Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Klasyk Kłodzki 2005
10 sierpnia 2005
Gryfland 2005
13 sierpnia 2005

II Supermaraton Rowerowy Gryfland (6-7 sierpnia 2005)

Paweł Koralewski,

Po Klasyku Kłodzkim apetyty na jazdę rowerem znacznie wzrosły. Wzmogłem treningi i przez miesiąc pokonałem ponad 900 km. Ostatni tydzień był co prawda leniwy pod względem rowerowym, ale doszedłem do wniosku, że tym chętniej wsiądę na siodełko w Gryficach, stęskniony za smakiem jazdy. Do Gryfic dotarłem samochodem wspólnie z panem Mirosławem Pyszczkiem i Romkiem Zelem. Baza zawodów mieści się w miejscowej szkole podstawowej. Tam też zlokalizowany jest  nasz nocleg – na sali gimnastycznej. Szybko okazało się, że w szkole nie ma ciepłej wody, ale to na razie nie było naszym największym problemem. Głównym tematem dyskusji była pogoda. Prognozy zapowiadają solidne opady deszczu przez cały dzień. Faktycznie chmury wkrótce nadchodzą i przez cały wieczór i noc pada.

Na odprawie technicznej dowiadujemy się, że trasa będzie oznakowana poprzez żółte strzałki i ludziki na rowerach tzw. Gryflandery namalowane na asfalcie. Później ta forma oznakowania wielu daje się we znaki, gdyż na mokrym asfalcie często były to oznaczenia niewidoczne. Rankiem niebo całkowicie zasnute chmurami. Przygotowuję isostara do bidonu, przebieram się i wtedy staje się… Zaczyna padać. Inni maratończycy mówią, że to już tradycja – nie ma maratonu bez deszczu. Ubieram kurtkę przeciwdeszczową i tuż przed 9 ruszam do centrum miasta na start. Moja grupa ma ruszyć o 9:10. Tymczasem deszcz nie odpuszcza. Kolarze przed startem próbują szukać schronienia pod drzewami, ale i te zaczynają „przeciekać”. Taka pogoda nie wróży za dobrze. Choć planowałem przejechać dwie pętle po 160 km, teraz zaczynam się wahać, czy nie powinienem poprzestać na jednej.


Nocleg na sali gimnastycznej SP-3 w Gryficach

9:10. W końcu startujemy. Moja grupka przez wiele kilometrów jedzie razem. Pierwsze wzniesienia na drodze do Pobierowa pokonujemy w dobrym tempie i po kilkunastu kilometrach z 15-osobowej grupy zostaje jeszcze 7-8 osób, potem jednak szybko się „rozjeżdżamy” – jedni do przodu, inni do tyłu. Deszcz przestaje siąpić, a nawet wychodzi słońce. Czas zacząć schnąć. Na jednym z podjazdów sięgam po bidon, ale po chwili bidon zamiast wrócić do koszyczka ląduje na asfalcie pod moim tylnym kołem na asfalcie i na domiar złego zaczyna staczać się z górki. Muszę się zatrzymać i gonić bidon:) Kilka minut później jestem już Pobierowie, pierwszym nadmorskim kurorcie, który mam pokonać. Niestety, na razie na piękne widoki wybrzeża nie mam co liczyć. Przychodzi mi jechać dośc ruchliwą magistralą nadmorską. Wkrótce mijam Pustkowo, Rewal, Trzęsacz i w oddali widzę fale tańczące po Bałtyku. Takim widokiem mogę się jednak cieszyć tylko przez kilkadziesiąt sekund na tej wielogodzinnej trasie. Wkrótce wjeżdżam do Niechorza. Tutaj muszę zmierzyć się z leniwie spędzającymi urlop turystami i samochodami wlekącymi się w równie urlopowym tempie. Prawie przez całą tą miejscowość przejeżdżam lewym pasem. Chwila oddechu, przekąska na tutejszym punkcie kontrolnym i już jestem w dalszej trasie. Nawet nie zdążyłem się zorientować, kiedy minąłem Pogorzelicę. Jestem już na drodze do Trzebiatowa. Na miejscowych pagórkach mija mnie peletonik około 10 kołobrzeskich cyklistów. Wszyscy ubrani w jednakowe błękitne stroje. Wyraźnie widać, że jadą grupą. Nie mam jednak szans, aby się przyłączyć, muszę zachowywać swoje spokojne tempo. W Trzebiatowie wspólnie z cyklistami z Gorzowa mijamy lewym pasem blisko kilometrowy korek, jaki stworzył się na światłach. Tylko cud sprawił, że samochody nie zasłoniły Gryflandera i prawidłowo skręcamy w lewo. Znów jestem poza miastem, ale mam dziwne przeczucie, że właśnie w Trzebiatowie miał być punkt kontrolny, teraz jednak to nie ma znaczenia, czas jechać dalej. Kolejny bufet zlokalizowany jest w Brojcach, ale tam nawet się nie zatrzymuję, krzyczę tylko swój numer startowy, aby zaoszczędzić czas.

