Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Śrem
21.04

Rewal
5.05

Stargard
12.05

Nowogard
23.06

Świdwin
7.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Karpacz
25.08

Choszczno
1.09
Maraton w Łobzie
6 maja 2006
Relacja Z Łobza
18 maja 2006

Jacek Uniewski

Minionej soboty postanowiłem sprawdzić swoje możliwości na dużej pętli oraz zapoznać się z trasą. Muszę przyznać, że organizatorzy dobrze wybrali trasę.

Jest ciekawa, biegnie przez tereny nieco pagórkowate. Krajobraz dzięki temu nie jest monotonny i zarówno osoby jadące po to by zwiedzić nasze okolice będą zadowolone, także i te, które chcą sprawdzić swą wytrzymałość będą mogły to zrobić.

Zaczynając jazdę w centrum Kołobrzegu największy problem to dostać się do ścieżki rowerowej która zaczyna się za marketem Plus na trzebiatowskiej. W sobotę raczej nie było zbyt wielkiego ruchu, zalecam jednak zachować ostrożność podczas przejazdu przez rondo oraz dalszy
odcinek, który charakteryzuje sie okropnymi dziurami, któraś z nich może stać się końcem wycieczki.

Po minięciu cmentarza wjeżdżamy do Zieleniewa – tu ulica jest szeroka, nie musimy się martwić więc o mijające nas samochody. Za Zieleniewem dojeżdżamy do rozwidlenia drogi Gościno-Trzebiatów. Skręcamy tu w lewo, pamiętać należy iż nie mamy tu pierwszeństwa przejazdu. Należy więc zatrzymać się gdy z prawej strony nadjeżdżają samochody.

Zaraz za skrzyżowaniem napotykamy na pierwsze krótkie wzniesienie, za którym jest zjazd i droga pnąca się powoli do góry. Za tym wzniesieniem znajduje się skręt w prawo na Charzyno, Siemyśl.
Droga ta była niedawno remontowana, suniemy więc jak po stole…

Przed pierwszym punktem kontrolnym napotkamy na kilka solidnych podjazdów. Pierwszy znajduje się w Mączniku. Następny dość stromy zjazd znajduje się w Siemyślu – zaraz za nim ostry zakręt, zabezpieczony barierami. Pamiętajmy, że jest tam ograniczenie do 40 km/h .

Za zakrętem jest dalszy odcinek lekko opadający w dół i potem kolejne wzniesienie, za którym znajduje sie wieś Białokury w której będzie punkt kontrolny.

Za Białokurami jedziemy dalej prosto, aż do drogi ekspresowej Szczecin-Gdańsk. Na skrzyżowaniu skręcamy w lewo w kierunku Rymania. Mamy tu do dyspozycji szerokie pobocze, jednak jadące z dużą prędkością TIRy sprawiają, że rowerzysta czuje sie trochę nieswojo, nie wiedząc czy pęd powietrza nie wepchnie go do rowu. Pobocze nie jest najlepsze, jednak nie polecam wyjeżdżania na pas ruchu – samochody jeżdżą tu naprawdę szybko.

Wróćmy do opisu trasy, na opisanym wyżej odcinku do Rymania mamy dwa wzniesienia.
Zaraz po wjeździe do miejscowości znajduje się drogowskaz na Sławoborze. Skręcamy więc w prawo, przejeżdżając przez tory kolejki wąskotorowej pomyśleć że jeszcze 15 lat temu można było przejechać tą kolejką prawie przez całe pomorze. Szkoda, że nie dbamy u nas o takie „niedochodowe” sprawy.

Dalszy odcinek trasy wiedzie przez lasy – gdzieniegdzie widać całe pola jagodowe. Zupełnie jak w bajce Konopnickiej (chyba wiem gdzie przyjadę latem na jagody). Droga wydaje się opadać nieco w dół, jest bardzo gładka, jedzie się komfortowo, choć jest ona niestety wąska. Może się okazać, że trzeba będzie zjechać na pobocze, gdy będzie nas chciał wyminąć autobus PKSu.

Przez kolejne 30 km droga trochę wznosi się i opada. Za wsią Przymiarki jest długi kilkukilometrowy zjazd – tu można rozwinąć skrzydła. Trzeba trochę uważać na dziury w jezdni i na samochody, ale kto by się przejmował takimi drobiazgami:)…

Za przejazdem kolejowym zaczyna się długi podjazd i tak jest aż do Rąbina. Najpierw zjeżdżamy w dół, a po chwili mamy morderczy podjazd do przejazdu kolejowego, przez który przejeżdżamy. Dalej kontynuujemy podjazd. Dla steranych podjazdem i życiem w ogólności – na górze postawiono przystanek autobusowy, na którym można przysiąść i zastanowić się czy dalej jechać czy nie…:-)

Za przystankiem mamy skrzyżowanie na którym skręcamy w prawo na Białogard. Dzięki temu że tak wysoko wjechaliśmy w Rąbinie – teraz możemy z tego korzystać i spokojnie zasuwać sobie w dół pośród pięknych lasów.

Po drodze w Gruszewie znajduje się dość duży sklep, w którym można się zaopatrzyć
w coś do jedzenia/picia.

