Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Styrkeproven w Norwegii
3 sierpnia 2003
Sprewaldmaraton w Cottbus
20 kwietnia 2004

napisana dawno temu ;)

Piotr

Zainspirowany wyczynami moich pięciu starszych kolegów z klubu, którzy w ubiegłym roku przed peletonem przejechali najdłuższy etap 59.Tour de Pologne ze Stargardu Szczecińskiego do Zielonej Góry (ok. 260 km). Towarzyszyłem im wtedy jako obsługa wozu technicznego (rozrabiałem napoje, podawałem batony banany oraz inne używki, miałem za zadanie naprawiać ewentualne usterki). Jeszcze wtedy nie myślałem o tym, aby zrobić kiedyś coś podobnego.

Kilka miesięcy temu znowu zostałem zaskoczony pomysłem trójki z piątki kolegów, którzy chcieli wystartować na III Supermaratonie Rowerowym w Świnoujściu. Z tym, że w Świnoujściu czekało wielkie wyzwanie przejechania 510 kilometrów w limicie 30 godzin! Na początku myślałem, że żartują, ale szybko zdałem sobie sprawę z tego, że oni na prawdę zamierzają to zrobić! I udało im się. Na tej wyprawie również wraz z kierowcą mieliśmy za zadanie obsługiwać naszych maratończyków podobnie jak to miało miejsce na TdP.

 

Po maratonie w Świnoujściu pomyślałem, że też chciałbym się gdzieś sprawdzić! Zakupiłem rower szosowy i wszystko się zaczęło. Blisko miesiąc temu uczestniczyłem w organizowanym przez pana Jerzego Złotowskiego prezesa Gorzowskiego Klubu Rowerzystów „Cyklista”, a zarazem z pomysłodawcą i organizatorem dwóch poprzednich wypraw, II Gorzowskim Maratonie Rowerowym – Sosny 2003. Kiedy pan Jerzy poinformował mnie o tym, że taka impreza będzie miała miejsce od razu wziąłem się za trenowanie. W między czasie z p. Jerzym wieczorami zajmowaliśmy się sprawami organizacyjnymi.

 

Ostatni tydzień przed maratonem pochłonął cały wolny czas, którego i tak miałem bardzo mało (maraton odbywał się od 26 do 28 września), ponieważ rok szkolny zaczął się już na dobre, a ja byłem dopiero miesiąc w nowej szkole. Nie miałem nawet czasu usiąść na rower. W piątek 26 września od samego rana chodziłem bardzo zdenerwowany i podekscytowany jutrzejszym startem. Dzień wcześniej poprosiłem mamę, aby zwolniła mnie z dwóch ostatnich lekcji abym jak najszybciej mógł znaleźć się w bazie maratonu. Znajdowała się ona niecałe 30 kilometrów od Gorzowa. Zaraz po powrocie ze szkoły wziąłem rower i udałem się w stronę Sosen. I dopiero podczas tej krótkiej przejażdżki zdałem sobie sprawę, że od rana nic nie zjadłem i w tym momencie wyjaśnił się mój problem z bólem brzucha, który prześladował mnie od rana (myślałem, że stres, bo miałem w szkole prace klasową z matematyki).

 

Gdy dojechałem na miejsce poczułem wielką ulgę. Po przywitaniu z organizatorem udałem się do mojego domku w celu naprawy i konserwacji mojego ( i nie tylko) roweru. Zajęło mi to ładne parę godzin i nim się obejrzałem była piąta ( a byłem tam już od drugiej) i przyjechali moi koledzy z klubu, a zarazem główni rywale z mojej kategorii wiekowej. Spędziliśmy wesoły wieczór, ponieważ Maraton był połączony z Międzynarodowym Rajdem Pieczonego Ziemniaka a wiec nie brakowało turystów z polski i zagranicy. Po wieczornych zabawach zmęczeni udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Lecz jak się okazało wcale nie tak prosto było zasnąć, ponieważ liczba myśli przewijących się w głowie była ogromna. I jak zauważyłem koledzy mieli podobny problem. Więc postanowiliśmy podzielić się myślami.

