyna się koszmar z którego słynie ten podjazd. Droga wznosi się po zboczu góry tak zwanymi agrafkami. Nogi są już mocno zmęczone a tam 10% nachylenia nie odpuszcza. Po około 2-3km tej ściany czuję atak skurczy na moim prawym udzie. Z doświadczenia w roku 2005 pamiętam że przesunięcie się na siodełku do tyłu, lekka gimnastyka na stojąco, pomagają chwilowo w zwalczeniu skurczy. Zjadam 4 tabletki Nospy, które kolarze używają przeciwko skurczą. Wiele osób którym poleciłem ten sposób, dziękowało mi później, mówiąc że pomaga. U mnie nie wiem. Skurcze miałem nadal, jednak aż do mety nie zmusiły mnie ani razu do zejścia z roweru. Doganiam gościa który jedzie 9-10 km/h i postanawiam, że do szczytu jadę za nim. Tym sposobem będę się hamował i oszczędzę nogi przed mocniejszymi atakami skurczy, które „zmasakrowały” mnie w 2005r. Tak zrobiłem, a po mimo tego było piekielnie ciężko. W tym roku było bardzo ciepło, a ten podjazd kompletnie pozbawiony jest cienia. Myślałem często że skoro już jestem tak daleko to reszta trasy jest już formalnością.

Ostatnie 500m przed Galibier.

Na Galibier odstawiłem rower, podałem bidony do napełnienia. Zapakowałem w kieszenie znane mi i lubiane żelki (galaretki), ubrałem się i pojechałem na dół. Zjadłem tylko kawałek ciasta i trochę suszonych owoców. Myślę że stałem góra 2 minuty, resztę jadłem po drodze. Pierwsze zakręty zjazdu z Galibier są równie niebezpieczne co te za Glandonem. Rower na 12-tu procentach rozpędza się bardzo szybko i nie chce zwalniać podczas hamowania. Pierwszy zakręt trzeba przejechać ostrożnie i jest on nauką kiedy należy zacząć hamować na następnych. Pierwsze 2km są dość ciasne, później zaczynają się długie odcinki gdzie pędzi się 60 i więcej, a trasę widać nieraz kilometr do przodu. W tym roku ciekawostka na jednym z szybkich zakrętów fotograf robił zdjęcia i ja mam też takie.

Zjazd z Galibier, około 60km/h.

Ze zjazdu na odcinku Galibier – Lautaret pamiętam tylko ogromne skupienie, koncentracje, prędkość i fotografa na jednym z ostatnich zakrętów przed Lautaret. Później wiatr w twarz aż do Bourg d’Oisans. Komuś kto słucha opowiadań, albo planuje start w LaMarmotte, może się wydawać że długie zjazdy to dobre miejsce do odpoczynku, a później człowiek jedzie jak nowonarodzony. Niestety. Szybkie i niebezpieczne zjazdy to ciągła kontrola roweru i maksymalna koncentracja żeby sobie czegoś nie zrobić. Prędkość i wysokości powodują wychładzanie mięśni nóg. Gdybym zjeżdżał z Galibier nie pedałując, na początkowych kilometrach pod Alpe d’Huez miałbym takie sztywne nogi, że nie mógłbym pedałować. Wydaje mi się też że ciągłe pedałowanie pomaga przeciwdziałać skurczą. Więc pedałowałem. Sam, później w dwójkę, trójkę, znowu sam, później dojeżdża grupka itd. Odpoczynku nie ma, tym bardziej że wiatr wieje w twarz.

Zjazd do miejsca startu, czyli do Bourg d’Oisans ma po drodze 4 tunele (jeżeli dobrze pamiętam). Pierwszy bardzo wąski i słabo oświetlony. W okularach przeciwsłonecznych ledwo co widać, a pędzisz wąską jezdnią z jednej strony mając ścianę tunelu, a z drugiej samochody jadące z na przeciwka. Do kolejnego wpada się na zakręcie, na początku jest ciemno i jest dziura w jezdni, o której słyszałem od wielu osób. Ja też ją zaliczyłem. Najciekawszy jest chyba jednak ostatni tunel. Położony na zjeździe i cały uformowany w kształcie łuku. Cały czas skręcasz w prawo, z naprzeciwka samochody, a wszystko to przy prędkości 70km/h. Stres jest dość duży i trzeba mocno walczyć z nerwami żeby przejechać tam bez hamowania. Towarzysze jakich spotyka się na trasie jeżdżą różnie. Jedni bardzo bezpiecznie, z opanowaniem, widać że jeżdżą dużo w górach. Inni wariaci. Ja hamuje, obok przelatuje gościu, nie wyrabia i wylatuje na czołówkę na lewy pas. Samochody uciekają na pobocze, on hamuje na styk. Stąd biorą się wypadki które są co roku na trasie LaMarmotte.

