Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
28.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Być jak Napoleon, ale na… rowerze
17 października 2009
O Memoriale Czesława Popławskiego w sieci
19 października 2009

Pętla beskidzka – relacja Tomka Kaczmarka z Green Way Team

Ponieważ od roku mam w swej „stajni” również rower szosowy, a do tego stał się on moim głównie objeżdżanym sprzętem, zdecydowałem się wziąć udział w maratonie szosowym, który się odbył latem w Istebnej, pod nazwą Pętla Beskidzka. Do wyboru były trzy dystanse 75km/1300m 154km/2600m i królewski 225km/3100m. Najbardziej mnie kusił najdłuższy dystans między innymi dlatego, że była tam pętla wokół Babiej Góry, której rejony stały się swego czasu miejscem moich treningów. Jednak prawda jest taka, że byłem tydzień po maratonie w Krynicy i trochę się bałem, czy wytrzymam. Jak się okazało, moje obawy były słusznie, ale nie uprzedzajmy faktów.

Ostatecznie zdecydowałem się na dystans 154km. Startowaliśmy (jak to ostatnio bywa) razem ze Zbyszkiem Bierytem. Tym razem postanowiliśmy zmienić taktykę. Umówiliśmy się, że nie uciekamy jeden drugiemu, tylko jedziemy we dwóch, a jak jeden słabnie, drugi na niego czeka. Pierwsze kilometry po starcie prowadziły w lasach z Istebnej w kierunku Ochodzitej po wyłączonych z ruchu samochodowego drogach asfaltowych. Stawka się rozciąga. Narzuciliśmy ostre tempo i przeskoczyliśmy od grupki do grupki przesuwając się stale do przodu. Ostre podjazdy przed samą Ochodzitą mocno rozciągnęły stawkę – kilkuosobowe grupki już jechały w dużych odstępach. Chwile oddechu dawały nam szybkie długie zjazdy. Pilnowaliśmy się ze Zbyszkiem i mknęliśmy do przodu. Prędkości dochodziły do 70km/h.

Po wjeździe do Republiki Czeskiej uformowała się kilkuosobowa grupka. Kilka osób z nami współpracowało, kilka wyraźnie odpoczywało w ogonie. Próbowaliśmy rwać, ale cały czas do nas dochodzili. Przy powrocie do Istebnej (pierwsza pętla) zapłaciliśmy za to – kilka osób odskoczyło na podjeździe i nam odjechało. Cały czas pilnowaliśmy się, by ten, kto był aktualnie silniejszy pomagał drugiemu. Kilka razy pomagał mi Zbyszek, ale zdarzało się, że i ja czekałem na niego. Ta pomoc była nie do przecenienia.  Po minięciu startu kierowaliśmy się w kierunku Kubalonki. Krótka wymiana zdań. Odzyskujemy siły i ostro do góry. Doszliśmy kilku uciekinierów. Kilka osób przykleiło się do nas, ale my nie mieliśmy jednak zamiaru znowu się „zajechać”, więc ostro zwolniliśmy, zmuszając do prowadzenia innych. Odpoczywałem z tyłu grupki, bo wiedziałem, że Zbyszek pilnował przodu.

Powoli zbliżyliśmy się do kulminacyjnego momentu programu, czyli podjazdu na przełęcz Salmopol. Do połowy podjazdu jechałem spokojnie z tyłu – odpoczywałem, zbierając siły. W połowie (niestety myślałem, że to jest już około 2/3 podjazdu, – czego zresztą o mały włos nie przypłaciłem zgonem przed szczytem) mocniej depnąłem na pedały. Urywając kolejnych towarzyszy podjazdu podjechałem do Zbyszka. Rzuciłem mu „wskakuj na koło” i we dwóch w szaleńczym jak dla nas tempie wspinamy się pod górę, przy okazji wyprzedzając z 10 zawodników. Jedna z wyprzedzanych osób przyłącza się do nas i w trójkę „pędzimy” na szczyt. Powoli zaczęło mi kończyć się paliwo, ale na szczęście Zbyszek z nowym towarzyszem ucieczki dawali zmiany, pozwalając mi odpocząć z tyłu.

W końcu była przełęcz Salmopol. Teraz zaczęły się zjazdy w kierunku Szczyrku. Znowu było szaleńcze tempo. Ile tylko mieliśmy sił, by dokręcać – dokręcaliśmy, cały czas dając sobie solidarnie zmiany. I tak w kierunku Żywca, ale… Niestety, tu powoli zacząłem odczuwać, że gasnę, choć starałem się nie odpaść od pozostałej dwójki. Udało mi się to do ostatniego bufetu w Węgierskiej Górce, gdzie daliśmy znak naszemu współtowarzyszowi, że raczej nie damy rady jechać z nim dłużej. Dalej męczyliśmy się już we dwóch. Przed ostatnim podjazdem powiedziałem Zbyszkowi, by jechał sam, bo zupełnie opadłem z sił. Jedyne usprawiedliwienie jest takie, że podjazd momentami dochodził do 20% nachylenia, a ja miałem już ponad 140km/2000m przewyższenia w nogach. To właśnie tam wyprzedziło mnie kilka osób. Na szczycie miałem ostatni zryw, bo już wiedziałem, co mnie czeka. Przy życiu trzymała mnie tylko wizja bliskiej mety i że odtąd będzie już raczej w dół. W końcu, po 15km była upragniona meta. Powiem wam szczerze, że tak totalnie zmęczony nie byłem dawno! Nawet ostatnie maratony górskie tak mnie nie wyczerpały…

Najwspanialszym doświadczeniem, raczej niespotykanym na MTB, była współpraca tzw. jazda po zmianach. Czasami po prostu można odpocząć z tyłu stawki nie zmniejszając specjalnie tempa, z jakim się jedzie. Moje miejsce 18. w swojej kategorii wiekowej, to dużo powyżej tego, czego się spodziewałem. Zbyszek był 15. Myślę, że ten wynik to w dużej mierze zasługa naszej taktyki. Dokąd się dało, ten kto czuł się lepiej, czekał na osobę mającą chwilową słabość i pozwalał jej odpocząć na kole. To dało naprawdę niezłe efekty! Chwilowa niedyspozycja nie zniechęciła żadnego z nas, a pomoc kolegi mobilizowała do wzięcia się w garść i równego deptania po pedałach. Za rok ma być trzydniowa edycja tej imprezy i myślę, że na pewno będę w niej uczestniczył. Jest to naprawdę świetna zabawa – niemniej męcząca od MTB, a taktycznie nawet ciekawsza. Polecam zapaleńcom.

Autor : Tomasz Kaczmarek

Facebook