 

Rozmawialiśmy przez blisko dwie godziny po czy zadecydowaliśmy o milczeniu, w którym po pół godzinnym leżeniu w końcu udało mi się zasnąć. 27 września około godziny 6 rano nikt z chłopaków już nie spał! Na dworze chyba z 5 stopni. Trudno było wychylić się z pod kołdry nie myśląc o tym jak zimno musi być na dworze. Mnie ta myśl w cale nie przerażała, dla mnie najgorszym wrogiem byłby deszcz. Dla chłopaków temperatura była ważna, ponieważ mieli tylko krótkie stroje kolarskie!!! Mi na samą myśl o ich ubraniach robiło się zimno. Ja byłem bardziej przewidujący i wziąłem ze sobą koszulki z długim rękawem. Założyłem dwie z długim i jedną krótką. Nogi natomiast chronione były przez długie getry oraz spodenki kolarskie. Wyszedłem przed domek w celu sprawdzenia temperatury i po powrocie podłamałem kolegów twierdząc, że jest zimno (mimo trzech koszulek, getrów i spodenek). Po mozolnych porannych przygotowaniach całą trójką udaliśmy się na śniadanie. Była godzina, 6:30 czyli do startu pierwszej grupy jeszcze cała godzina. Ogarniały mnie coraz większe emocje.

Pozostały czas przeznaczyłem na przygotowanie duchowe. O godzinie 7:30 wystartowała pierwsza grupa. Ja byłem w przed ostatniej. Start miałem o 7:55 z kolei koledzy o 7:50. Miałem cichą nadzieje, że uda się mojej grupie szybko dogonić poprzednią grupę i że razem z Tomkiem i Pawłem będziemy pokonywać kolejne kilometry. Oglądając kolegów z mojej grupy obawiałem się tylko żeby nie urwali mnie przed pierwszym punktem kontrolnym. Wyglądali jak zawodowcy. Niedługo po starcie pierwszej grupy przybył dwukrotny mistrz świata a zarazem patron honorowy naszej imprezy Lech Piaseczki. Nadeszła godzina prawdy – 7:55 wystartowaliśmy ja wspólnie z p, Jerzym oraz dwie „zawodowe” grupki kolarskie. Ponieważ naszej grupie oprócz szosowców jechali także koledzy z MTB. I co zaraz po starcie okazało się, że nasza grupa jest powyżej moich oczekiwań.

 

Zaczęło się spokojnie jechaliśmy ok. 32 – 36 km/h. Lecz to trwało dopóty „zawodowcy” się nie rozgrzali. Potem zaczęło się prawdziwe szybkie ściganie, ponieważ prędkość ni spadała poniżej 35 km/h. Szczerze mówiąc jeszcze tak szybko przez taki długi okres czasu nie jechałem. Do pierwszego Punktu kontrolnego dotarliśmy wspólnie. Nie dogoniliśmy moich kolegów. Postanowiłem, więc spróbować dojechać z moją grupą do kolejnego punktu. Ruszyliśmy i znowu 35 – 40 km/h. Ku mojemu zdziwieniu jechało mi się nad zwyczaj dobrze. Po przejechaniu ok. 40 kilometrów czułem się tak samo jak przed startem. Komplikacje zaczęły się dopiero, kiedy do następnego punktu kontrolnego był kawał drogi a ja zaczynałem nie wytrzymywać tego strasznego tępa. Lecz miałem wielką ambicje dogonić mojego kolegę, rywala, którego musiałem wyprzedzić, aby zająć miejsce w pierwszej trójce w kategorii juniorów na rowerach szosowych. Kiedy wyprzedzaliśmy po kolei jadących wolniej ludzi z wcześniejszych grup cały czas myślałem o reakcji Tomka, który dzień wcześniej powiedział mi, że go nie dogonię.