Przed Bourg d’Oisans jest około 4 kilometrowy, płaski odcinek. Prawie przed samym podjazdem zostawiam w samochodzie kamizelkę i rękawki, które w sumie nie ważą nic, ale korzystam z okazji. Z butelki 1,5 litra napełniam bidony i lecę dalej. Przejeżdżam koło kampingów i zaczynam podjazd. Nie ma tłumów. Średnio co 50m jedna osoba, czasem jakaś grupka, czasem większa przerwa. Jedzie się superciężko, zmęczone nogi nie chcą pchać roweru pod górkę. Zaczynam myśleć o strategii rozłożenia sił w LaMarmotte. Zaczyna do mnie docierać że kluczem jest tu zachowanie sił na końcówkę Galibier i na podjazd do Alpe d’Huez. Jadę powoli, wiem że początkowe kilometry tego podjazdu są najcięższe i nie ma się co szarpać, przed połową góra zaczyna lekko odpuszczać, a później leci się już jak na skrzydłach kiedy oczy widzą tabliczki z numerami 6, 5, 4, 3… Jadę 10-11km/h, wolniej niż w tygodniu, a sprawia mi to ogromną trudność.

Kiedyś przyszło mi do głowy że ten kto przeżył LaMarmotte i na koniec podjechał jeszcze mordercze 21 zakrętów, może powiedzieć że wie co oznacza być zmęczonym. Kto nie przeżył tego na własnej skórze nie jest sobie w stanie wyobrazić potwornego zmęczenia jakie dotyka dosłownie każdego uczestnika tego maratonu. Po zatoczeniu pętli 163km przez góry jakich nie spotkacie w Polsce, czeka jeszcze około półtorej godziny męczarni na granicy wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Cały podjazd jest ciężki, a każdy ma odmienną opinie jak daleko od dołu ciągnie się najcięższy odcinek. Moim zdaniem kluczem jest zakręt 16, aż do niego podjazd trzyma twardo pomiędzy 9-12% z przewagą tych większych procentów. Wydaje mi się że od dołu lepiej jest jechać ciut wolniej, bo kiedy matka natura lekko popuści, czuć to i można przyśpieszyć. Jeżeli „zarżniemy” serce i płuca już od samego dołu, nawet nie poczujemy kiedy zamiast 12% pojawi się np 7. U mnie tak to działa, ale nie podczas LaMarmotte. Tutaj liczy się każdy metr do przodu, człowiek marzy o dotarciu do zakrętu 1 gdzie czeka ostatnie kilkaset metrów podjazdu. Tak więc docieram do mojej 16ki gdzie podają wodę wszystkim podjeżdżającym. Wypijam kubek, a ostatni łyk wylewam na szyje. Jest strasznie ciężko, świeci słońce, jest ciepło, a tu „na dole” nie czuć jeszcze orzeźwiającego powiewu charakterystycznego w górach. Na którymś z kolejnych zakrętów (na 13 lub 11-tce) nie wytrzymuję i zatrzymuję się w cieniu. Stoję niecałą minutę, wsiadam na rower i jadę dalej.

Nie wiele to pomogło. Prawie na każdym zakręcie siedzą kobiety i mężczyźni biorący udział w Świstaku, zbierają siły na dalszą część podjazdu. Przed zakrętem 10 prawie na środku jezdni leży chłopak z rowerem. Skończyły się siły na podjazd, tam gdzie padł, tam został – każdy ma tutaj swój sposób na odpoczynek. Koledzy jadący z tyłu opowiadali mi że później takich sytuacji było więcej. Dojeżdżam do mojego ulubionego zakrętu nr 9. Ulubiony bo zbudowany (doczepiony) na skałach i całkiem odsłonięty. Zawsze podziwiam widok na położone pół kilometra niżej miasteczko gdzie startowaliśmy – Bourg d’Oisans. Tutaj żadne drzewo nie zasłania widoku na góry. Każdy kto przyjedzie do Alpe d’Huez polecam zakręt nr9 na pamiątkowe fotografie. Na kolejnym czyli na ósemce jest mniej więcej połowa dystansu tych 13km. Jadę siłą woli, spokojnie bo do końca jeszcze daleko. Na 7-ce kolejny wodopój nie ma mocnych zatrzymuję się z rowerem podchodzę do stołu, wypijam dwa kubki, w krzaki na szybkie „siku” i jedziemy dalej. Kolejne około półtorej minuty postoju, może dwie. Ale pomogło i to bardzo, chwilę odpocząłem, a na dodatek ściana odpuściła też delikatnie. Kiedy widzę tabliczkę na zakręcie nr 6 czuje się jakbym już dojechał. Cały czas ludzie siedzący na poboczu i zakrętach, odpoczywają i jak to mówi Zbyszek Kowalczyk „zbierają siły na decydujące starcie”. Dojeżdżam do kolejnych zakrętów, 5-ka, 4-ka. Nawet pamiętam żeby zapiąć koszulkę przed miejscem gdzie stoi fotograf z GriffePhotos. Dojeżdżając do dwójki pamiętam że to miejsce pracy fotografów z Photobreton :-).

