Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Czy Kalin zrobi to w sobotę?
5 lipca 2011
Zmarł Benek Gubała
12 lipca 2011

Otrzymaliśmy oficjalną informację od Jana Szymkiewicza, jednego z organizatorów przedsięwzięcia, że oficjalny wynik Zdzisława Kalinowskiego w samotnej 24-godzinnej jeździe rowerem szosowym wynosi 756 km 672 m. Kaski z głów panie kolarki i panowie kolarze. Gratulacje, Kalin!

Poniżej relacja Marzenki i Krzysztofa, którzy pomknęli kibicować Zdzichowi:

„W Choszcznie, w Polsce, w Świecie – tego jeszcze nie było! Próba ustanowienia rekordu Guiness`a w samotnej 24-godzinnej jeździe na rowerze. Próbę podejmie Zdzisław Kalinowski.”

Niezwykłe wyzwanie i wyjątkowo utalentowany zawodnik – takie połączenie sprawiło, że doszliśmy do wniosku, że nie może nas tam, jako kibiców, zabraknąć. W sobotę 09 lipca 2011r. wstaliśmy o 4.55. Po szybkim śniadaniu wsiedliśmy na rowery i pomknęliśmy na nich do Poznania. Tam wskoczyliśmy do pociągu i podwieźliśmy się do Krzyża Wlkp. Podczas podróży Krzysztof odkrył, że nie zabraliśmy karty do aparatu. Prawdziwy pech – takie wydarzenie sportowe, a my bez możliwości robienia fotek!

Z Krzyża pojechaliśmy rowerami do Choszczna. To było jakieś 60km jazdy. Po drodze zatrzymaliśmy się w Dobiegniewie. W niewielkim tym miasteczku znaleźliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy do szczęścia: owocowy placek drożdżowy, sok, a nawet sklep Mega Avans, gdzie kupiliśmy kartę do aparatu. Trochę czasu w Dobiegniewie nam uciekło i naraz się okazało, że przed nami jeszcze spory kawałek drogi do Choszczna, a czasu do startu honorowego o 11.00 mamy już niewiele. Zaczęła się więc jazda na ostro. Nie oszczędzaliśmy się.

Na liczniku prawie cały czas utrzymywały się górne trzydziestki i dolne czterdziestki. Mimo, że pracowaliśmy mocno, jechało się świetnie – pchał nas lekki wiaterek. Wiedzieliśmy, że Zdzisławowi będzie on – niestety – trochę przeszkadzał. Dojechaliśmy do Zieleniewa i od tej pory pomykaliśmy trasą naszego Rekordzisty.

Trasa nie była zupełnie płaska, za to asfalt był dobrej jakości, a ruch samochodowy niewielki. Po 12km od Zieleniewa dojechaliśmy do miejsca startu ostrego. Nie zatrzymywaliśmy się, tylko pognaliśmy do miasta. Trochę nerwowo się zrobiło w samym Choszcznie. Szukaliśmy miejsca startu. Minęliśmy Sanktuarium MB Nieustającej Pomocy i widząc, że na rynku nikogo nie ma polecieliśmy w stronę pływalni, przypuszczając, że to pewnie gdzieś tam. To nie było tam. Dwaj młodzieńcy uświadomili nam, że musimy zawrócić ile się da i skręcić w lewo. Tak też zrobiliśmy. Przez to błądzenie na start honorowy dojechaliśmy 3 minuty spóźnieni, ale i sam start miał lekki poślizg i w rezultacie dokulaliśmy się na czas.

Policyjne motocykle, Zdzisław ubrany w piękny strój kolarski i w kasku do jazdy na czas, a wokół różnej maści cykliści. Na szosówkach, na rowerach MTB, miejskich. Cały ten tłumek ochoczo ruszył na przejazd honorowy do miejsca startu ostrego, tj. skrzyżowania drogi 160 Choszczno – Zieleniewo z drogą na Smoleń. Za Zdzisławem jechał Jego wóz techniczny, za wozem, my cykliści i … motocykliści. Przejazd honorowy był całkiem szybki. Nie była to z całą pewnością rekreacyjna jazda z nóżki na nóżkę. Wśród cyklistów jechali Ula i Marek Zadworni z Gryfic. Strasznie fajnie było się z nimi spotkać i pogadać.

