Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
,,Klasyk Kłodzki" 2005 to nasz kolejny cel
28 listopada 2007
Glocknerman
29 listopada 2007

Relacja z Pucharu Polski w Maratonach Szosowych (Choszczno – „Pętla Drawska” 11-12 czerwca 2005)

Rupert

 

Czy miła zabawa i zajęcie czołowych miejsc na maratonie w Łobzie nie podsunęło nam kolejnego genialnego pomysłu?? Ależ oczywiście że tak. Jak tylko spotkaliśmy się po pierwszym maratonie, od razu podjęliśmy decyzje że weźmiemy udział w kolejnym. 10- 12 czerwca to data kolejnego Szosowego Maratonu Rowerowego ,,Pętla Drawska”.

Zgłoszenie poszło już pod koniec maja. Kamila Walasiak, Albin Kozakiewicz, Marek Bąk, Krzysztof Łączak i ja postanowiliśmy po raz drugi zmierzyć się z dystansem i z własnym wysiłkiem. A więc formularz zgłoszenia poszedł, kasa została wysłana, kolejny ważny termin to data kiedy spotkaliśmy się u mnie aby przejrzeć i naprawić ewentualne części w naszych bikach. Każdy z nas nie mógł doczekać sie tego maratonu. Zapowiadała się ostra jazda połączona z miłym wypoczynkiem. Ja sam chciałem sie jak najlepiej do niego przygotować. Zaraz po ,,łobeskim” zacząłem razem z kumplami trenować, zdrowo sie odżywiać, łykać witaminy (a szczególnie magnez, który zapobiega skurczom!!)

No cóż, dzień przez wszyscy byli spakowani, wymienialiśmy jeszcze zdania na temat ubiory na sam wyścig, ponieważ pogoda nie zapowiadała sie na rewelacyjną. Dnia 9 czerwca wsiedliśmy do busa razem z naszymi ,,rumakami” i plecakami i ruszyliśmy na kolejną ,,wielka wyprawę” myślę że ten wyjazd można spokojnie tak nazwać. Maraton w Łobzie był pewna formą zabawy. Nikt z nas nie przypuszczał, że ta impreza odbędzie się na tak wysokim szczeblu, a tym bardziej że nikt z nas nie osiągnie tak zadowalających wyników.

Do Choszczna jechaliśmy mając juz wszystkie sprawy ,,zapięte na ostatni guzik” Zgłoszenie przyjęte, kasa wysłana, zgoda od rodziców i lekarza była, nocleg w szkole (dokładnie w klasie) załatwimy, rowery gotowe do jazdy a my z wielkim entuzjazmem siedzieliśmy w busie i z wielkim zapałem rozmawialiśmy już o samym wyścigu. Dojechaliśmy na miejsce koło godz. 17. Było tam juz sporo uczestników.

Podziwialiśmy inne rowery, marki, osprzęt i przypuszczalne ceny jakie musieli dać za nie ich właściciele. Jedna nie mieliśmy (nie mamy i mam nadzieje, że nie będziemy mieć żadnych zastrzeżeń co do swoich rowerów. Jakie są, takie są, ale oprócz roweru liczy się także co potrafi jego właściciel. A więc na samym początku dostaliśmy numerki startowe, drobne upominki i gażdzety i jak się okazało potem………..nie ma miejsca w szkole. Jedyne miejsce gdzie można przenocować to sala gimnastyczna. Jednak ten problem rozwiązaliśmy szybko i bez problemu (głównie dzięki organizatorom, którym należy się RESPECT). Główny organizator postanowil udostępnic nam……szatnię przy sali gimnastycznej. Stwierdziliśmy: czemu nie?? Prysznice pod ręką, sporo miejsca, rowerki jest gdzie schować. Bierzemy!

Rozlokowaliśmy się w naszym tymczasowym ,,pokoju wypoczynkowym” i było spoko. Miła atmosfera, mili ludzie, żadnych zgrzytów, problemów. Wszystko załatwione przez organizatorów co to ,,joty” Odprawa techniczna odbyła się o godzinie 22.00 i była bardzo jasna. Sędziowie przypomnieli o najważniejszych punktach, pokazali w jaki sposób jest oznakowana trasa (kolejny ukłon w stronę organizatorów, za świetne oznakowanie trasy), powiedzieli gdzie należy uważać, gdzie znajdują się punkty kontrolne i żywieniowe. No cóż…..Nie zostało nam nic innego jak wyczekiwać jutrzejszego dnia…dodajmy: WIELKIEGO DNIA.