Ostatni odcinek do Gryfic na półmetek pierwszej pętli wiedzie płaską drogą, ale pod wiatr. Niesamowicie się męczę i pochłaniam pierwszą porcję żelu energetycznego. W Gryficach jem kanapkę, słyszę o rzekomej dyskwalifikacji uczestnika, który podwoził się samochodem między punktami kontrolnymi. Cóż za dziecinada i oszukiwanie samego siebie, brak słów… Czym prędzej ruszam na drugą część pętli, która wiedzie drogą na Unibórz. W oddali widzę już czarne chmury. W Uniborzu zaczyna padać. Ubieram kurtkę przeciwdeszczową i ruszam dalej. Droga wiedzie lekko pod górę, ale silny wiatr pozwala na jazdę 30-35 km/h. Tymczasem deszcz przybiera na sile. W Płotach jest to już ulewa i chwilami mam trudności z odnajdywaniem Gryflanderów. Gdy docieram do Reska cały już płynę, buty chlupią, a dziewczyny na punkcie kontrolnym patrzą na mnie z politowaniem. Mimo ciężkich warunków czuję się jednak dobrze. Jazda w deszczu jest bardzo przyjemna, a dodatkowo wiatr staje się słabszy i aż do mety pierwszego okrążenia w Gryficach nie muszę z nim walczyć. Po drodze wyprzedza mnie jeszcze grupka, w której jedzie Romek Zelem. Życzę mu powodzenia, a sam zostaję znów z tyłu. Deszcz kończy się, wychodzi słońce i jazda w mokrych ubraniach przestaje być przyjemna.


Miejsce startu, było deszczowo

15:12. Melduję się na mecie pierwszego okrążenia. Tu spotkam Romka i zjadam rosół. Następnie szybko wracam do bazy, myję nogi w zimnej wodzie i przebieram się w suchy strój i buty. Teraz najchętniej bym odpoczął. Nie mam już ochoty na dalszą jazdę, mimo to o 15:50 ruszam dalej. Pierwsze 30 km to katorga, a ja zastanawiam się, czemu dałem się wciągnąć w takie wariactwo. Kiedy jednak od Pobierowa zaczyna się jazda z wiatrem kryzys momentalnie mija i później aż do samej mety nie mam żadnych problemów z jazdą.


Wjazd na półmetek drugiej pętli

Na punkcie kontrolnym w Niechorzu pytam się, czy ktoś jedzie tuż przede mną. Okazuję się, że już dawno tam nikogo nie było. Staję na chwilę, żeby spokojnie zjeść kanapkę i banana. Nagle dojeżdżają do mnie panowie Wacław Żurakowski ze Świebodzina i Bogusław Kuczyński ze Śremu. Szybko dowiaduję się, że na pierwszej pętli w czasie ulewy przegapili Gryflandera i nadrobili ponad 20 km, tracąc przy tym godzinę czas. Wspólnie z nimi jedziemy już do samej mety, przez ponad 120 km. Dla mnie to wielka ulga, gdyż w końcu nie jadę sam, a dla współtowarzyszy to również pomoc, ze względu na ich małe kłopoty zdrowotne. Cała druga pętla praktycznie przejechana jest w pięknej pogodzie. W okolicach Trzebiatowa pada przelotny deszcz. Jednocześnie świecące słońce powoduje, że po deszczu ukazuje się nam prześliczna tęcza rozpostarta nad samą drogą, która tworzy coś w rodzaju kolorowych wrót do Trzebiatowa. Niesamowity widok. Właśnie w tej miejscowości trafiamy na punkt kontrolny, którego wcześniej żaden z nas nie dostrzegł. Jest to pewien mały zgrzyt na tym maratonie, gdyż wcześniej punkt był nieco ukryty w głębi i wielu maratończyków go ominęło. Ostatecznie prawdopodobnie anulowano ten punkt na pierwszej pętli.


