Puchar Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych 2018

Stargard
12.05

Gryfice
2.06

Nowogard
23.06

Świdwin
14.07

Rewal
15.09
7 czerwca w Świnoujściu
10 lipca 2003
Relacja z II GMR
21 września 2003

MARATON ROWEROWY „STYRKEPROVEN” TRONDHEIM – OSLO 23-24 czerwiec 2001

Wiesław Rusak

Na starcieNa temat maratonu rowerowego Styrkeproven w Norwegii dowiedziałem się z Internetu na początku czerwca br. Po zapoznaniu się z regulaminem postanowiłem spróbować swoich sił i przejechać 540 km. w ciągu 36 godzin tak jak to zaplanowali organizatorzy. Najpierw podliczyłem koszty i zaraz potem załamałem się. Całkowity koszt ewentualnego mojego udziału to koszt około 3 tysięcy złotych w tym przejazdy, noclegi, wpisowe i wyżywienie dla jednej osoby. Chęć udziału w tej imprezie była tak duża, że postanowiłem spróbować znaleźć sponsorów.

Na pierwszy ogień poszły firmy promowe. Prezes Unity Line pan Paweł Porzycki zgodził się na przewiezie mnie do Szwecji, kapitan promu PŻB Pomerania zaproponował mi drogę powrotną z Kopenhagi, firma autobusowa „ALMABUS” z Wrocławia zgodziła się przewieźć mnie ze Świnoujścia do Oslo. Kolega Marek Muzyczuk zorganizował mi pobyt w Oslo u swojej koleżanki Gosi, która mieszka w Oslo od 10 lat. Przez Internet znalazłem Polaka, który mieszka w Trondheim i jest tam wykładowcą na politechnice. Pan Krzysztof Orleański załatwił mi nocleg w schronisku w noc przed startem oraz pomógł mi przy wszystkich formalnościach podczas rejestracji w sekretariacie zawodów. Członek zarządu miasta Świnoujścia, Jarek Specjalski zaproponował, że miasto opłaci wpisowe. Prezes firmy ochroniarskiej „SEKRET” Wojtek Głowacki opłacił pociąg z Oslo do Trondheim. Pomoc życzliwych mi ludzi był na tyle poważny, że postanowiłem pojechać do Oslo i spróbować swoich sił.

dyplomWyjazd nastąpił 19.06.01 o godz. 13.00 promem Polonia. Podróż przez Bałtyk przebiegła spokojnie i bez rewelacji. Następnie po dobiciu w Szwecji i zapakowaniu roweru do autobusu zgłosiliśmy się do odprawy paszportowej w Ystad. Odprawa trwała kilka minut, celnicy nawet nie weszli do autobusu. Około 20.30 ruszyliśmy w drogę do Oslo. Drogi idealnie utrzymane i zadbane, do Geteborga droga prosta i dość nudna. Potem zaczęły się zakręty i wzniesienia a do tego droga, co chwila zbliżała się do brzegu Bałtyku. Kilka przystanków na stacjach paliwowych i o 5.00 byliśmy w Oslo. Zgodnie z umową o 7.00 na dworzec przyjechał mąż Gosi, Norweg, który świetnie mówi po Polsku. Kai bo tak ma na imię jest kierowcą taksówki w Oslo. Gosia i Kai mieszkają w drewnianym domku 15 km od centrum Oslo, mają 10 letnią córkę Kamilę.

Po śniadaniu pojechałem rowerem do nowo wybudowanego wesołego miasteczka, cena biletu wstępu jak na nasze warunki dość wysoka, bo 80 zł. Ale za to wszystkie atrakcje były za darmo. Największą popularnością cieszyła się drewniana kolejka górska, potem mniejsza, ale szybsza kolejka o konstrukcji metalowej. Istne szaleństwa to wieża wysokości 11 pięter z siedzeniami na zewnątrz i wjazd do góry z niewiarygodną prędkością i zaraz potem w dół. Wrażenie niesamowite, a w żołądku rewolucja. Ponadto było wiele karuzel, samochodziki, miasteczko z dzikiego zachodu, spływ wodny w balach drewna, pełno gier zręcznościowych, lodziarnie i punkty gastronomiczne. Wieczorem późny obiad, pieczeń z renifera i pogawędka z gospodarzami.

Drugi dzień to zwiedzanie Oslo w tym muzeum Amundsena, Tiki Taka, Wikingów, centrum Oslo, dzielnica nadmorska, skocznia narciarska Hohelkolen, panorama Oslo z kawiarni na wzgórzu otaczającym Oslo.

