Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Oborniki Wlkp.
14.04

Śrem
28.04

Stargard
12.05

Wolsztyn
19.05

Radków
26.05

Łask
03.06

Rewal
16.06

Nowogard
23.06

Nietążkowo
7.07

Karpacz
14.07

Zieleniec
28.07

Lubomierz
12.08

Gryfice
18.08

Choszczno
1.09
Nie tylko szosą żyją w Łasku
15 października 2011
Znamy kalendarz Pucharu Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2012
23 października 2011

Monika Jagodzińska, tegoroczna zwyciężczyni Pucharu Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych tak mówi o swojej pasji: Kocham przyrodę, słońce i oczywiście rower, który mnie wiedzie właśnie ku tej wolności, dając możliwość swobodnego przemierzania sporych odległości. Kocham to miarowe bicie serca podczas jazdy rowerem i szum w uszach. Kiedy jadę rowerem po prostu czuję, że żyję.

Z Moniką Jagodzińską, zwyciężczynią tegorocznej edycji Pucharu Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych o kolarstwie, treningach, pracy zawodowej i innych pasjach rozmawia Małgorzata greten Pawlaczek.

Moniko, przede wszystkim gratuluję zdobycia pierwszego miejsca w tegorocznej edycji Pucharu Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych. Konkurencję miałaś bardzo silną – dziewczyny są ambitne i zdeterminowane. Podziwiam je, podobnie jak Ciebie. A jednak w tym roku to Ty tak po prostu sięgnęłaś po najwyższe trofeum. Samo nasuwa się pytanie: od jak dawna jeździsz rowerem?
Moją przygodę z dwoma kółkami zapoczątkował 13 lat temu najzwyklejszy, niewyszukany rower górski. Kilka lat później ktoś się na niego połakomił. Kupiłam więc nowy, tym razem przynajmniej o klasę lepszy. A na pewno droższy, bo dość długo odkładałam na niego z mojego stypendium. Początkowo jeździłam po pobliskich leśnych ścieżkach. Nie były to długie wyprawy. Wkrótce jednak zapragnęłam „wypuścić się” dalej i lepiej poznać region, to przepiękne województwo świętokrzyskie, w którym mieszkam. Z mapą w ręku i aparatem fotograficznym w plecaku zaczęłam samotnie docierać do uroczych zakątków „moich terenów”. Szybko przekonałam się, że to cudna kraina. Uniesieniom i zachwytom nie było końca. Czekałam z niecierpliwością na każdy weekend, kiedy wreszcie mogłam ruszyć z plecakiem w kolejne rejony. Nazywałam to ,,moimi małymi wyprawami”. Bo tak na prawdę kilometry, jakie przemierzałam na ciężkim rowerze sięgały 100-130 km, nie więcej. Wtedy jeszcze nie przyszło mi do głowy, że można przejechać jednorazowo 200 i więcej kilometrów! Pokonywałam szlaki rowerowe poprowadzone najczęściej przez lasy, łąki i pola, siłą rzeczy nie były to więc szczególnie długie trasy. Ale rowerem jeździłam codziennie. Najpierw po szkole, a kiedy studiowałam dojeżdżałam na zajęcia, później też do pracy. W domu byłam gościem.

Nie korciło Cię, by przy takim wytrenowaniu sprawdzić się choćby w jakichś rajdach?
Owszem, przyglądałam się transmisjom z zawodów MTB i często myślałam o tym, by przystąpić do jakiegoś klubu. Ale wiesz, jestem nieśmiała, więc trudno mi było zdecydować się na ten krok. Choć z jednej strony chciałam, żeby ktoś tym moim rowerowaniem się zajął na poważnie, to z drugiej strony obawiałam się, że może nie jestem dość dobra, by w ogóle do jakiegokolwiek klubu zechcieli mnie przyjąć. Tak więc pozostałam z marzeniami o kolarskiej karierze.

A jednak to Twoje rowerowanie przekształciło się w pasję?
Rower daje mi ogromne poczucie… wolności.