Zawsze kiedy dojeżdżam do jedynki dostaję zastrzyk nowych sił. Chyba nie tylko ja, bo widzę że jadący obok mnie przyśpieszają jakby walczyli na finiszu o pierwsze miejsce. Ostatnie spojrzenia na góry i dolinę, gdzie godzinę temu zaczynałem podjeżdżać. Na ostatnim stromym odcinku stoją dzieci z kubełkami wody i każdego pytają czy mogą polać go po plecach. :-) Bardzo sympatyczna scenka, widzę ulgę w oczach tych którzy załapali się na kubełek wody. Wjeżdżamy w zabudowania, wypłaszcza się, dwa ząbki w dół i jedziemy dalej. Tunel, jeszcze około 400-500m lekko pod górę a później już tylko zjazd na plac przed Pałacem Sportów gdzie znajduje się meta. Przez całe Alpe d’Huez stoją ludzie i biją brawo. Są to zarówno pasjonaci kolarstwa jak i rodziny czekające na członków rodziny startujących w LaMarmotte. Na jednym z odcinków podjazdu widziałem napis po angielsku „Kochamy cię tatusiu”. Jest cała masa wypisanych imion i tekstów typu „już blisko”, albo „zapisujesz się w historii”, „nie odpuszczaj”, „byle do szczytu” itp. Przed metą ustawione są barierki nakierowujące na maty z czujnikami. Przejeżdżam i słyszę sygnał mojego chipa. Kawałek dalej słyszę swoje imię – to moja Ela stoi w tłumie za barierką z aparatem. Skrzywioną minę szybko zamieniam na uśmiechniętą :-) Na końcu barierek stoi facet i macha żeby zwolnić.

Obok niego stoi zegar liczący czas od momentu startu pierwszych osób. W pierwszej chwili myślałem że to mój czas (8godzi. 4min). Na szczęście nie. Za barierkami plac, na którym jest już cała masa osób które przyjechały przede mną. Z listy wyników wynika że jakieś 600 osób wykręciło czas lepszy od mojego 7:56:46, więc jakieś 400-500 z nich czekało już na placu. Stoisko z napojami, później drugie, za chwilę jeszcze raz. Zmęczenie potworne. Szukam po kieszeniach bonu na makaron. Wyciągam batoniki których nie zjadłem. Całą trasę przejechałem na 2 żelkach Powerbara, kilku kęsom ciasta na bufecie w Valloire i pakowanym galaretkom. Może zjadłem jeszcze coś z suszonych owoców. Różnica czasu od startu do mety i tego z licznika (czyli samej jazdy) daje czas jaki straciłem na postojach – 13 minut. Nie ma tragedii. W 2005 roku było to 50minut – skurcze, zmęczenie i te sprawy.

Zjadłem makaron, poleżałem na ławce. Odpocząłem troszkę i zaczęło się robić zimno, spocony, zmęczony, trzeba iść się przebrać. W drodze do hotelu spotykamy Piotrka Ratajczyka. Właśnie wjechał do góry, wita go rodzina, robią zdjęcia i cieszą się razem z nim. Rozmawiamy chwilę i razem jedziemy rowerami do hotelu. Postanawiam umyć się, szybko przebrać i wrócić na metę wraz z aparatem w oczekiwaniu na pozostałych startujących dziś Polaków.

Później jeszcze coś dopiszę…

A na samo zakończenie teraz kiedy jesteśmy już wszyscy w Polsce ciekawostka. Od osób trzecich dowiaduję się, że osoby które razem ze mną brały udział w tegorocznym LaMarmotte, mówią wszystkim że mnie tam nie było, że nie jechałem. Inna wersja podparta jakimś błędem na stronie z wynikami – dowiaduje się że jechałem dwie godziny dłużej (ponad 10 godzin), a na naszej klasie pod zdjęciem z wjazdu na metę, dowiedziałem się że trasę przejechałem w dwa dni :-) Życie ciągle nas zaskakuje. Oglądasz zdjęcie gdzie wjeżdżasz na metę 8 godzin i 4 minuty po rozpoczęciu maratonu, a dowiadujesz się że czas twojego przejazdu to 10 godzin, albo dwa dni jak kto woli :-) Pozostaje uśmiech i nadzieja, że kolejnym razem nie zabraknie dla mnie numeru i wszystko będzie tak jak trzeba.

Pozdrawiam wszystkich którzy byli, będą lub chcieli by być w raju dla pasjonatów kolarstwa, jakim bez wątpienia jest Alpe d’Huez….

Marcin Misiek

Relacja i zdjęcia pochodzą ze strony OTR INTERKOL. Zobacz również relację tego autora z poprzednich edycji ‚Świstaka’.

Facebook