Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
28.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Wyniki Pucharu Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2011
24 września 2011
Śmierć kolarzy
27 września 2011

Wszystkie trzy noszą imiona rozpoczynające się na literę M, jeżdżą na rowerach szosowych i ukończyły 30 lat. Każda z nich 25.09.2011r. stanęła na podium i odebrała należny jej puchar w klasyfikacji open kobiet podczas uroczystości kończącej tegoroczne zmagania w Pucharze Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych.

Stojąca na najwyższym stopniu – Monika Jagodzińska uczestniczyła w 9 maratonach, na każdym jadąc dystans Giga. Stojąca po jej prawej stronie – Monika Buchowiecka zaliczyła 10 startów: 1 na Mini, 5 na Mega i 4 na Giga. Stojąca po stronie lewej Marzena Szymańska przejechała 8 maratonów, 6 razy będąc klasyfikowaną na dystansie Giga, raz na Ultra i raz na Mini.

Każdy maraton to spotkanie. Z koleżankami, kolegami ale także z samym sobą. Ostatni maraton w sezonie jest zwykle inny niż wszystkie. Skłania do podsumowań i refleksji. Jak było? Gdzie można było być, a się nie było? Które starty mogły wypaść lepiej? Ilu fantastycznych ludzi poznało się na trasie? Ile wspólnych rozmów, radości i smutków…

Przyjechaliśmy z Krzysiem do Łobza, choć niewiele brakowało, a by nas tam nie było. Tuż przed wyjazdem Krzysztof złapał grypę. Pojechał bez roweru, w roli kibica. W sobotę miałam wystartować sama, bez niego. Grupę miałam bardzo ciekawą. Byli w niej m.in. Monika i Jarek, Beata Tulimowska, Edward Dąbrowski i Kamil Chwistecki.

Na miejscu w Łobzie rozpakowaliśmy się, zajęliśmy jedną z klas i po przywitaniu się ze znajomymi maratończykami poszliśmy spać.

Sobota

To był piękny, słoneczny dzień. Moja grupa startowała dopiero o 8:45. Wstaliśmy odpowiednio wcześniej, by pochodzić po szkole i pogadać z kolegami i koleżankami. Bardzo miło było spotkać Zdzisława Repsa, który powoli dochodzi do zdrowia po groźnym wypadku, któremu uległ podczas maratonu w Kluczborku. Chodzi jeszcze o kulach, ale w listopadzie będzie mógł się ich pozbyć. Nieśmiało wspominał coś o ewentualnych startach na dystansach Mega w przyszłym roku. Wielce radosne to wieści!

Poranek był zimny. Wystartowaliśmy żwawo. Chłopaki zmieniali się na prowadzeniu peletoniku, a Monika i ja chowałyśmy się za ich plecami. Niestety nie wystartowała z nami Beata. Okazało się, że zapomniała założyć na kostkę czipa. Musiała po niego wrócić do bazy i na trasę ruszyła później.

Jechaliśmy tak sobie wszyscy kółko w kółko do 21 km trasy. W zakręty z dużą prędkością wchodzę kiepsko i sporo na tym tracę. Tu było podobnie: zakręt, potem leciutko pod górę. Na zakręcie miałam lekką stratę, której niestety nie zdołałam nadrobić i odpadłam od grupy. Wraz ze mną zostali Kamil i Wiesiek Mirolewicz z WTRu, którego chwilę wcześniej jako cała jeszcze grupa doszliśmy.

Próbowaliśmy gonić, ale było za późno. Grupa oddalała się powoli ale konsekwentnie. Wiesław wydarł do przodu i zostaliśmy z Kamilem sami. Raz on jechał na kole mi, raz ja jemu. Potem odskoczyłam do przodu i jechałam sama. Kamil dogonił mnie później twierdząc, że za nami jedzie ekipa z Gryfic i warto by się do nich podłączyć.

Faktycznie, niedługo, gdyśmy byli kawałek za Węgorzynem, pojawił się Marek Zadworny i jego grupa. Siadłam na kole ostatniego chłopaka i tak jechaliśmy aż do bardzo ostrego skrętu w lewo. Tego skrętu, o którym organizator na odprawie mówił, że trzeba bardzo uważać, by się nie pomylić i nie pojechać w stronę Drawska.

Jeszcze jakiś czas utrzymałam się za grupą Marka, potem odpuściłam. Ich tempo było trochę szarpane. Wolałam jechać swoje. Kamil poleciał za nimi i tak to znowu zostałam sama. Jechało mi się strasznie, miałam wrażenie, że bolą mnie wszystkie kości, w szczególności te które tworzą kręgosłup w odcinku lędźwiowym. Tętno miałam cały czas nienaturalnie wysokie i nie potrafiłam zrobić nic by je obniżyć. Jechałam, ale jakobym nie jechała. W

Wszystko wydawało mi się nierealne. Około 70 km trasy miałam kompletnie dość i zaczęłam się zastanawiać, czy nie odpuścić sobie i nie zjechać na Mini. Na wjeździe do Łobza złapał mnie samotnie jadący Szerszeń. Twierdził, że jechał tak za mną od dłuższego czasu i co prawie mu się udawało mnie złapać, to pojawiała się górka i uciekałam. Zapytał dlaczego choć raz się nie odwróciłam i nie poczekałam, bo razem by nam było raźniej.