Za Choszcznem nasz barwny peleton zatrzymał się. Do godz. 12.00 było jeszcze daleko. Był teraz zatem czas na to, by iść się przywitać ze Zdzisławem i życzyć Mu powodzenia w tym niezwykłym przedsięwzięciu. Kiedy podeszłam, nasz Bohater był uśmiechnięty i zrelaksowany. Niezmiernie miło było usłyszeć z Jego ust, że cieszy się z tego, że w tym ważnym dniu „jego maratonowa rodzina” jest razem z Nim. Przed startem Zdzisław chętnie ustawiał się ze swoimi kibicami do zdjęć, udzielił też jednego wywiadu.

Krzysztof i ja kręciliśmy się to tu to tam. Udało nam się zajrzeć do wozu technicznego – był tam komplet zapasowych kół i zapasowy rower. Zdzisław wyraził nadzieję, że nie będzie musiał z zapasowych części korzystać.

W końcu wybiło południe. Od kilku chwil Zdzisław gotowy do jazdy czekał na linii startu, a wraz z nim samochód techniczny i wszyscy zgromadzeni kibice. Organizatorzy surowo przykazali, by nikt z cyklistów nie wyprzedzał Zdzisława. W końcu rekord miał dotyczyć jazdy samotnej. Ruszył. A my za Nim. Chłopaki utrzymali się za wozem, ja odpadłam praktycznie od razu. Krzysztof początkowo chciał mnie pociągnąć, ale krzyknęłam mu by nie patrzył na mnie, tylko dobrze się bawił i gnał za nimi. Tak też zrobił. Udało mu się ich dogonić, a ja jechałam sama, daleko za nimi. To pierwsze okrążenie to była dla mnie prawdziwa masakra. Gdyśmy tak lecieli z Dobiegniewa na start honorowy, zakwasiłam się i teraz bardzo dotkliwie to czułam. Nogi kłody. I wiatr w twarz.

Byłam jakieś 2 km przed nawrotką w Zieleniewie, gdy zobaczyłam z naprzeciwka jadący wóz techniczny z charakterystycznym trójkątem na dachu, napisem „Uwaga Wyścig” i żółtą migającą lampą. Przed wozem Zdzichu, za wozem chłopaki. Krzyczałam do Zdzicha, dopingując Go. Uśmiechnął się. Widać było, że świetnie Mu się jedzie. Ponad 3 km przed nawrotką na skrzyżowaniu drogi nr 160 z drogą na Smoleń znowu spotykam Zdzisława jadącego z naprzeciwka w stronę Zieleniewa. Znowu krzyczę i znowu widzę Jego wesoły uśmiech. Pogoda cały czas ładna, słoneczna. Może nawet trochę za ciepła – około 30 stopni C.

Drugą pętlę wraz z Krzysztofem spędziliśmy na punkcie kontrolnym. Czas minął nam na pogaduszkach z Ulą. Krzysztof zdecydował, że jak Zdzisław rozpocznie trzecią pętlę, to znowu pojedzie za Nim. W tej sytuacji również zdecydowałam się jechać na okrążenie. Nawrotki obie były koszmarnie wąskie. Nasz Bohater musi niestety za każdym razem dość znacznie zwolnić, by zawrócić, a potem z powrotem rozbujać rower. Nawrotki kradną Mu cenny czas.