Wieczorem położyliśmy się wcześniej spać (w między czasie zapoznaliśmy się z jakimiś ,,laskami” z Choszczna ale to żadna rewelacja;];])) Rano o godzinie 7.30 zadzwoniły wszystkie budziki w naszych telefonach. Wstajemy, jakiś prysznic i śniadanko.

Oczywiście było adekwatne do sytuacji, jakiś banan, jogurt, ryż albo ser. Zerknięcie przez okno uświadomiło nas w przekonaniu, że pogoda będzie wyśmienita: słoneczko praży, żadnej chmurki. Ubieramy się ,,na krótko”. Ostatnie poprawki jeżeli chodzi o żarcie na maraton, klucze i inne przedmioty.

Zamykamy naszą ,,rezydencje” i wskakujemy na rowerki. Szczerze mówiąc cholernie się denerwowałem. Mnóstwo uczestników, widać że zawodowcy a my ,,laicy”. Z prowincji na dodatek. No ale nic, mówi się, że nie szata (chyba rower) zdobi człowieka. Dojechaliśmy na miejsce startu. Wszystko ekstra przygotowane, sporo widzów i oczywiście mnóstwo pasjonatów tego sportu. Wszystko układało się bardzo dobrze do momentu, kiedy na niebie pojawiły się siwe chmurki. Słońce zaszło, zrobiło się zimno i zaczął wiać zimny wiatr. Decyzja była jednomyślna: grzejemy bo bluzy do bazy.

Ubrani cieple (choć nie powiem, żeby była to jakaś rewelacja), mając jeszcze sporo wolnego czasu (zdążyliśmy już załapać się na wspólne zdjęcie dla wszystkich) postanowiliśmy pośmigać na rowerkach po okolicy. Wiało niemiłosiernie, czekałem tylko na deszcz, który miał spaść lada chwila. Start naszej grupy przewidzieli na 10. 15. Wpadliśmy na start jakoś po 9. W międzyczasie zapoznaliśmy się z Karolem i Radkiem (spoko ziomki, też startowali, pozdro dla nich).

Boże czy to ma być tak zimno przez cały maraton?? Cały czas zadawałem sobie to pytanie spoglądając na niebo. O 10. już byliśmy przy linii mety. Tuż przed naszym startem musieliśmy jeszcze przewiesić numery startowe na koszulkach (były za wysoko:). Stanęliśmy na starcie, Każdy zmarznięty, zdenerwowany ale z uśmiechem na twarzy. Bo czy może być cos piękniejszego niż kolejny maraton…..??

Sędzia podniósł chorągiewkę i usłyszeliśmy gwizdek. Jazda!!. Kilku mieszkańców Choszczna zaczęło bić nam brawo. Ekstra. Ruszyliśmy. OD razu ostawiliśmy sie dwójkami. Jechałem z przodu. Strasznie zmarzłem czekając na tą chwilę, ale wiedziałem, że jeszcze chwila i zaraz się rozgrzeję. Jak na razie nie padało….ufff. A co do trasy…. Nasz najbliższy punkt zaczepienia to Kalisz pomorski, do którego mieliśmy jakieś 30 km. Pogoda nie zamierzała się poprawić.

Jednak kolejne górki powodowały, że było w miarę ciepło. Mijaliśmy kolejne miejscowości. Ludzie, stojąc przy własnych bramkach, patrzyli na nas ze zdumieniem. Dojechaliśmy do Drawna. Wszyscy czuli się bardzo dobrze. Jechaliśmy razem, koło w koło. Co jakiś czas zmienialiśmy osoby będące z przodu. A sprzęt…Jak na razie wszystko było OK, żadnej gumy. J

echaliśmy jednym tempem, około 28 km/h. Myślę, że było to tępo adekwatne do pogody, ukształtowania terenu i naszych możliwości. Co jakiś czas wyprzedzały nas grupy kolarzy, choć nie powodowało to w nas jakichkolwiek negatywnych uczuć. My mieliśmy siebie na wzajem, wzajemną pomoc i wspólny cel: szczęśliwie i z zadowalającym czasem dojechać do mety. między Choszcznem a Kaliszem droga była udana. Niewiele wzniesień, stan asfaltu (i nasz) dobry.

