Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Dieta rowerzysty
25 lipca 2008
Z Niemiec do Polski rowerem
27 lipca 2008

Rewelacyjne znalezisko we wsi Pyzówka

Dowody na góralskie pochodzenie ‚górala’ odnaleźliśmy w magazynie zabawek. Stały pod regałem pełnym koników na biegunach, ptaszków na patyku i kolorowych pajaców. Większy z rowerów ma charakterystyczny, bardzo wysoki przedni widelec i stromo podniesione siodełko. Pochodzi sprzed 1967 r. – Jakby go postawić na zboczu góry, to wszystko się wyrówna – uśmiecha się pani z muzeum etnograficznego. Obok stoi jeszcze starszy rower. Przedwojenny. Obydwa są z drewna.

Siodło jak z WFM-ki
Oficjalna legenda powstania rowerów górskich brzmi tak: ponad dwadzieścia lat temu trójka znudzonych Kalifornijczyków postanowiła ożywić swe życie – chłopcy wyszperali w rupieciarni starą ramę rowerową, na koła założyli baloniaste opony, do tego prostą kierownicę, żeby łatwo się trzymało. I puścili się z góry w dół. Wkrótce szaleństwo mountain bike’ów – bo tak je ochrzczono – ogarnęło cały świat, miliony ludzi usiadło na siodełkach i zakręciło pedałami. Wierzyłem w tę legendę, dopóki w Internecie nie natrafiłem na stronę zbója Madeja.

Szymon „Zbooy” Madej z Krakowa ma w cyberprzestrzeni własną stronę rowerową. Na niej opisy sprzętu, wycieczek, przedruki z gazet. Niedawno znalazło się też zdjęcie: górska polana, w tle rosną smreki, a na pierwszym planie pucołowaty chłopak stoi obok drewnianego roweru, na drewnianych kołach, z drewnianą ramą i takąż kierownicą. Zdjęcie pochodzi z rocznika „Wierchów”, pisma poświęconego górom. Z 1959 roku.

Zbój Madej: – Mam niemal cały komplet „Wierchów” z czasów licealno-studenckich, kiedy namiętnie zbierałem wszelką górską literaturę. Na tę notkę trafiłem całkiem przypadkiem – bodaj sięgając po cokolwiek do czytania w drodze do miejsca, gdzie król zasiada sam – i ponieważ zdrowo się przy niej uśmiałem, uznałem, że warto się nią podzielić z innymi internautami, którzy zapewne nigdy do niej nie dotrą. Zdjęcie i notkę o drewnianych rowerach napisał nieżyjący już niestrudzony łazik i popularyzator gór Edward Moskała.

Koła wycięte z desek i obite obręczą żelazną lub gumową (zrobioną ze starych płaszczy rowerowych). Siodło wypchane i obite starą czapką lub kawałkiem materii. Siodło to zajmuje połowę ramy i przypomina „siodła luksusowe” w motorach WFM. Więcej pomysłowi budują jeszcze podpórki na nogi i bardziej prymitywne hamulce i dzwonki. Rowery te używane są do jazdy ścieżkami i drogami polnymi, oczywiście tylko w dół – pisał Moskała. Podpis pod zdjęciem: „Drewniany rower używany przez młodzież w Pyzówce”. Ruszyliśmy tym tropem.

Pedały drewniane
Pyzówka jest koło Rabki, w Rabce jest muzeum, w muzeum pracuje Piotr Bies, góral, poeta i rzeźbiarz, który twierdzi, że urodził się za czasów „miłościwie panującego cesarza Franciszka Józefa”. Gdy góralską gwarą opowiada o żarnach albo o Janosiku, można by mu uwierzyć, ale tak na oko ma około 35 lat.