Wolności?
Tak. Dokładnie chodzi o wolność. Już dawno stwierdziłam, że mam przerośnięte poczucie wolności. Kocham przyrodę, słońce i oczywiście rower, który mnie wiedzie właśnie ku tej wolności, dając możliwość swobodnego przemierzania sporych odległości. Kocham to miarowe bicie serca podczas jazdy rowerem i szum w uszach. Kocham przyspieszony oddech, a nawet ten złośliwy wiatr, który mnie chłodzi w upalny dzień i przyprawia o złość podczas chłodów. Kiedy jadę rowerem po prostu czuję, że krew krąży w moich żyłach, że żyję. Przenoszę się na „wyspę zapomnienia”. Jestem tylko ja i mój rower, droga przede mną i ciekawość, co będzie za kolejnym zakrętem? Za następną górką? I to jest dokładnie to, co sprawia, że – mam nadzieję – będę jeździła rowerem do końca życia.

Skoro wolność, to raczej samotne przejażdżki i możliwość decydowania o przebiegu trasy, niż jazda w grupie?
Chyba że miłością do roweru pała również druga połowa, która w dodatku rozumie tę potrzebę wolności. Z czasem, dzięki rowerowi, poznawałam różnych ludzi, którzy pokazywali mi kolejne rejony Polski. Bywało, że pakowałam rower do pociągu i sama zwiedzałam kolejne miejscowości. Z czasem jednak zaczęło mi brakować bratniej duszy, z którą mogłabym dzielić radość z roweru. Wtedy, jakieś 4,5 roku temu poznałam Jarka Kędziorka. Za sprawą roweru, oczywiście! I to właśnie jemu zawdzięczam to, że pokochałam szosę i zamieniłam MTB na jazdę szosówką.

Romantyczna i zarazem iście rowerowa historia.
Powiem Ci coś jeszcze. Kiedy Jarek po raz pierwszy przyjechał do mnie z Katowic do Kielc rowerem po prostu odjęło mi mowę. Nie wiedziałam, że można tak jeździć rowerem! Pozwolił mi nawet pojeździć szosową bianchi… i wtedy to poczułam. Tę lekkość i prędkość. Nowe, cudowne uczucie. Już wiedziałam, że to jest to, że dalej to ja chcę jeździć tylko szosą. Wkrótce stałam się właścicielką owej bianchi, którą zresztą do dziś jeżdżę do pracy, na treningi po pracy i w ogóle wszędzie. Nowy rower szosowy tak naprawdę kupiłam tylko po to, by startować na nim w maratonach.

Kiedy zaczęłaś brać w nich udział?
Tak naprawdę od momentu, gdy stałam się właścicielką owej bianchi do prawdziwej gorączki maratonowej była jeszcze długa droga. Dopiero zakupiony przez Jarka tandem cannondale miał mnie przekonać do tego, że jestem zdolna przejechać 160, 200, 300 km. A nawet o wiele więcej. Do głowy mi to wcześniej nie przyszło. Jazda tandemem to niesamowite uczucie. Przynosi wiele frajdy, o wiele więcej niż jazda solo.

W tym roku, ze względu na zmianę w regulaminie Pucharu Polski, startowałaś jednak solo.
Ale z Jarkiem, zawsze obok. Jeśli pozwolisz, to chciałam mu w tym miejscu za to serdecznie podziękować. A także za jego pomoc na trasie wszystkich maratonów. I za cierpliwość, wsparcie, walkę z wiatrem, byle tylko ochronić mnie przed zmęczeniem. Za ciągłe dodawanie mi otuchy, wiary w to, że warto dążyć do celu. Bez Jarka moja wygrana w Pucharze Polski 2011 nie byłaby zapewne możliwa. Dziękuję Jarkowi za wszystko, co dla mnie zrobił. Nakład pracy i energii, jakie Jarek włożył w nasz udział w maratonach, był ogromny.

