Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
Spacerkiem po górach
5 sierpnia 2005
Z igły widły
8 sierpnia 2005

Klasyk Kłodzki 2005

Mirosław Pyszczek

9 lipca 2005 odbył sie długo oczekiwany Klasyk Kłodzki. W tym roku organizatorzy zafundowali do wyboru dwa dystanse: 150 km i 2000m przewyższenia lub 230 km i 3210m przewyższenia. Tym razem z Zielonej Góry wybrałem się Romkiem Zelemem. Srebrna Góra przywitała nas deszczem. Dotarliśmy tam w czasie gdy kilku śmiałków walczyło z czasem na podjeździe pod Donżon. Tradycyjnie już prognoza pogodowa była fatalna. Deszcz w tym klasyku przeszedł już do normalności. Do tego dodać kiepski stan dróg i wszystko staje się jasne. Będzie ciężko.

Po dobrze przespanej nocy ( mało brakowało a zaspałbym na start ) wystartowałem tuż przed godziną dziesiątą. Nie padało i było w miarę ciepło, gdzieś w okolicach 14 stopni. Tuż po starcie zaczął się podjazd pod Srebrną Górę. Jechałem nie rozgrzany, więc wspinałem się powoli. Kolesie startujący ze mną szybko mi odjechali lecz wcale się tym faktem nie zasmuciłem. Potrzebuję dość dużo czasu, aby się rozkręcić. Wyprzedziło mnie tam sporo uczestników.

Po zjeździe ze Srebrnej doszła mnie paroosobowa mocna grupa jadąca z fajną prędkością. Dołączyłem do nich i tak wspólnie z prędkością oscylujacą w granicach czterdziestki dojechaliśmy pod przełęcz Lisią. Po drodze doszedłem do ludzi z którymi startowałem. Już wcześniej zaplanowałem, że na początku podjazdu odpuszczę i będę się wspinał własnym tempem. I tak się stało. Była też miła niespodzianka, droga została zfrezowana i nie było tam tych potwornych dziur. Podjazd nie przysporzył żadnych problemów, bardziej obawiałem się zjazdów, pamiętając stan dróg z ubiegłego roku. Jechałem na dość łysych oponach, więc miałem trochę stracha. Tym bardziej, że po opadach deszczu na drogach leżało pełno różnych i dziwnych rzeczy. Udało się, dość szybko znalazłem się w Kudowie, gdzie zatrzymałem się na chwilę na bufecie. No, teraz Polskie Wrota i podjazd na Zieleniec. Przed Zieleńcem doszła mnie grupa Grzegorza Grabca.

Chwilę pojechałem w tej grupce, ale jakoś nie miałem motywacji, aby jechać z nimi dalej. Zresztą męczyłem się z bułką pobraną na bufecie. Podjazd pod Zieleniec jak zwykle na początku trudny, ale im wyżej tym bardziej się wypłaszczł i nie przysporzył większych problemów. Niespodzianka była na szczycie, gdzie trzeba było omijać maszyny drogowe i taplać się w niezłym, czerwonym błotku. Było trochę przełaju. Zawsze to jakieś urozmaicenie. No, ale i też były plusy. Kawałek pięknego asfaltu. Niestety był krótki, ale dobre i to. Później już normalka, czyli droga popękana jak podczas suszy na pustyni. Tam też minąłem Romka, który walczył ze zmianą dętki.

Jechałem w niewielkiej grupce, w której nikt nie kwapił się na wyjście do przodu i jakieś konkretniejsze pociągnięcie. Wyrywali się tylko podczas zjazdów, gdzie ja zjeżdżałem bardzo asekuracyjnie. Trudno, dalej jechałem swoim tempem. Pod Spaloną podjechałem bez wielkich emocji, w punkcie kontrolnym dolałem wody do bidonu i ruszyłem w dół. Tu zjazd był bardzo niebezpieczny, widoczność ze względu na panującą mgłę zmalała do kilku metrów. Na drodze leżał piasek zmyty ze stoków gór. Zrobiło się też dość chłodno. Całe szczęście, że to nie są długie alpejskie zjazdy. Znów udało się szczęśliwie zjechać. Nawet mi się podobało, gdyż droga wiła się fajnymi serpentynkami.

W Bystrzycy Kłodzkiej nie miałem żadnej wątpliwości aby jechać długi dystans. Wiedziałem, że za chwilę będzie Puchaczówka. Gdzieś po drodze dorwał mnie deszcz, nawet się ucieszyłem, bo zmył z butów i z roweru czerwone błoto z Zieleńca. Za Puchaczówkę trzeba się brać powoli i tak też zrobiłem. Mimo to z grupki, z którą zacząłem podjazd, na szczycie przełęczy została jedna osoba. Następnie szybki zjazd i już po minięciu Lądka Zdr. zacząłem sie wspinać na następną przełęcz. W porównaniu z ubiegłym rokiem tutaj stan asfaltu znacznie się pogorszył. Droga przypominała dobry ser szwajcarski. Ciężko było znaleźć kawałek drogi bez dziury. Zjazd był zdecydowanie lepszy. Po minięciu „kocich łbów” w Złotym Stoku wjechałem na główną drogę do Kłodzka.

Następnie po skręceniu w prawo udałem się do Mąkolna, gdzie był według mnie najnudniejszy odcinek trasy. Płaski i oczywiście pod wiatr. Za to było zdecydowanie najcieplej. Zostały jeszcze do przejechania tylko albo „aż” dwie przełęcze. Pierwsza to Łaszczowa, niby takie nic, ale jeżeli się ma już w nogach trochę kilometrów, to wcale nie jest taka łatwa. Strasznie się dłużyła. Myślałem, że nie ma końca. Ale to nic. Dopiero zjazd po drodze, która wyglądała jak po wybuchu nuklearnym przysporzył dużo wrażeń. Po zameldowaniu się w ostatnim punkcie kontrolnym dotarłem do Kłodzka. I tu zgodnie z prognozą pogody dopadła mnie ściana desczu. Rozległy się też grzmoty, całe szczęście, że nie ochłodziło się zbytnio. Została mi tylko Przełęcz Bardzka i niech nikt nie myśli, że tam było łatwo.

Jakoś to przeżyłem, dalej już jechałem w koleinach wypełnionych wodą i dokłatnie byłem kąpany przez przejeżdżające tiry. Jeszcze tylko skręt w lewo i znalazłem się na bocznej drodze na Srebrną Górę, jeszcze tylko 10 km. Było to moje najdłuższe 10 kilometrów w tym roku. Nie dość, że w wodzie to jeszcze pod wiatr. Jedynym urozmaiceniem było to, iż mijałem sporo uczstników klasyka. Niektórych już drugi raz, gdyż pierwszy raz na małej pętli. Oczywiście przed metą pobłądziłem, skręciłem za wcześnie, ale to praktycznie nie miało większego znaczenia. Uważam, że tegoroczny Klasyk Kłodzki był surową imprezą dla twardzieli. Zarówno pod względem trudności trasy, pogody jak i zakwaterowania. I tak trzymać. Trasę klasyka pokonałem w 8 godz.27 min.48 sek

tekst pochodzi ze strony Mirka

Facebook