Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
21.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Zaproszenie na BikeFun Osieczna Cup
9 listopada 2009
Sezon 2009 według Klana. Pana Klana :)
13 listopada 2009

Meldunek z wykonania zadania.

Meldujemy posłusznie, że wykonaliśmy naszkicowane w zarysie zadanie, zmieniając dwukrotnie naszkicowany zarys. Do Republiki Czeskiej nie udało nam się dojechać, bo na wstępie założyliśmy, że nasze nogi na to nie będą nam w stanie pozwolić. Zaplanowaliśmy więc, że dojedziemy w jakieś bliżej-nie-określone-miejsce-na-Słowacji i zawrócimy. I tego się początkowo trzymaliśmy.

Trasę zaczęliśmy od wypróżnienia siebie i rowerów z Michałowego wozu zaparkowanego w Milówce. Ruszyliśmy stamtąd ku Słowacji przez Ujsoły i Glinkę. Początkowo poruszaliśmy się prawie żwawo, bo było płasko z lekką tendencją unoszącą, a po kilkunastu kilometrach robiło się jakby stromiej, fragmentami sypiąc okolicą 10% z krótszymi wyrazami wypłaszczenia bądź chociaż zelżenia nachylenia.

Dopiero ostatni kilometr przed granicą zaczął mieć wzwód i przytrzymywał tak w 12-13%, że w końcu mieliśmy pretekst, by się solidnie zasapać. I to było kul. Potem nastąpiło spotkanie, które odmieniło całkowicie nasz dzień i jego plan. Napotkaliśmy na granicznej przełęczy człowieka na rowerze, który rozpoczął rozmowę od zdania, że „szuka takich jak my”. Normalnie jak w dobrym filmie.

Po krótkiej wymianie słów, zdań i uściskach dłoni dowiedzieliśmy się, że pan posiada spory zapał rowerowy, nieco pary pod nogą (mówił, że kilka tygodni temu wrócił z Turcji, gdzie jechał i skąd wracał na dwóch kółkach w większej grupie ludzi głównie nie pierwszej już młodości), a do tego jest już po siedemdziesiątce. Bardzo nam, berbeciom rowerowym, jego młodzieńczy zapał zaimponował i ucieszyliśmy się, że chce jechać z nami, gdy się dowiedział, że mamy zamiar się poszlajać po Słowacji.

Takoż w tercecie wje- czy raczej zjechaliśmy w Słowację, która przywitała nas śniegiem na poboczach i w zagajnikach, a w miasteczkach szczęśliwie milczącymi głośnikami zawieszonymi na słupach. Z tendencją zjazdową dotelepaliśmy się w okolice Zakamennego i uderzyliśmy tam na prawo, by znaleźć punkt, który uznalibyśmy za docelowy i zwrotny, ale na kolejnym rozstaju dróg staliśmy się słuchaniem propozycji rowerowego towarzysza.

Czyniliśmy to, gdyż ów człowiek mieszka w Rajczy i wielokrotnie przemierzał te okolice na swym rowerze (krosowym, raczej turystycznym, choć prawdopodobnie regulamin zakwalifikowałby go nieubłaganie do morderczej kategorii szosa), a autochton to zdecydowanie lepszy przewodnik od nie zawsze rozgarniętego gps-a. Pan rowerzysta (nie znamy jego imienia, gdyż ja mam na przykład ten problem, że jak się przy powitaniu przedstawiam, to często witający mnie myśli, że się z nim witam w sposób niekonwencjonalny…) przedstawił nam drogę, która początkowo wiodła lekko w górę, do stacji jakiejś kolejki wąskotorowej, ale potem przestała być asfaltową i stała się szutrową, czy raczej szutrowo błotną, bo jakoś tak jesiennie się dzieje ostatnio na świecie. A poza tym to Słowacja i nikt tam nie zna złotej polskiej jesieni.

Po krótkiej chwili zawahania postanowiliśmy przejechać ten kilkukilometrowy fragment szutrów wiodący pod górę, gdzie mieliśmy postanowić co dalej. Dalej było trochę błotka, ale jednak nie zawróciliśmy i snuliśmy się tymi leśnymi dróżkami, choć nasze rowery to wypisz, wymaluj: szosa. Z kolei te szutry, jak to leśne szutry, raz zamieniały się w drogę asfaltową, raz w nibyasfaltową, by czasem stać się błotniskiem wytworzonym krzątaniną drwali przy wycince lasu, a w krótkim fragmencie stresogennym lodowiskiem. Taką to dróżką zdobyliśmy jakiś szczycik (w końcówce nawierzchnia raczej asfaltowa), który przywitał nas tablicą informującą o wkroczeniu na teren miejscowości zwanej Nova Bystrica.