Pamiętam jak przyjechaliście na metę maratonu w Trzebnicy. Zmęczeni, głodni, ale szczęśliwi. Wiedziałaś już wtedy, że Twoim celem na ten sezon jest zwycięstwo w tegorocznej edycji Pucharu Polski?
Taki cel postawiłam sobie przed tegorocznym sezonem. Choć znając swoją naturę, wrodzoną nieśmiałość, to nie do końca wierzyłam, że to możliwe. Czułam, że mam możliwości, ale bardzo musiałam w to wierzyć, a z tą wiarą… Oj, różnie bywało w trakcie sezonu. Poza tym to było moje ogromne marzenie, by poczuć się jak prawdziwa kolarka. Choć nie spodziewałam się tak dobrego wyniku, bo spotykałam na trasie znakomicie jeżdżące kobiety. Onieśmielały mnie swoją doskonałą jazdą. Musiałam też nauczyć się jazdy w grupie i odpowiedniego odżywiania w czasie maratonu. Początkowo jeździliśmy więc z Jarkiem samotnie, ale z czasem rozwinęłam skrzydła i każdy kolejny maraton „wychodził” coraz lepiej. W końcu mogłam spokojnie jeździć z innymi kolarzami, z utrzymaniem się na kole nie miałam żadnego problemu. Popracowałam jeszcze tylko nad szybkością. Wytrzymałości mi nie brakuje, bo mam wrodzone predyspozycje. Poza tym jestem uparta i jak się zawezmę, to… Nie ma na mnie mocnych.

Fajnie jest mieć wrodzone predyspozycje. Ale wymagają chyba wspomagania treningami?
W ubiegłych latach spędzałam każdy dzień na rowerze. Dziś mam obowiązki zawodowe, prowadzę swój dom, więc siłą rzeczy mam mniej czasu na rower. Jarek zresztą podobnie. Niekiedy po pracy udaje się nam przekręcić treningowo kilkadziesiąt kilometrów. Z braku czasu na rowerowanie trenujemy interwałowo. Wybieramy też wzniesienia, by popracować nad siłą i przygotować się do maratonów górskich. Tak naprawdę ratują nas dopiero weekendy. Bywa, że jeździmy z wizytą do Jarka rodziców, do Katowic. Wracamy w niedzielę. Mamy też niedaleko do Kazimierza Dolnego i Jury Krakowsko-Częstochowskiej.

Ile kilometrów rocznie przejeżdżasz?
Około 5 tys., ale nie jest to ścisła rachuba. Mało mam czasu na rower, więc niewykluczone, że w tym roku było to zdecydowanie mniej.

Czym zajmujesz się zawodowo?
Jestem fizjoterapeutą. Od niemal 6 lat pracuję w Centrum Urazowo-Ortopedycznym i Rehabilitacyjnym w Kielcach. To wymagająca i absorbująca praca. Pacjenci też mają różne podejście do rehabilitanta. Ale bardzo lubię swoje zajęcie. Ten zawód przynosi mi wiele satysfakcji, bo miło jest pomagać innym.

Masz, obok roweru i pracy jakieś inne pasje?
Rower to moja… druga pasja. Pierwszą od zawsze było malarstwo i grafika. Jestem samoukiem. Znowu z powodu nieśmiałości nie zdecydowałam się zdawać na ASP. Ale nie żałuję, bo mogę malować i rysować hobbystycznie. A to doskonały sposób na spędzanie długich, zimowych wieczorów. Zapach farb, rozpuszczalnika… Pieści zmysły. Mogę spędzać całe godziny przed sztalugami. Lubię też chodzić po górach. Często wyjeżdżamy z Jarkiem na piesze, górskie wędrówki w Karkonosze, Góry Stołowe, czy w Tatry.

Wróćmy do rowerów. Masz jakichś kolarskich idoli?
Największym wzorem jest dla mnie Jarek, który w moim przekonaniu jest nieodkrytym i trochę zaprzepaszczonym talentem. Osobiście widziałabym go w zawodowej grupie kolarskiej, ale teraz jest już na to za późno. Szkoda, bo to kolarz z wielkim sercem do roweru, bardzo silny. Nawet bez treningów osiąga niesamowite wyniki. Napędza go talent i zamiłowanie do kolarstwa. Podziwiam też Zdzisława Kalinowskiego za skromność, z jaką podchodzi do swoich wspaniałych osiągnięć. Dla mnie to kolarz wielkiego formatu, który wytrwałą pracą doszedł do takiej perfekcji. Tak naprawdę musiałabym wymienić jeszcze kilku naszych kolegów maratończyków, ale z powodu wrodzonej sklerozy nie jestem w stanie przytoczyć wszystkich nazwisk. A nie chciałabym nikogo pominąć. Za bardzo ich wszystkich cenię. Jestem też fanką Mai Włoszczowskiej i zawsze z przyjemnością śledzę jej dokonania, nieustannie trzymając za nią kciuki. Trudno uwierzyć, ile energii drzemie w tej uroczej, drobnej dziewczynie. To mój niedościgniony wzór.