 

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakie uczucie ogarnęło mnie po tym jak w końcu na ok. 65 kilometrze wyprzedzaliśmy trzyosobową grupkę, w której jechał Tomek. Mieliśmy wtedy około 39 km/h, a oni jechali może ze 30. Lecz moja radość nie trwała długo, ponieważ ok. 10 kilometrów dalej zacząłem słabnąć. To było straszne uczucie. Bardzo chciałem jechać z moją grupą do kolejnego punktu. Już od około 40 kilometrów nie byłem na zmianie, aż w końcu nie miałem siły nawet utrzymać koła. Przestałem kręcić na moment pedałami zamykając przy tym oczy. W mojej świadomości trwało to sekund kilka, lecz w rzeczywistości było to na pewno znacznie dłużej, bo moja grupa była już ponad 100 metrów przede mną. Na 75 kilometrze musiałem się zatrzymać i chwilę odpocząć. Wiedziałem, że mam bezpieczną przewagę nad Tomkiem. Po chwili dojechali do mnie dwaj panowie, z którymi kontynuowałem moją wielką wyprawę. Ich tępo było dla mnie w tym momencie po prostu idealne (jechali ok. 27 km/h).

 

Z nimi jadąc tak naprawdę zdałem sobie sprawę jak bardzo jestem wykończony. Leczy było kilka powodów, dla których musiałem ciągle walczyć wewnętrznie z samym sobą. Z moim nowymi kompanami podróży dojechałem do Kłodawy gdzie znajdował się trzeci punkt kontrolny, na którym miałem w końcu chwilkę czasu, aby zapoznać się ze moją stratą do Pawła drugiego kolegów, (ale nie był on moim rywalem, ponieważ jechał ona na rowerze górskim) dowiedziałem się, że mam identyczny czas, co on, ponieważ oni startowali 5 minut wcześniej. Tak, więc pozbierałem się jak najszybciej jadąc jeszcze przez kilka kilometrów z moimi kompanami. Zaraz przed wjazdem do Gorzowa postanowiłem trochę przyspieszyć i oderwałem się do nich. Jednak jak się okazało nie była to dobra decyzja, bo chwilę później zaczęły mnie łapać skurczę prawej łydki Z na przeciwka w drogę powrotną jechał Paweł. Na moje szczęście czekał mnie zjazd z jednej z dłuższych górek w Gorzowie. Chwilę później byłem już na punkcie w Gorzowie przed Ośrodkiem Sportowo-Rekreacyjnym Słowianka gdzie czekał na mnie jeden z bohaterów dwóch wyżej wymienionych wypraw pan Zbyszek Bodnar, który mnie pocieszył i udzielił kilku cennych wskazówek.

 

Było tam jeszcze kilku innych panów, których nie znam od jednego dostałem żel Maxima, który mi bardzo pomógł. Szybko opuściłem ten punkt i samotnie kontynuowałem podróż. Czekał mnie teraz wjazd pod wyżej opisywaną górę. Było ciężko, ponieważ skurczę mięśni nasilały się. Po trudach dotarłem na szczyt i zacząłem jechać ok. 30 km/h bez specjalnych oznak zmęczenia lub skurczy. Ku mojemu zdziwieniu zaraz za Gorzowem na przystanku PKS siedział mój rywal Tomek, który powiedział tylko, że przez skurcze nie może już prawie jechać. Dopiero teraz pouczyłem wielki komfort psychiczny, bo miałem już nad nim, co najmniej 15 minut przewagi. Co w jego przypadku było nie do odrobienia. I znowu zawitałem do Kłodawy gdzie musiałem się zatrzymać po resztę, którą chłopaki musieli mi wydać za dętkę. Z Kłodawy dalej samotnie i jak się okazało prawie do końca kontynuowałem jazdę.

 

Mniej więcej 10 kilometrów dalej spotkałem grupę zaprzyjaźnionych kolarzy- amatorów nie startujących w maratonie. Z nimi jechałem przez ok. 15 kilometrów. W czasie tej wspólnej jazdy miałem mały wypadek. Zaproponowali mi oni żeby powiózł się na kole przez jakiś czas. Ja się zgodziłem, lecz moje nogi to oprotestowały. Przy próbie przyspieszenia złapał mnie tak potworny skurcz, że instynktownie szarpnąłem kierownicę w prawą stronę zjeżdżając na pobocze, na którym upadłem. Ból ten był okropny. Na pomoc ruszyli mi koledzy rozmasowując obolałe mięśnie. Po chwili znowu jechaliśmy. Lecz nie była to już ta sama prędkość, co rano, bo teraz jechałem z wielkim bólem 22 km/h. Wysoka kadencja obrotów przełożenie 1:1 i jechałem tak z 5 kilometrów. Po czym postanowiłem przyspieszyć do 30 km/h. i jechać z taką prędkością do końca. Jednak po rozstaniu się z kolegami znowu nie było lekko gdyż ten odcinek trasy pokonywałem samotnie pod wiatr, na drodze nieosłoniętej żadnymi drzewami. Czułem się tak jak gdyby jechał za mną ktoś i ciągnął mnie za koszulkę. I znowu nici z zakładanych 30 km/h, było zaledwie 20 km /h.