Postój na bufecie w Gryficach, wspólnie z p.Żurakowskim

19:25. Jesteśmy na punkcie kontrolnym w Gryficach. Romek Zelem robi nam tu kilka zdjęć. W tym czasie napełniam bidon wodą i próbuję wsypać do niego kapsułki isostara, jednak po długiej jeździe isostar jest w tubce w proszku i część wysypuje mi się na rower. Romek stwierdza na ten widok, że jak rower wciągnie isostara to będzie lepiej jechać. I tak jest w istocie:) Czuję się wyśmienicie, a do pokonania tylko 70 km. Już teraz wiem, że pobiję mój rekord życiowy, który od 3 lat wynosił 252 km. Ostatni odcinek trasy to sama przyjemność. Jedynym problemem jest nastająca powoli ciemność. Jeszcze gdy było szaro tuż przed nami przemknęła sarenka. Ale po 21:30 robi się naprawdę ciemno. Szczególnie odczuwalne jest to w lasach, gdzie nie widać praktycznie nic poza kawałkiem asfaltu tuż przed rowerem oświetlanym przez lampkę, a od czasu do czasu przemykają z przeciwka samochody na oślepiających długich światłach. Chwilami trzeba się wręcz zatrzymywać. Przed samymi Gryficami jeszcze nieduża mżawka, ale to kompletnie nie ma dla nas znaczenia. Ostatecznie o 22:13 wjeżdżamy na metę. Bez pomocy współtowarzyszy drugiej pętli miałbym z tym jednak trudności i jestem im bardzo wdzięczny za pomoc.

Dystans 311 km (oficjalnie 320 km) pokonałem w czasie 13 godzin 3 minuty przy średniej z licznika 26,5 km/h. Na postoje straciłem zatem około 1 godziny i 15 minut. Uważam ogólny rezultat za niezły wynik. W przyszłości może pokuszę się o poprawienie rekordu. Na razie jednak myślę o prysznicu… oczywiście zimnym, bo tylko takim dysponuje baza zawodów. Nawet taka kąpiel sprawia jednak przyjemność. W tym czasie zawodnicy, którzy wcześniej ukończyli maraton bawią się przy ognisku na wsi. Na sali gimnastycznej jest więc dość pusto. Przed północą wracam jeszcze na chwilę na metę. Akurat dojeżdżają do niej siostry Tamiłowskie z Torunia. Również wybrały 2 pętle zamiast ogniska. Zaczynają wspominać o planach przejechania 418 km na maratonie w Gorzowie. Ja w tym czasie myślę raczej o odpoczynku.


Przede mną już ostatnie 70 km

Rankiem kilkakrotnie podawano wyniki, korygowano je, wręczono medale, a na oficjalne rezultaty w Internecie i tak trzeba było czekać jeszcze kilka dni. Mimo wszystko imprezę uważam za udaną. Jeśli organizatorzy poprawią kilka tegorocznych niedociągnięć, w przyszłym roku może być naprawdę ciekawie. A tymczasem już czekam na IV Gorzowski Maraton Rowerowy, który 27 sierpnia zakończy tegoroczny sezon…


Tuz po dekoracji (od lewej): Romek Zelem, Ewa Jurecka,
Mirosław Pyszczek, ja i Roland Listner

Więcej o maratonach szosowych: www.supermaraton.org

Zdjęcia pochodzą ze strony Romka Zelem: www.romek.cyklista.pl

Tekst pochodzi ze strony Lubuszanie 73 


Facebook