Oprócz maratonów bierzesz udział w innych zawodach i rajdach rowerowych?
Właściwie nie. Skupiłam się na maratonach cyklu Pucharu Polski. Choć pojechaliśmy z Jarkiem do Łasku. A w ubiegłym roku wzięłam udział w Bałtyk-Bieszczady Tour. Maratony to wystarczające wyzwanie. Zmieniły i wzbogaciły moje życie w niezwykłe przeżycia, wciąż dostarczając dużo radości.

Co podoba Ci się w naszych maratonach?
Wyjątkowa atmosfera i ludzie, którzy ją tworzą. Maratony stały się ważną częścią mojego życia. Nie ma nic przyjemniejszego, niż spotkania z całą kolarską bracią, w tych cudownych okolicznościach i wspólne przemierzanie uroczych tras maratonów. A wieczorami – dzielenie się wrażeniami.

Co byś w maratonach zmieniła?
Mam kilka propozycji. Na przykład wcześniejsze rozpoczęcie ceremonii wręczenia pucharów, bo do domu mamy z maratonów na ogół daleko. Wyżej punktowałabym maratony górskie. To naprawdę ogromny wysiłek. Chciałabym, żeby w maratonach mogły startować tandemy. Nawet bez klasyfikacji. Fajnie byłoby móc znów wystartować razem z Jarkiem. Uważam, że do startu dopuścić powinno się rowery z lemondką. Taka pozycja ułatwia, szczególnie samotnym kolarzom, pokonywanie setek kilometrów. Zwłaszcza, gdy przychodzi w pojedynkę zmagać się z wiatrem. Jazda z lemondką to kwestia wprawy i nie jest, wbrew pozorom, takim zagrożeniem, jak się uważa. Mam też mieszane uczucia jeśli chodzi o propozycję, by zakazać zmiany dystansu z mniejszego na większy. Rozumiem, że komuś może podobać się trasa tak bardzo, że poczuje przypływ energii i ogromną chęć do pokonania dłuższego dystansu. Reguły powinny być jasno określone, ponieważ nie do końca wiadomo, czy od walorów trasy ważniejsza nie jest taktyka, wynik i pokonanie rywali. Mimo że właściwie powinno chodzić o zabawę.

Zbliża się zima. Wieczory będziesz pewnie spędzać przy sztalugach. Ale chyba nie zrezygnujesz z podtrzymywania formy. Jak trenujesz zimową porą?
Głównie na trenażerze, choć nie jest to moja ulubiona forma treningu. Nie zastępuje jazdy rowerem. Zimą do pracy dojeżdżam rowerem, ale z szosówki przesiadam się na „górala”. W weekendy, jeśli dzień jest słoneczny, a mróz lekki rowerem górskim przemierzam szosy. Trochę biegałam ubiegłej zimy, ale ze względu na nadmierne obciążenie kolan musiałam dać sobie spokój. Tej zimy zamierzam jednak kupić narty biegowe i skorzystać z tego, że mieszkam niedaleko terenów rekreacyjnych, po których można śmigać na biegówkach. Nie ukrywam, że zadziała inspiracja, jaką były dla mnie sukcesy Justyny Kowalczyk. Ale tak naprawdę już tęsknię do wiosny, do roweru. Wszystkim życzę, by do wiosny dotrwali i pojawili się na pierwszym maratonie, który – mam nadzieję – odbędzie się w Trzebnicy. Na pewno w zimowych treningach pomocne będą mi wspomnienia z tegorocznej edycji naszych maratonów.

Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia pochodzą z galerii Piotra Pizonia i Krysi Saladry.

Facebook