Chwilę później pojawiła się większa ekipa Szerszeni jadąca z Moniką Buchowiecką (ponoć krótko po starcie złapała kapcia). Mój miły Szerszeń próbował spowolnić grupę, abym się mogła podczepić. Ja jednak krzyknęłam im by jechali nie oglądając się na mnie. Kompletna ruina, jedyne na co miałam ochotę to poszukać sobie cichego kącika do zdechnięcia.

Na 80-którymś kilometrze dogoniła mnie zakatarzona Kasia Dugiel, jadąca na starej kolarce marki Peugeot. Współpracowałyśmy razem przez około 18 km. Potem dołączył do nas jakiś chłopak, dogonili również inni i poprosiłam Kasię, by leciała z nimi i nie patrzyła na mnie. Prawdziwa katastrofa. Nogi nie chciały kręcić, serce waliło jak szalone, przydrożne rowy wydawały mi się być idealnym miejscem na miły odpoczynek….

Przed bufetem umiejscowionym dziwnie blisko mety dogonił mnie zawodnik w stroju Bałtyk–Bieszczady Tour. Mówił, że nie ma dziś motywacji do mocnej jazdy. Trochę mnie ciągnął, potem trochę ja jego. Zapytał, czy nie mam wrażenia, że cały czas jest pod wiatr. Cóż, chyba tak w istocie było. Lekki wiaterek z kierunków zmiennych – tj. zawsze w twarz. Rozstaliśmy się na bufecie przed metą. Ja szybko uzupełniłam co trzeba, on zabawił tam dłużej.

Na mecie czekał na mnie mój ciepło ubrany, chory na grypę małżonek. Zapytał jak się jedzie, a ja zgodnie z prawdą oświadczyłam, że fatalnie. Dodałam, że drugą pętlę pojadę zapewne jakąś godzinę dłużej niż pierwszą. Wyliczył, że jeśli jest tak straszliwie jak mówię, to nie wyrobię się przed ciemnością. Gdyby na mecie stał ktoś kto mnie nie lubi i nawrzeszczał na mnie, że mam sobie dać spokój, to pewnie bym się rozpłakała i zakończyła jazdę na Mini. Jako, że aż tak tragicznie nie było, uzgodniłam z Krzyśkiem, aby mnie przepisał na Mega. Ruszyłam na drugą rundę.

Pierwsze kilometry jechało mi się, co dziwne, przyjemnie. Długi łagodny zjazd do Strzmieli był cudowny. Nie dokręcałam. Dogoniłam tam zawodnika nr 25, Tadeusza Stepnowskiego, kat. M6, jadącego na czerwonej Meridzie MTB. Potem był ostry zakręt w prawo i pod górę. Cały czas jechaliśmy obok siebie.

Gdy się wypłaszczyło, zagadałam. Kolega powiedział, że jedzie Giga i planuje się wyrobić przed ciemnością. Wypatrzyłam na jego rowerze lampkę tylną i wtedy po raz pierwszy pożałowałam, że przepisałam się na Mega. Skoro on miał lampkę, to przecież mogliśmy razem, ramię w ramię nawet o szarówce wjechać na metę….

Za Strzmielami dogonił nas bardzo sympatyczny miejscowy szosowiec, który jechał Mega. Ucieszyłam się, że dzięki niemu nie przegapię rozjazdu. Jechaliśmy tak sobie, raz po raz dawałam zmiany. To właśnie wtedy odzyskałam WIARĘ w siebie. Pogoda była piękna, wiatr jakby ucichł, mój puls się unormował. Coraz bardziej żałowałam swojej pochopnej decyzji o skróceniu dystansu. W końcu nie wytrzymałam i zapytałam chłopaków, czy poczekają na mnie chwilę, bo muszę zadzwonić do męża, by odkręcił ten cały bałagan. Obaj się zgodzili.

W końcu, jak się bawić to na całego. Dlaczego bym miała przejechać tylko 180 km, skoro mogłam ich nakulać znacznie więcej? Czy jest fajniejszy sposób na spędzenie pięknej słonecznej soboty niż cały dzień w siodle? Dlaczego mam wyjść w połowie imprezy, skoro mogę bawić się do końca? Jadę Giga – to jedyna słuszna odpowiedź.