– Oczywiście, że były drewniane rowery, prawie w każdej wsi. Ja sam na takim jeździłem… – mówi, a nam zapalają się oczy – …kiedy przenosiliśmy się do magazynu zastępczego. Bo jeden taki rowerek mamy w zbiorach. Niech się pan nie cieszy, obejrzeć go będzie można za rok. Magazyn jest zaplombowany. – Nic nie da się zrobić – załamuje ręce Maria Sokół-Augustyńska, dyrektorka rabczańskiego muzeum Orkana, kiedy przekonujemy ją do otwarcia magazynu. Nie pomaga argument, że to bardzo ważne, bo górale mieliby prawo pierwszeństwa w wynalezieniu rowerów górskich, a bez zdjęcia nikt nam nie uwierzy. – Ja mogę opowiedzieć, jak on wygląda – deklaruje się Zbigniew Wójciak, pracownik administracyjny. – Koła jak od wozu, drewniane, kilka szprych, 54,5 cm średnicy – zerka do karty ewidencyjnej. – Długość siedzenia 28 cm, w osi przedniego koła drewniane pedały.

Ośka z jasienia
Idziemy porozmawiać z Eugeniuszem Surmą, jednym z najlepszych góralskich cieśli, który kilkanaście lat temu wymienił wszystkie gonty pokrywające dach rabczańskiego kościoła-muzeum. Każdą z tysięcy wąskich deszczułek Surma strugał ręcznie. Pochodzi ze wsi Podsarnie. Tam jeździł na drewnianym rowerze.

– No to ja miał hań dwanoście lat, kiej to se zrobił, krowy pasał wtencos – opowiada Surma. – To w jakimś czterdziestym roku, czterdziestym drugim, mogło być. Cóż trudnego taki rowerek było zrobić? Z deski się wyrzło kółecko, z drugiej deski rame. Ośka tez drewniana była. Ośke z jasienia [jesionu – red.] się robiło, co by się nie ułomała. Potem my juz sukali górki. Jo miał zaraz takom górke fest, to sie z nij jechało tak, że hej.
– A nie strach było? – dociekamy.
– To sie nogom hamowało, jednom miałeś na descułce, a drugom ześ przyhamował. A jak nie, to sie kierownicom wykręcało.
– To chyba na długo taki rower nie starczał?
– Nieraz się kółka rozscepiły, jak były ze serokiej deski. Wtedy trza było drugie robić. Ale ojcowie się nerwowali, bo to trzeba było iść krowe paść, a chłopcy tylko by jeździli. No ale dziś to juz takich rowerów nie ma. Teraz to kupujom drogie rowery, co to majom skrzynie biegów. Ci, co majom górskie rowery, to do góry tak strasnie obertają, a pomału jadom – śmieje się Surma i każe nam jechać do wsi Harkabuz, bo to właśnie tam podpatrzył swój góralski rower. Pierwszy fabryczny jednoślad, marki Bałtyk, dostał wiele lat później na talon dla przodownika pracy w Hucie Lenina.

Kwicało, piscało, zgrzypiało
Nazwa wsi Harkabuz wzięła się ponoć od tego, że tu stacjonowało madziarskie wojsko uzbrojone w strzelby arkabuzy. Franciszek Harkabuz, Słowak, ludowy artysta, stawia na stół soloną słoninę i jeszcze przepitkę, żeby się lepiej trawiło.

– Ja panom redaktorom taki rower identyczny, jaki był, zrobię, bo dziś widzę to w oczach – obiecuje pan Franciszek i opowiada, jak ponad pół wieku temu z kuzynem zrobili rower. – Obydwa żeśmy siadali na ramę. Podrzucało, wyrzucało tym jak diabli, a prało nami jak piernik. Pamiętam jedną wywrotkę jak dziś. Jak my z takiej górki wielkiej się puścili oba, to jak nas rzuciło, to – rany boskie – tak my lecieli daleko i krew się lała z nosów.
– A co na to rodzice?
– Przyniosło się nieraz portki potargane. Paskiem sie nieraz dostało.
– Czy trudno się takim rowerem kierowało?
– Niiii, ale to kwicało, piscało, zgrzypiało jak diabli, bo my ani nie wiedzieli, że to trzeba nasmarować.