Nasza druga pętla ze Zdzisławem wygląda prawie identycznie jak pierwsza. Krzysztof za wozem technicznym. Ja za nimi, sama. Piszę, że jest prawie identycznie, a to prawie dotyczy mojego tempa. Jadę? Nie, nie, nie. Ja pełznę na rowerze. Tylko tak to można nazwać. Koszmarny zakwas w udach. Prawdziwy ból. Jestem 4 km przed nawrotką w Zieleniewie, gdy zauważam jadącego z naprzeciwka Zdzisława. Zbieram siły i krzyczę do Niego. On nadal uśmiechnięty.

6 km przed punktem pod Choszcznem znowu się spotykamy i znowu jest okazja do głośnego dopingu. Totalnie zmasakrowana wjeżdżam na punkt. Punkt pod Choszcznem był świetnie przygotowany. Kibic może tam siedzieć naprawdę długo i niczego mu nie zabraknie. Można napić się nie tylko wody, ale i kawy. Zjeść bułkę i kiełbaskę z grilla. Posilamy się i siedzimy na punkcie prowadząc niekończące się dyskusje o tym w jakim tempie jedzie Zdzisław, o mocnym wietrze, o samochodach przewracających ustawiony na drodze pachołek wyznaczający miejsce nawrotki.

Pogawędki przerywam oświadczając, że pojadę za Zdzisławem na swoje trzecie, a jego piąte okrążenie. Wyjaśniam, że chcę zmierzyć przewyższenie na rundzie. Krzychowi nie muszę 2 razy powtarzać, chętnie na to przystaje.

Kiedy Zdzisław nawrócił, pojechaliśmy za Nim. Było podobnie jak na poprzednich 2 okrążeniach. Piszę podobnie – bo jednak trochę inaczej. Odżyłam. Jechało mi się zdecydowanie lepiej. Zakwas jakoś zniknął. Jechałam sama i mimo wiatru w twarz trzymałam przyzwoite tempo. Niecałe 2 km przed punktem w Zieleniewie spotkałam jadącego z naprzeciwka Mistrza i Jego wóz sportowy, a za nim wiozącego się Krzycha. Pozdrowiłam Rekordzistę i pognałam na punkt w Zieleniewie. Na punkcie zasiedziałam się. Było tam kilka bardzo sympatycznych osób i ani się spostrzegłam, a na punkt wjechał ON. Rzuciłam się w pogoń. Pomyślałam sobie, że to może być dobry moment, by spróbować choć trochę się za Nim utrzymać. Pojechałam mocno, rozbujałam rower do 38km/h i dogoniłam Zdzisława. Zagadałam nawet, czy mogę Mu przez chwilę posiedzieć na kole. Odparł, że lepiej nie. Nic w tym dziwnego, to w końcu rekord w jeździe samotnej. Nikogo przy Rekordziście być nie mogło.

Kiedy tylko wóz techniczny nawrócił i dogonił Rekordzistę, zaczęłam jazdę za wozem. Było to niezwykłe uczucie. Jechać za Zdzichem. Zerkając zza samochodu widziałam, w których momentach staje na pedały. Widziałam jak polewał się wodą – musiało Mu być gorąco. Odruchowo spojrzałam na licznik – w słońcu było nieco ponad 30 stopni C. Po polaniu wodą podjechał z boku wóz, by podać nową wodę. Podjechał jakoś tak niefortunnie za blisko, że prawie zepchnął Zdzisława z trasy. Zdzichu złapał pobocze, rower niebezpiecznie się zachwiał, ale udało się go utrzymać i wrócić na szosę. Mistrz uśmiechnął się do ludzi w wozie i machnął ręką, że nic się nie stało.

Nie mam pojęcia jak ja to zrobiłam, ale udało mi się za Zdzisławem jechać całe 12 km jego 6 okrążenia gdy jechał z Zieleniewa na punkt pod Choszcznem. Tempo było mocne – poniżej 30 km/h nie schodził, 35 km/h to była norma, a zdarzały się też momenty, gdy trzeba było grzać ponad 40km/h. Kiedy tak za Nim jechałam, czułam, że oto uczestniczę w czymś wielkim. Za wozem technicznym nie jechałam sama. Wraz ze mną leciał sympatyczny chłopak z kat. M5 z Drużyny Szpiku.