Nasz kolega szosowiec odbił na Mega, a my pojechaliśmy dalej. Początkowo było spokojnie, potem zaczęliśmy się rozkręcać. Dawałam długie, czasem kilkukilometrowe zmiany, jechaliśmy całkiem szybko. Mimo to puls miałam niski. Czułam się świetnie. Szkoda tylko, że powstałam niczym feniks z popiołów dopiero tak późno. Wreszcie moja średnia przestała spadać. Ustabilizowała się, a pod koniec nawet leciutko poszła w górę. Na większości górek czekałam na mojego nowego kolegę. Zmotywował mnie do jazdy. Gdyby nie on, pewnie skręciłabym na Mega.

Postanowiłam, że choćby nie wiem co, nie zostawię go. Tadeusz świetnie zjeżdżał, musiałam się przykładać, by na zjazdach dotrzymać mu koła. To samo było na przejazdach kolejowych i odcinkach bardziej parszywego asfaltu, tam też musiałam pracować więcej – rower MTB miał wyraźną przewagę. Na ostatnim bufecie przed metą nie zatrzymaliśmy się. Byłam przekonana, że mam w kieszeni jeszcze jednego batonika.

Przez jakieś 20 km jechaliśmy widząc w oddali cyklistę. Był daleko, ale cały czas na tej samej trasie co my. To pozwoliło przypuszczać, że to ktoś od nas. Nic nie mówiliśmy, ale nasze tempo wzrastało. Obydwoje byliśmy ciekawi kto przed nami jedzie. Jedynym sposobem na to by się dowiedzieć, było dogonienie tej osoby. Dystans pomiędzy nami sukcesywnie malał. W końcu to…. doganiany nie wytrzymał z ciekawości i się zatrzymał. Był to Kamil Chwistecki z mojej grupy startowej.

Jakieś 10 km przed metą poczułam głód. Sięgnęłam do kieszeni po ostatniego batonika i wtedy okazało się, że to co miałam za słodką przekąskę, było… telefonem komórkowym. Niemiła niespodzianka. Na ostatnich kilometrach zaczynałam mieć klasyczne objawy niedocukrzenia, mimo to zdołałam odskoczyć Tadeuszowi i ścigać się do upadłego na kresce z Kamilem (chyba dał mi fory).

Tak to dojechałam do mety. W szkole grochówka, szybki prysznic i impreza kończąca maraton. Bardzo mile spędziłam czas gadając zawzięcie z Moniką Jagodzińską i Kasią Dugiel. Obie dziewczyny są przesympatyczne. Jak zwykle fajnie się gadało z Krzysiem Łańcuckim. Kiedy muzyka przestała grać i zgaszone zostało ognisko, kontynuowaliśmy pogaduchy na szkolnym korytarzu. Pijąc czerwonego szampana uczciliśmy zwycięstwo Moniki w klasyfikacji open kobiet w tegorocznych Supermaratonach.

Z licznika:
Czas netto ……………………………09:54:42
Czas brutto …………………………..10:01:35
Dystans ………………………………….275,24 km
Prędkość średnia netto ………………………………….27,7 km/h
Prędkość średnia brutto ……………….26,93 km/h
Prędkość maksymalna ……………….53,00 km/h
Temperatura minimalna ………………….11 stopni Celsjusza
Temperatura maksymalna ……………….23 stopnie Celsjusza
Przewyższenie ……………………………..1100 m
Nachylenie maksymalne …………………10%

Niedziela

Impreza kończąca sezon maratonów powinna być długa. Na tyle długa, by maratończycy zdążyli się ze sobą nagadać zanim spotkają się ponownie na pierwszym wiosennym maratonie. Ta uroczystość właśnie taka była. Zanim jednak się rozpoczęła, spotkałam na korytarzu Zdzisława Repsa i Jana Lipczyńskiego. Ten drugi, na moją prośbę, pokazał mi swój rower. Tak jak mój – marki Colnago. Jego rower to istne cudo na topowym osprzęcie Campagnolo. Miałam okazję popatrzeć z bliska, podnieść i postukać w rurki.

Na sali, gdzie odbywała się uroczystość siedzieliśmy z Krzysiem koło Beaty i Wiesława z WTRu, Krzysia Łańcuckiego, Zdzisława Kalinowskiego i Jana Lipczyńskiego. Często się przesiadałam i z każdym zamieniłam kilka słów, a czasem i dłużej porozmawiałam.

Wszyscy uczestnicy łobeskiego maratonu otrzymali imienny medal z wpisanym czasem przejazdu i pokonanym dystansem, a zwycięzcy poszczególnych kategorii nagrodzeni zostali pucharami. Uhonorowane zostały również:
– 3 pierwsze osoby w poszczególnych kategoriach po całym cyklu maratonów oraz
– 3 pierwsze osoby w kategorii open wśród kobiet i mężczyzn.

Jako ostatni trofea sportowe, w postaci kompletnych strojów kolarskich, otrzymali ci wszyscy, którzy tego roku ukończyli słynny maraton Bałtyk–Bieszczady Tour. Na szczególne uznanie zasługuje Beata Tulimowska, która w tym roku jako jedyna kobieta zmierzyła się z dystansem 1008 km.

Marzena Szymańska

Facebook