 

Lecz z pomocą przyszli, choć tak właściwie wyjechali z pola rolnicy z wielkim traktorem z dwoma przyczepami, za którym opór powietrza nie istniał a i prędkość nie była zła, bo 25 km/h. Jechałem tak za tym ciągnikiem jakieś 6-7 kilometrów. Można powiedzieć, że uratował mi życie i dobrą średnią. I tym sposobem znalazłem się w Lubnie, z którego trzeba było wyjechać pod wielkie jak dla mnie wzniesienie, (ale tylko wtedy, ponieważ byłem już wykończony) po którym nastąpił niesamowicie przyjemny moment trasy a mianowicie zjechanie ze Stanowic do Bogdańca z górki, można, więc było odpocząć. W Bogdańcu czekał ostatni punkt kontrolny, na którym, był Andrzej Książniakiewicz, bohater jednej z opisanych u góry wypraw. Dojechałem do punktu zmęczony i zdenerwowany. Złożywszy przedostatni podpis na tej wyprawie udałem się dalej po drodze wkurzając się na jakieś wydzierające się dzieci. Około kilometra po odjechaniu z punktu kontrolnego w Bogdańcu dogonił mnie jakiś kolarz, który jechał nieznacznie szybciej (ok. 29 km/h) ja w tym czasie miałem 27 km/h i szybciej po prostu nie mogłem. Chwilę później dojechał do mnie następny kolarz, który doradził mi abym dogonił tamtego to będzie łatwiej. Po chwili odjechał doganiając tamtego i znikając z pola widzenia. Nie miałem już sił na nic, a przede mną jedna z najgorszych, najtrudniejszych górek w okolicy Gorzowa. Jest to ok. 6 kilometrów cały czas pod górę i to raz tak stromo, że nie da się jechać, a za chwilę wydaje się, że jest z górki a ciągle trudno jechać.

 

Jednak ja potrafię się mobilizować szczególnie na podjazdach. Wjechałem na tę górę i ku mojemu zaskoczeniu około 300 metrów przede mną jechał ta dwójka uciekinierów. Postanowiłem, że ich dogonię, ponieważ do mety było już kilka kilometrów. Z wielkim trudem zacząłem przyspieszać i dogoniłem ich ok. 500 metrów przed metą. Pod koniec dostałem jakieś doładowanie, bo żeby ich dogonić jechałem tak jak rano (z tym, że tutaj tylko 2 kilometry) No i dojechałem zmęczony, ale bardzo szczęśliwy. Jeszcze tylko ostatni podpis i mogłem zapomnieć na kilka najbliższych godzin o rowerze. Ku mojemu zdumieniu i zaskoczeniu Paweł dojechał 16 minut przede mną. Jestem pełen podziwu dla niego! Gratulacje Paweł! I tak jak poprzedniego dnia wieczorem było ognisko, z tym, że teraz w znacznie większym gronie, ponieważ maratończycy postanowili również uzupełnić braki „płynów” w organizmie. Siedzieliśmy chyba do 1 w nocy, jednak zmęczenie dało się we znaki i trzeba było iść spać. Następnego dnia rano zaraz po śniadaniu miała miejsce dekoracja. Był to dla wielu osób jeden z przyjemniejszych momentów pobytu. Ja sam dostałem medal, dyplom z autografem Lecha Piaseckiego oraz puchar za najmłodszego uczestnika. Czas mojego przejazdu: 4 godziny 46 minut Dystans: 138 kilometrów Średnia prędkość: 31 km/h Udział w II Gorzowskim był wielką przygodą i sprawdzianem swoich możliwości. Zachęcam wszystkich do uczestnictwa w podobnych imprezach, naprawdę warto!!!

Facebook