Przewyższenie na rundzie 24 km wyniosło 69m.

Pod Choszcznem kolejna nawrotka, a ja zostałam na punkcie. Czekał tam na mnie Krzysztof z informacją, że na pociąg, którym mieliśmy wracać, już nie zdążymy. Wobec tego mieliśmy czas, by poczekać na kolejny wjazd Zdzisława na punkt i by zagrzewać Go do mocnej jazdy.

Kiedy Zdzisław był na 8 rundzie, około 17.15, pojechaliśmy do Choszczna na pociąg. Po drodze odwiedziliśmy Cmentarz Żołnierzy Radzieckich, Sanktuarium MB Nieustającej Pomocy i Aleję Gwiazd Kolarstwa Polskiego. W tej ostatniej były odciski dłoni wielkich polskich kolarzy. Były też wolne, niezapełnione jeszcze miejsca. Jestem przekonana, że w jednym z nich, jako kolejna Gwiazda Kolarstwa, swoją dłoń odciśnie Zdzisław Kalinowski, Wielki Kolarz z Choszczna.

Tego dnia wraz z Krzysztofem przejechaliśmy na rowerach 175km. W chwili kiedy kończę pisać moją relację, Zdzisław osiągnął półmetek czasu. Przed Nim jeszcze kilka godzin jazdy nocą. Kiedy rano się zbudzimy, On nadal będzie jechał. Wierzymy w Niego i mamy nadzieję, że wiatr zelżał i, że nadal jedzie Mu się świetnie.

Krzycha relacja:

Ustawiliśmy się wszyscy za samochodem technicznym. Od chwili startu poszedł ogień (w granicach 40 km/h pod wiatr) i zacząłem oglądać się na dziewczyny, Marzenę i Ulę Zadworną. W tym czasie grupka już zaczęła się oddalać. Marzena skinęła łaskawie bym jechał swoje i zacząłem gonić. Okazało się, że był na to już najwyższy czas. Mimo wejścia na wysokie obroty cały czas do grupy miałem kawałek, a musiałem ciąć sam pod wiatr. Dopadło mnie zwątpienie, ale po trzech lub czterech skokach udało się. Było nas około dziewięciu.

Po kilku kilometrach wpadłem na pomysł, by mierzyć średnie poszczególnych pętli, i tak, jadąc za samochodem na pierwszej pętli w dziewięć osób, trzeciej w trójkę i piątej pętli samotnie, zmierzyłem następujące średnie:
Pierwsza pętla, do Zieleniewa, 36 km/h
Pierwsza pętla, do Choszczna, 43 km/h (max 56 km/h)
Trzecia pętla, do Zieleniowa, 34 km/h,
Trzecia pętla, do Choszczna, 40 km/h,
Piąta pętla , do Zieleniowa 31 km/h,
Piąta pętla, do Choszczna, 36 km/h.

Zaznaczam, że są to moje średnie zmierzone po ustabilizowaniu jazdy po nawrotach. Zdzisław tracił sporo ze średniej zawracając wokół pachołka na wąskiej jezdni. Z oczywistych względów nie robiłem nawrotu za nim, zatrzymując się wcześniej, bo samochód musiał wymanewrować i doganiał Go kilkaset metrów po nawróceniu.

Widać spory spadek prędkości, ale myślę, że nie należy tego opadającego wykresu rysować za nisko. Po prostu początek to adrenalina, a po południu wiatr nieco przybrał na sile i zaczął przeszkadzać. Na szczęście po krótkim wieczornym deszczu, aż do jutra wiatr ma być znacznie słabszy.

Marzena i Krzysztof

Zdjęcie  galerii Marzeny i Krzysztofa. Więcej zdjęć zobaczyć można TUTAJ.

Film z tego wydarzenia znajdziecie TUTAJ.

Facebook