Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
III maraton 'Wyścig dookoła Miedwia'
17 sierpnia 2008
Gorzów Wielkopolski czeka na maratończyków
19 sierpnia 2008

Piąty Klasyk Kłodzki już stał się historią Pucharu Polski w Maratonach Szosowych – jubileuszowy. Rekordowa liczba maratończyków stawiła się na zielenieckim stoku. Większość z Nich, tych mających w pogardzie swoje metalowe cudeńka oraz swoje ciała, oczekiwała tego startu od miesięcy.

Wszak Klasyk Kłodzki to już legenda polskiego amatorskiego kolarstwa XXI wieku. To ostateczna próba dla fizycznej wytrzymałości, psychicznej odporności, umiejętności jazdy oraz perfekcji przygotowania sprzętu. Żaden Supermaraton nie budzi takich emocji, nie pozostawia takich wspomnień.

Rzut oka w kroniki i widzimy, że dwie pierwsze imprezy organizował zespół pod kierownictwem Agnieszki Włodarczyk a trzy kolejne zmontował team Katarzyny Michalik. Nie można tu nie wspomnieć architekta pierwszej klasycznej trasy z 2004 roku Grzegorza Grabca. Trasa ulega korektom co roku, ale pętla giga przewleka się przez te same przełęcze, które wskazał kiedyś w szalonej wizji Grzegorz. W tym roku miejsce startu po raz pierwszy nie zmieniło się.

Przez te lata o Klasyku było głośno ze względu na skrajne warunki atmosferyczne. W 2004 roku panowały w Kotlinie jesienne chłody a w 2006 włoskie upały. Z uciążliwością aury kłodzkich sobót mogą konkurować tylko gryfickie. Ale to nie szalona pogoda przyciąga tu maratończyków. Magnesem są cudowne widoki Ziemi Kłodzkiej – panorama z Zieleńca i Złotego Stoku, Srebrnej Góry, łąki na Puchaczówce, skały na podjeździe pod Lisią, Szczeliniec, panorama Bystrzycy Kłodzkiej.

Jest jeszcze COŚ niesamowitego na Klasyku Kłodzkim. Przez jednych znienawidzony, opluwany, przeklinany – przez drugich traktowany z fascynacją, która pcha do szalonych czynów – niebezpieczny w każdej postaci – „przez niego” przelewano na nim krew, niszczono kaski, koła, widelce, opony, że o dętkach i klockach hamulcowych nie wspomnę – tym czymś niesamowitym na Klasyku jest ASFALT, czymś magicznym jest jego brak na pewnych odcinkach. W ciągu tych lat mieliśmy każdy rodzaj nawierzchni na trasie.

Miałem to szczęście, że mogłem uczestniczyć we wszystkich pięciu pełnowymiarowych rundach giga wokół Kotliny Kłodzkiej. Preferuję samotną sportową walkę i cenniejsze są dla mnie te lokaty w czwartej piątce maratonów górskich niż te w pierwszej dziesiątce maratonów płaskich, które zdobyte zostały przede wszystkim dzięki grupowemu wysiłkowi. W górach muszę liczyć tylko na siebie. Okoliczności przyrody, bliskość od domu, atmosfera i magia miejsca sprawiają, że Wielkie Górskie Pętle to moja specjalność.

W tym roku mieliśmy całkiem fajną pogodę. Ten deszczyk rano nie mógł zrobić na mnie wrażenia po tym co przeżyłem po Ultramaratonie w Puławach gdzie przejechaliśmy przez oberwanie chmury, nocną burzę oraz dwie pomniejsze ulewy z piorunami a wszystko w przeciągu kilkunastu godzin na odcinku ponad 300km. Nie ma złej pogody na rower? Potrzebna jest determinacja i właściwe dobrane ubranie. Można być mokrym ale nie wolno zmarznąć. Tak właśnie udało mi się przejechać początkowe kilometry KK 08.

To miała być luźna wycieczka trwająca nawet ponad 10 godzin. Passa trzech wcześniejszych udanych startów dawała mi pełne pojęcie jak daję sobie radę na KK. Pewnie przez deszcz, mały chłodek i przemoczenie postanowiłem jednak robić podjazdy „na maxa”. Natomiast zjazdy miały dostarczać jak najwięcej przyjemności przyprawione tylko lekką nutka ryzyka i z wielkim szacunkiem dla sprzętu, który przyda się pewnie na Imagisie. Dla komfortu psychicznego wziąłem na Klasyk zestaw kół „B”. W rezultacie przeżyłem kolejny cudowny maraton i wykręciłem czas mieszczący się w mojej normie.

A inni nie mieli tyle szczęścia. Pewien bardzo doświadczony maratończyk przeleciał pod Łaszczową przez kierownicę hamując za mocno. Drugi weteran prawie wyeliminował się ze stawki kolarzy gdy kontynuował jazdę nie mając tylnego hamulca a z przodu dysponując 15% mocy hamowania. Na mecie KK każdy ma swoją niesamowitą przygodę. Ja przekonałem Acerolę, że należy wyjechać z Kłodzka tak jak było narysowane na oficjalnej mapie wiszącej w biurze zawodów. Co tam strzałki!? W efekcie pobłądziliśmy w rejonie Ławicy ale jakimś cudem jadąc w ślepą drogę asfaltową i dalej kamienistą ścieżką w dół doliny rzeki przebiliśmy się wprost na most w Młynowie. Mapa Targeo pokazuje dystans koło 900m krótszy ale my musieliśmy sporo czasu stracić bo doganiałem potem drugi raz Grigorego, co wielce zdziwiony był tym faktem.

To był najlepszy Klasyk z dotychczasowych? A tak! Trasa giga poprowadzona idealnie. Podjazd pod Spaloną troszkę łatwiejszy niż rok temu ale za to ładniejszy ze względu na otoczenie. Między Srebrną a Lisią tegoroczny wariant trasy zdecydowanie trudniejszy. Pogoda różnorodna ale w tych warunkach jestem przekonany, że pod każdą przełęcz zrobiłem rekordy życiowe. W bezpośrednim pojedynku w bardzo dobrym zawodnikiem na podjeździe na Lisią i Zieleniec wygrałem – tak pewnie nie był formie – ale w open mi dołożył.

Organizacja – perfekcja. Pomysł Pucharu Rodzinnego – super. I ten Gościu na mecie, który wszystkich znał i coś tam fajnie starał się dogadywać! Kto to? To Musaszi, który zamienił łopatkę na megafon. To wszystko uczyniło tę imprezę i jej klimat wyjątkowymi – niepowtarzalnymi.
Dziękuję Wszystkim za 5 x KK!

Adam 117 Filipek

Zdjęcie z galerii zamieszczonej na stronach Wrocławskiej Gazety Kolarskiej.

Facebook