Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Styrkeproven 2006
23 lipca 2006
Pętla Karkonosko-Izerska
26 lipca 2006

Robert Musaszi Patkowski

Jak było??
Hmm….. To najbardziej wyczekiwany przeze mnie maraton w sezonie.
Górki, widoki, rower i wielu pozytywnie zakręconych ludzi, takich jak ja.
To już nie tylko moda na miłe spędzanie czasu, ale również a może przede wszystkim, sposób życia.

Cała zima przepracowana nad kondycją, wiosna, lato podporządkowane startowi w tym arcytrudnym maratonie. Cyfry mówiły same za siebie. Suma przewyższeń, odległość, wpływały na wyobraźnie. Emocje przed startem, śniadanie zjedzone o piątej nad ranem (na siłę). W końcu wyjazd na linię startu gdzie umówiony byłem z Chłopakami z Ostrowa na wspólny start i jazdę. Długo czekaliśmy na naszą kolej oglądając wcześniej startujących zawodników. 8,56 – jedziemy. Początek leniwy, szybko dochodzą nas już za Dusznikami pierwsi twardziele….
My dalej leniwie… pod górkę…do Lasówki. Na zjeździe do Młotów rozciągamy się mijając kolejne dziury. I nagle…. (Kolega Acerola i Kolega Samotny Jeżdżak będą się śmiali) gubię Bidon…był pusty więc postanawiam go zostawić goniąc pozostałą czwórkę.
Podjazd na Spaloną dzieli nas. Na początku dzielnie staram się dotrzymać kroku Maćkowi i Piotrkowi, którzy całkiem całkiem ciągną pod górę. Zostawiam z tyłu Piotra i Zbyszka..
Po drodze mijają mnie konkretni łojańci (między innymi uczestnicy amatorskiego TdF.. )
Na górę dojeżdżam sam i od razu kieruję się w kierunku autostrady sudeckiej. Jedzie mi się gładko, choć nie za szybko (dziury), mijam co chwilę kolejnych uczestników łatających dziury. Tak dopadłem do zjazdu przez Gniewoszów. Pamiętając o dziurach zjeżdżam ostrożnie do momentu…. Aż nie łapię gumy…. No masz babo placek….
Szybkie łatanie ( w międzyczasie mija mnie znajoma twarz ze znajomym uśmiechem, na której widać nie no Musaszi, co ty znowu guma???) i jazda w dół. Pierwsza myśl byle do nowego asfaltu. Dobijam do 53 kilometra trasy i wypadając z zakrętu zamieszanie na poboczu… Piotr K, Zbyszek, Maciej, i leżący na poboczu Piotr O.
Hamuję i wracam pod górę… Wygląda to źle….
Czas zaczął mijać bardzo szybko… szybka wymiana zdań, przelatujący niebezpiecznie szybko inni maratończycy… Biegnę pod górę i krzykiem staram się ostrzegać innych nadjeżdżających z góry o niebezpieczeństwie… Ile czasu nie wiem, ilu nas było krzyczących i ostrzegających nie wiem…
Było jeszcze kilku oprócz mnie maratończyków, którzy zatrzymywali się i oferowali pomoc Piotrowi.
Szereg ludzkich odruchów, bezsilności, a nawet rozpaczy. Chęć niesienia pomocy koledze.
Karetka przyjechała po około pięćdziesięciu minutach… Dobrze, że dwaj koledzy z grupy lekarskiej zatrzymali się i udzielali pierwszej pomocy Piotrkowi. Chwała im za to. Jest to naprawdę gest godny podkreślenia. Wydaje mi się, że mieli numery 200 i 237.
Czekałem wraz z innymi na przyjazd karetki……… ulga wreszcie jest…nerwy, ale już są….
Szybko opatrują poszkodowanego… a my… właściwie nie wiemy, co robić.
Jechać nie jechać… w końcu zostawiamy Macieja( brata Piotra ) na PKP Gniewoszów, sami zaś jedziemy dalej. Krótka narada, jaką trasą?? Wybieramy 164 km.
Chcemy właściwie dojechać do mety. Przyjemności z jazdy nie było… nie po tym, co widzieliśmy na Gniewoszowie. W okolicach Waliszowa zostaję sam, za sobą nikogo, no może dwie trzy osoby. Jadę w własnym rytmie pokonując podjazdy i zjazdy. Odliczam kilometry do mety bijąc się z myślami… Na podjeździe za Lądkiem doganiam„Tytanową Siostrę ” i sam zostaję kilkakrotnie doścignięty… Zjazd, Złoty Stok, podjazd, i kolejny i bufet. I tak do Kłodzka… W Kłodzku mam już dość… Prędkość spada do 20 km na godzinę (dramat).
Na wjeździe do Polanicy doganiam Piotrka K. Strasznie się z tego cieszę, choć miny i humory mamy minorowe… I ból w lewym udzie… skurcz??
Piotr zostawia mnie po krótkiej konsultacji i jedzie do przodu. Ja zalegam na przystanku i chwilę odpoczywam. Po dziesięciu minutach wsiadam na rower i zjeżdżam do Polanicy. Jadę… Niestety nie długo. Gdy tylko droga podnosi się ból powraca i nie daje pedałować.
Zsiadam z roweru i idę trasą oglądając wszystkich tych, których udało mi się doścignąć wcześniej.
Trwało to około 2 km. Ból nie dawał nawet iść… Siadam i dzwonię do żony… KONIEC.
Na 20 km przed metą. To chyba bardziej bolało niż kontuzja. Tak bardzo mi zależało na dojechaniu do mety… Zabrakło niewiele. Kolejna lekcja pokory…Wsiadam do samochodu widząc kolejnych maratończyków jadących do mety. Po kilku godzinach, gdy już odświeżony i najedzony docieram do bazy maratonu powoli przechodzi mi chandra związana z kontuzją.
Wspólne rozmowy i żarty ze znajomymi maratończykami pozwalają odprężyć się po przeżyciach całego dnia. Ech… zwariowana ta nasza maratońska brać…
Pełna oryginałów, ludzi o różnych zawodach, wykształceniu, wieku, ale z jedną łączącą nas cechą, zamiłowaniem do roweru. Tu zaczynają się spotykać już całe rodziny… POTĘGA.
Po reakcji ludzi na zbiórkę pieniędzy dla Piotrka, powiem jedno: cieszę się, że mogłem wspólnie z Wami tam być.
Chcę również podziękować Orgom za organizację!!!! I pomysł, z jakim to zrobili,…mimo, że jest co poprawiać. Ale nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi.
Czapki z głów.

Facebook