Do Kalisza wjechaliśmy spokojnie, bez większych problemów, nie było żadnego problemu z oznakowaniem, poprostu cała trasa była świetnie oznakowana i naprawdę trzeba było być ,,debeściakiem” żeby się zgubić. Z prywatnych źródeł wiedzieliśmy, że odcinek Kalisz Pomorski – Drawsko Pomorskie to najtrudniejszy odcinek w całym maratonie. No w końcu jechaliśmy po Pojezierzu Drawskim. Zaraz za Kaliszem zaczęły się górki. A co do pogody…..bleee. Jednak moim skromnym zdaniem te górki ,,urozmaiciły” naszą jazdę i czas spędzany na siodełku. Jeżeli chodzi o profil trasy: zjazd – podjazd, zjazd – podjazd itd.

Czy to spowodowało że osłabliśmy ??Nie….Wszamaliśmy po batonie i bananie, zapiliśmy to żywcem (oczywiście wodą) i jechaliśmy dalej. Bardzo byłem ciekaw jak będzie wyglądała trasa przed samym Drawskiem. Słyszałem, że górki są tam większe a pomiędzy dobrą nawierzchnią występują tzn. ,,kocie łby”. Dlaczego….?? Poligon wojskowy, czołgi, samochody opancerzone i takie tam. Kolejna, o wiele wyższa i bardziej stroma górka uświadomiła nas, że zbliżamy się do Drawska. Teraz zdobywaliśmy kolejne takie górki, co wydaje mi się nie było wielką rewelacją, ponieważ na każdą kolejną górkę wjeżdżaliśmy praktycznie siła rozpędu. No na pewno nie na całą, ale myślę, że na połowę to spokojnie.

Tak jak można było się tego spodziewać zaczęły się również ,,kocie łby”, choć nie były wcale takie tragiczne:] Każdy z nas z utęsknieniem wyczekiwał Drawska i punktu żywieniowego, bo nie ma co ukrywać, kończyły się batony i banany, a w bidonach ,,chlupało” coraz mniej wody. Chyba odcinek Kalisz- Drawsko pozwolił nam wyprzedzić najwięcej innych kolarzy. Dlaczego…?? Przeważnie byli to Ci którzy jechali na ,,dużą pętlę” więc musieli oszczędzać swoje siły. Ale na pewno był to bardzo sympatyczny przejazd: mijasz takiego gościa i słyszysz: ,,powodzenia” albo ,,nieźle chłopaki grzejecie”.

To chyba ważne słowa dla takiej osoby. No ale mniejsza a tym. Po pokonaniu kolejnej górki ukazał się znak Drawska a w nim punkt żywieniowy. Zajeżdżamy na punkt a tam……..czego dusza zapragnie: kanapki, batony, banany, pączki, ciasto, jogurty. Jednak cala radość nie trwała długo. Uzupełniliśmy przydzielony nam zapas i ruszyliśmy dalej. Kolejna miejscowość to Łobez – nasza rodzinna dziura. Trasa Drawsko- Łobez to był miód, malina. Cały czas z górki, praktycznie zero podjazdów a przed samym Łobzem płasko. Ten odcinek pozwolił nam się zregenerować, nogi odpoczęły, kręgosłup się trochę ,,naprostował”, ręce się rozluźniły. AHA!! Prawie bym zapomniał o Bogdanie. Przyczepił się do nas w Drawsku. Gość pod 30-tke, niezły sprzęt i sam w sobie był spoko (pozdro dla niego).

Wjeżdżając do Łobza musieliśmy wyprzedzić jakąś panią w Golfie (cholernie się wlekła, to ją wyprzedziliśmy na przejeździe kolejowym;];]) Do Łobza wjeżdżamy dumnie…Znamy tu dużo ludzi. Co niektórzy zatrzymują się i patrzą na nas. Punkt kontrolny i żywieniowy ma się mieścić przy ŁDK ale jak się okazuje zastajemy go przy ,,pomniku”.

Na punkcie czekają nasi rodzice, tatusie, mamusie, siostrzyczki i braciszkowie…Pakują nam kieszenie jedzonkiem i dają żebyśmy jedli. Opchałem się jak nic….Z resztą chyba nie tylko ja. Każdy z nas nie dość że był obładowany żarciem to jeszcze sam się tego najadł. Poświęciliśmy na tym punkcie całe 2 minuty a droga do Węgorzyna to bym istny koszmar. Sam się na siebie wkurzyłem, że pozwoliłem sobie aż tyle zjeść i jeszcze zalałem to Danwiwą żeby było śmieszniej.