Dalej jedziemy do Białogardu i wg instrukcji przejeżdżamy przez tory, potem skręcamy najpierw w lewo na główną drogę Kołobrzeg-Wałcz. Wjeżdżamy na wiadukt, na którym jest wydzielona część dla pieszych, którą polecam, chociaż można też przyjąć wariant samobójczy i jechać drogą – ale to już kwestia uznania…

Tu należy złożyć gratulacje uczestnikom – właśnie przejechaliście setny kilometr. Mi zajęło to 6 godzin, samej jazdy miałem 5 godzin, więc wychodzi że średnio odpoczywałem 10 minut na godzinę. Chyba niezły wynik jak na moje stare kości. Do tej pory na moich wyprawach rowerowych maksymalnie robiłem 115km. A tymczasem przede mną jeszcze 55.

Po opuszczeniu wiaduktu dojeżdżamy do skrzyżowania (mijając po lewej stronie market InterMarche) i skręcamy na nim w prawo. Jadąc dalej tą drogą po kilku kilometrach dojeżdżamy do głównej drogi Szczecin-Gdańsk. Przejeżdżamy prosto przez skrzyżowanie, uważając na TIRy i inne pędzące pojazdy.

Tu droga staje się nieco wyboista i wąska, najlepiej jechało mi się środkiem bo jest
mało wyjeżdżony… Nie wiem co na to kierowcy gdy będzie nas więcej i wszyscy będziemy
walić środkiem?

W tym momencie muszę przerwać idyllyczny opis wycieczki, gdyż okazało się że przez pomyłkę o mały włos wylądowałbym w Koszalinie zamiast w moim rodzinnym mieście Kołobrzegu. Otóż ufając opisowi trasy, który przez 100 km był dokładny w tym momencie okazał się, co tu dużo mówić do bani… W opisie nie ma ani słowa, że za Świeminem należy skręcić w lewo na Ubysławice. Wymieniono tylko kolejne mijane wsie. Skoro nic nie było napisane że trzeba gdzieś
skręcić – to walę przed siebie bez zastanawiania się i wyjmowania mapy na każdym skrzyżowaniu.
I po jakichś 10 kilometrach zorientowałem się że nazwy mijanych wsi nie zgadzają się z tymi z listy. Postanowiłem zatrzymać się w kolejnej wsi – Kraśniku. Jakieś było moje zdziwienie, gdy zorientowałem się że jestem prawie pod Biesiekierzem…

– No i co teraz, hmm? – Trzeba wracać – myślę. Wróciłem więc do Warnina, z którego na mojej mapce widniała droga-widmo, która miała prowadzić do Mierzyna. Wg mieszkańców Warnina, nikt nią nie jeździł ale istniało prawdopodobieństwo że da się tędy przejechać. Zdecydowałem więc, że spróbuję. W połowie był to bruk, jednak gdy minąłem ostatnie domy okazało sie że to „coś” w zasadzie można uznać za drogę.

Pewnie głównie dzięki mieszkańcom, którzy przyjeżdżają tu wyrzucać śmieci… Odcinkami musiałem prowadzić niezwykle ciężki już rower, ale pod koniec dało się nawet jechać. Najważniejsze że znalazłem się na mojej ścieżce. Była to już godzina 20. Super. Straciłem godzinę na błądzenie i przedzieranie się przez pokrzywy.

Z Mierzyna pojechałem więc dalej do Wrzosowa, które okazało się wyjątkowo długą wsią… Może jak człowiek chce jak najszybciej do domu to wszystko sie wydaje dłuuugie… W każdym razie postanowiłem że daruję sobie dalszy odcinek wytyczonej trasy maratonu i wrócę do domu najkrótszą drogą, czyli hajłejem. Który okazał się całkiem bezpieczny, jak na jazdę bez oświetlenia (komu potrzebne lampki gdy planuje się wrócić do domu przed zachodem słońca).

W sumie w domu byłem o 21.10, wyjechałem o 12 więc jechałem 9 godzin (przebyte ok.150km)
– żadna rewelacja chyba. Ale odpędzenie myśli w rodzaju: „kurde zadzwonię do domu niech przyjadą po mnie samochodem do Wrzosowa” jest w tej sytuacji chyba sukcesem.

Może nie udało mi się przebyć całej wytyczonej trasy, ale wiele widziałem tego dnia. Jak wygląda polska wieś, jak rozwija się przyroda wiosną w naszych lasach. W Warninie też widziałem w centrum wsi panie siedzące przed przydrożną kapliczką i modlące się – nabożeństwo majowe. Muszę przyznać że niezwykły to widok… Ludzie są prawdziwie pobożni.

Taka wyprawa pozwala na zorientowanie się jak nasi rodacy żyją na wsiach. Widać też dużo
bawiących się dzieci i mówiących przyjezdnym „dzień dobry”. W miastach się tego nie spotyka.

Jeździłem trochę po niemieckim pomorzu i tamtejszych wsiach. Co prawda wszystkie są aż do
przesady piękne, odnowione. Ale nie widać tam żywego ducha. Nie można nikogo zapytać o drogę.
I nie raz zastanawiałem się, czy w tych pięknych domach ktoś w ogóle mieszka? U nas pewnie z chęcią by przyjęli na własne podwórko jeśliby jeździć z namiotem…
Tam ciężko się z nimi dogadać bo nie znają języków, a niemiecki jest chyba dla mnie za trudny lub za dobre wrażenie sprawiam że rozumiem bo zaczynają mi nawijać jak swojemu i wtedy tracę kojarzenie.

I to jest już wszystko co nasunęło mi się po całodziennej jeździe. W niedzielę czułem się trochę jak na kacu, a w nocy, gdy zamknąłem oczy – widziałem tylko uciekający asfalt. Ale trasa jest piękna i mogę z pewnością ją polecić każdemu, kto chce coś zobaczyć i trochę się pomęczyć

Pozdrawiam wszystkich

Facebook