Tam droga się przegibła i zaczęła nas sprowadzać poniżej tych 950 m n.p.m., na które wcześniej wprowadziła, ale nie była taka, jakiej byśmy sobie życzyli. Była wciąż taka jak wcześniej, z dzurami, fragmentami wprost z klasycznej drogi leśnej, ale też na moment uwiodła mniej więcej kilometrowym fragmentem cycuś-glancuś asfalciku, który pozwolił się solidnie rozbujać mej Rovericie. Zresztą fragment ten był wyjątkowo pociagający, bo nie dość, że gładziutki, to jeszcze w miarę prosty. Co prawda nie wszystkie zakręty były przejrzyste (to za sprawą przytulenia się drogi do zbocza góry i podążania za jej wymyślnymi kształtami) jednak gdy już się do nich zbliżało, obnażały swą łagodność i zezwalały na niemacanie klamek hamulcowych. Niestety, rarytas się skończył i zza agrafki wyskoczył na nas brutalny szuter.

To sprawia, że przebadany przez nas fragment drogi nie nadaje się na wykorzystanie do maratonu szosowego, choć udało nam się nim dotrzeć do Starej Bystricy. Tam też spostrzegliśmy, że raczej niepotrzebnie się wbijaliśmy w zaproponowaną przez Pana Cyklistę drogę, gdyż wkrótce – gdy już znaleźliśmy się na drodze standardowo zwanej asfaltową – natrafiliśmy na elegancką dróżkę, która wbiła się w naszą od lewej strony, a w potencji i wyobraźni (to niech oceni mapa, której nie mam w tej chwili przed oczyma) byłaby w stanie sprowadzić w to miejsce pojazdy startujące z punktu, w którym my obraliśmy inną drogę. Niechaj o tym rozstrzyga kolejna ekspedycja poszukiwawcza.

Tak czy owak, mijaliśmy w tamtej okolicy (będąc w tendencji spadkowowysokościowej) kolejne wioski oraz martwą kurę, by w końcu znaleźć się w okolicy jakiegoś miasteczka (Krasna?), które wprawnym manewrem zasugerowanym przez Pana Cyklistę wyminęliśmy i skierowaliśmy się na Czacę. Niestety, obrana przez nas droga do Czacy też wydaje się nieodpowiednia dla maratonu szosowego, ale z przyczyn przeciwnych – jest zbyt ruchliwa (choć istnieje prawdopodobieństwo, że ma dla siebie alternatywę, bo w pewnym momencie do wjazdu w taką właśnie mniej natężoną dróżkę zostaliśmy zobligowani znakiem zakazu rowerowego). Za Czacą rozdzieliliśmy nasze rumaki z drogą na Czeski Cieszyn i skierowaliśmy się na Zwardoń. Wtedy to mogliśmy zacząć dokonywać wariacji na temat jednej z naszych ulubionych piosenek, co wyszło jakoś tak:

Jak to, jak to się stało,
że sto kilosów, się natrzepało?!

Nasz towarzysz – bynajmniej nie przez przyśpiewki – zaczął wyraźnie od nas odstawać, więc zaproponowaliśmy, że pojedziemy swoim tempem i po polskiej stronie zorganizujemy szybko jakąś herbatkę, by nie musiał czekać. Pan przystał na to i pojechaliśmy, by na ojczyzny łono wrócić przed zmrokiem. I tak pojawiliśmy się w Zwardoniu (dokąd droga początkowo łagodnie się wznosi, a na ostatnim kilometrze raczej brutalnie), i w stacyjnobenzynowym sklepiku daliśmy się oczarować kosmicznej marży. A że Pan najwyraźniej zapomniał o wcześniejszych ustaleniach i tylko przemknął koło stacyjki, to pobiłem swój rekord w przełykaniu przepłaconych herbat. Do Milówki dotarliśmy już bez większych ceregieli przez Laliki, choć na siłę za ceregiel można uznać poruszanie się rowerem po drodze ekspresowej. I zaczynający kropić deszcz.

Dodam jeszcze, że umorusaliśmy się niemiłosiernie w tym błotku, ale co tam – przecież sezon przełajowy w pełni. Z kolei dość pozytywnie zaskoczył nas pokonany dystans: 123,74 km, szczerze mówiąc, nie spodziewaliśmy się, że będziemy w stanie w miarę przyzwoicie pokonać przy obecnej dyspozycji tyle kilometrów. Wprawdzie trasa nie była specjalnie trudna – raptem 3 podjazdy (ciekawe, że dwa z nich prowadziły do granicy państwowej), a pogoda raczej nie najgorsza – może trochę mokro, ale nie możemy powiedzieć, że było nam zimno, jednak ostrożnie kalkulując, spodziewałem się, że 80 km to będzie mój maks. Ale do średniej się przyznawać nie będę ;)

To by w zasadzie było na tyle, ale nie oprę się pokusie napomknięcia o wspaniałych widokach, jakimi raczyła nas Słowacja. Ośnieżone szczyty w słoneczny dzień – mniam; chyba właśnie po to są góry.

Resztę faktów i nieco zdjęć zobowiązał się zapodać Michał :D

Tekst: Dobry, Foto i ślad GPS: mickrz

Facebook