Cały czas trzymał się nas Bogdan. Jak się później okazało, nigdy w życiu nie przejechał tak długiego dystansu za jednym zamachem. Trochę się z niego śmialiśmy a on sam powiedział, że jak dojedzie na metę to…………………ogoli sobie nogi. Myślałem, że pospadamy z chłopakami z siodełek ze śmiechu. Chyba na trasie Węgorzyno – Recz każdy nas przeżywał największy kryzys (przynajmniej ja). Nagle wszyscy zaniemówili, każdy patrzył na koło zawodnika z przodu albo na asfalt.

Nikt nie podnosił głowy, nie oglądał się na innych albo do tyłu, czasem tylko ktoś sięgnął po bidon albo do kieszeni po kęsa batona (całego nie dalibyśmy na raz zjeść). A co do pogody: nadal była fatalna. Wiał wiatr, byłem pewny, że zaraz lunie ulewa, ogólnie nie było przyjemnie. Przed samym Reczem Bączek złapał kapcia z tyłu. Nasza reakcja była natychmiastowa. Pompka, zaworek i poszedł. Kolo napompowaliśmy ale niewiele to dało. Postanowiliśmy dojechać do Recza i tam zahaczyć o jakiś CPN. Na nasze szczęście przy samym wjeździe był Orlen (nie żebym reklamę robił). Zajeżdżamy i tak jakby każdy wiedział co ma robić. Jeden odkręca kolo, drugi szykuje dętkę, trzeci łatkę i klej a czwarty czeka z pompką ciśnieniową. Wszystko trwało dosłownie moment. Byłem pod wrażeniem jak szybko i jak skutecznie sobie poradziliśmy sobie z tym problemem. Każdy chciał pomóc, nikt nie stronił się od tego. I to chyba jest najważniejsze w teamie, żeby jeden mógł liczyć na drugiego. Myśle, że ta sytuacja była dla nas najważniejszym sprawdzianem, jak potrafimy zachować się będąc w grupie. Każdy z nas wykonywał te czynności z jakimś ,,błyskiem w oku”, tak jakby chciał powiedzieć: nie martw się Bączek, zaraz Ci pomożemy, wszystko będzie OK, nie martw się.

Po tej wspólnej próbie wróciliśmy na trasę i grzaliśmy dalej. Wiedzieliśmy, że to juz niedaleko, że to kwestia kilku kilometrów i kilkunastu minut. Chciałem zjeść batona ale mój żołądek kategorycznie odmówił; podsuną mi jedynie pomysł aby ugryźć kawałek banana. Nasze ostatnie zmartwienie to 3 km. podjazd przed samym Choszcznem. Ta górka była poprostu na dobicie. Ale miała też swoje plusy. W połowie górki było widać wieże od kościoła w Choszcznie. Jechaliśmy widzą juz metę, widzą tych ludzi klaskających nam brawo i nas samych zsiadających z siodełek. Pokonaliśmy górkę, przecięliśmy pierwsze skrzyżowanie, dalej prosto, jeszcze jeden delikatny podjazd i już widać metę!! Widać sędziów, ludzi, innych kolarzy.

Najbardziej z nas wszystkich chyba cieszyli się Bogdan. Był to dla niego cholerny wysiłek, ale dojechał. Pokonał właśnie przeciwności, ból w nogach, rękach i kręgosłupie (chyba tak jak my). Pokonaliśmy zimno, pokonaliśmy wiatr, pokonaliśmy kryzys, problemy z przejedzeniem i co najważniejsze: przejechaliśmy te 152 km w ciągu 5h. 51 min. i 33 sec. Na metę wjechaliśmy razem, jeden obok drugiego, jak ,,5 nie ustraszonych na swoich rumakach”. Podszedł do nas sędzia, pogratulował i co zrobił??? ROZDAL KARTKI NA DARMOWĄ GROCHÓWKĘ I BROWCA!!!! (tylko nie mówcie nikomu:). Nasza radość nie miała granic. Przybiliśmy wszyscy sobie po ,,5-tce” i usiedliśmy do stolika wraz z gorącą grochówką i chłodnym browcem. ,,Tak mamo, jestem na mecie”

 

autor: Rupert

Tekst za strony Bzykacze Łobez

Facebook