Rewolucyjne włókna węglowe
Drewniane rowery widziała w górach w latach 40. Halina Bittner-Szewczykowa, która przed emeryturą przez wiele lat pracowała w Muzeum Etnograficznym w Krakowie. – Chłopcy marzyli o prawdziwych rowerach, a mogli sobie zrobić tylko drewniane – tłumaczy. – Takie rowerki nie były powszechne, wykonywały je tylko biedniejsze dzieciaki.

W muzeum wyciągamy oba zachowane rowery na światło dzienne, oglądamy szczegóły konstrukcyjne. Starszy, sprzed 1927 roku, pochodzi ze Zborowic, obecnie w gminie Ciężkowice w województwie tarnowskim. Technologicznie zaawansowany – koła ma okute stalową taśmą, osie to kowalska robota, widelce z jednego kawałka gałęzi, drewniane siodełko, podpórka na nogi, kierownica osadzona na widelcu wykonaną w kuźni obejmą, łożysk brak. – Ten przez pewien czas stał na wystawie pokazującej chłopską myśl techniczną – opowiadają nam pracownice muzeum. – Ale tak naprawdę nigdy nikt nimi się nie interesował.

„Skuter” bardziej przypomina współczesne rowery górskie konstruowane specjalnie do zjazdów. Ma małe kółka pochodzące najprawdopodobniej z dziecięcego wózka osadzone na stalowych gwoździach – niewielkie koła mają najlepsze współczesne rowery, gdyż okazało się, że mają lepszą przyczepność do podłoża. Długie siodełko zostało w tym roku zastosowane w zjazdowym scotcie – nasi górale używali ich ponad 30 lat temu. Identyczna, szeroka wzniesiona kierownica to dzisiaj standard. W pewnym sensie użyty przez beskidzkiego dzieciaka materiał jest również rewolucyjny – drewno, a więc rodzaj włókien węglowych. Dziś nieco inne włókna stosuje się do budowy najlżejszych, najbardziej wytrzymałych ram.

Wreszcie Gienek złamał rękę
Trzeba jeszcze odnaleźć chłopaka ze zdjęcia w „Wierchach”. Z naszych wyliczeń wynika, że może mieć teraz około 50 lat. Jedziemy do źródeł, czyli do Pyzówki, wsi zagubionej w górach między Jordanowem a Nowym Targiem. Jest już po zmroku. Chodzimy od domu do domu, pokazując zdjęcie pucołowatego chłopaka z drewnianym rowerem. Górale patrzą nieufnie, kręcą głową, nie pomagają nawet okulary pospiesznie zakładane na nos.

Wreszcie jest. Na samej górze, w drewnianej chałupie, młodzi prowadzą nas do babki. Babka grzeje kości przy piecu. Ogląda zdjęcie, marszczy brwi. – To młody Czerwiński, Gienek miał na imię – zapewnia Julia Sobula. – On jeździł na rowerze, jak do podstawówki chodził. Hań z Łysej Górki od nowego kościoła tu na dół zjeżdżał. Wywrócił się na tym rowerze i złamał rękę. Ale go tu nie znajdziecie. Brat jego umarł. A Gienek od młodości w Ameryce siedzi. Czy to znaczy, że Eugeniusz Czerwiński ze wsi Pyzówka jest kluczem do zagadki, skąd się wziął rower górski?

Przeanalizujmy: kilkanaście lat po tym, jak Edward Moskała zrobił mu zdjęcie, wyjechał do Ameryki. Niedługo później powstały tam pierwsze rowery górskie. Pytanie tylko: rowery górskie czy góralskie?

Tomasz Tosza, Paweł Bilczyński

‚Gazeta Wyborcza’, 2 lutego 1998, s. 8; zdjęcie ze szczawnickiego muzeum: ‚Gazeta Wyborcza – Supermarket’, Kraków, 19 maja 2000.

Źródło: Strona rowerowa u Zbooya.

Facebook