Niestety, ale nie dostaliśmy już biletu na pociąg bezpośredni do Trondheim na piątek 22.06.01 i musiałem jechać wcześnie rano z przesiadką w Roros gdzie miałem 3 godziny przerwy. Wyjeżdżając nie zdawałem sobie sprawy, co zyskam dzięki temu. Roros to przepiękne miasto wpisane na listę UNESCO, jest tam stara kopalnia miedzi i huta, przepiękne muzeum, wspaniała stara zabudowa z drewnianymi domami krytymi darnią.

Do Trondheim dotarłem wieczorem gdzie na dworcu czekał na mnie pan Orleański z żoną. Pojechaliśmy do sekretariatu zawodów gdzie wpłaciłem wpisowe i zgłosiłem swój udział w maratonie w klasie rowerów turystycznych.

Potem była wspólna kolacja, miła rozmowa a na koniec udaliśmy się do schroniska. Noc była gorąca, mimo że słońce zaszło to było widno tak jak w dzień w jesienny dzień w Polsce.

Rankiem o 6.00 pobudka potem obfite śniadanie wliczone w cenę noclegu i wyjazd na start. Zbędny bagaż razem z plecakiem zdałem do samochodu ciężarowego, który mogłem odebrać na mecie. Organizatorzy wypuszczali 100 osobowe grupy kolarzy co 5 minut. Najpierw „emeryci” tj. kolarze mający ponad 50 lat, potem zawodowcy, pół zawodowcy i wreszcie amatorzy. Moja grupa ruszyła o 8.30. Trasa oznaczona i zabezpieczona przez organizatorów rewelacyjnie, na każdym skrzyżowaniu policjanci dający nam pierwszeństwo.

Na starcie jako jedyny posiadałem narodową flagę przymocowaną do kierownicy. Niestety, ale nie zauważyłem żadnego innego Polaka. Na starcie stanęło 3247 osób w wieku od 17 do 75 lat w tym 354 kobiety. Wśród startujących byli przede wszystkim Norwedzy, Niemcy, Holendrzy, Duńczycy, Szwedzi, Austriacy, Amerykanie i jak później okazało się jeszcze jeden Polak. Niestety, ale tego drugiego nie spotkałem ani na starcie ani na mecie. Zdecydowana większość rowerów to profesjonalne rowery szosowe, wiele grup ubranych było w stroje zawodowych grup kolarskich tak jak np. kilkudziesięciu Włochów ubranych w stroje grupy Mapei.

Po zapoznaniu się z regulaminem postanowiłem jechać do godziny 24.00 i w tym czasie dojechać do Lilehammer gdzie na punkcie kontrolnym zaplanowałem 3-4 godziny snu na przygotowanej do tego celu hali sportowej. Pogoda była wspaniała bez wiatru, słonecznie około20 stopni. Pierwsze 180 km. po praktycznie cały czas podjazd pod górę. Na 120 km dopadł mnie pech, pękł mi łańcuch. Załamany rzuciłem kaskiem o ziemię i usiadłem na poboczu oczekując na autobus z napisem koniec wyścigu. Po kilku minutach podjechał do mnie znajomy Holender, z którym mieszkałem w schronisku i którego wyprzedziłem kilka minut wcześniej. Zatrzymał się obok mnie i przystąpił do naprawy mojego roweru. Miał ze sobą wszystko, co jest niezbędne do naprawy wszelkich awarii. Niestety, ale nie miał zapasowe elementy do łańcuch używanego w moim rowerze, nie pozostało nic innego jak tylko skrócić mi łańcuch o dwa oczka. Konsekwencja tego była taka, że nie mogłem korzystać z dwóch najwyższych trybów a przede mną największa góra, 60 km. podjazdu.

Po wdrapaniu się na szczyt okazało się, że jest tam punkt kontrolny i serwis. Naprawa roweru trwała dosłownie kilka minut, podczasˇktórych mechanik dołączył mi brakujące dwa elementy łańcuch i ruszyłem dalej. W Lillehammer byłem zgodnie z planem tuż prze północą, za mną było już 360 kilometrów, pozostało tylko 180. Po zjedzeniu pysznego makaronu z sosem postanowiłem zrezygnować ze spania i ruszyłem dalej.

Praktycznie od tego czasu jechałem samotnie spotykając, co kilka kilometrów odpoczywających kolarzy w rowach lub na przystankach autobusowych. Najgorszy okres to między 5.00 a 7.00 rano. Oczy same zamykały się, organizm domagał się snu. Aby przełamać sen zacząłem śpiewać różne piosenki. Myślę, że gdyby usłyszał mnie ktoś ze znajomych to miałby sporo dobrej zabawy.

Około 8.00 wjechałem na przedmieścia Oslo, trasa została poprowadzona najpierw bocznymi uliczkami a później wydzielonymi pasami głównych arterii stolicy Norwegii. Meta usytuowana była przed halą sportową w centrum Oslo. Po minięciu linii mety wręczono mi pamiątkowy medal i dyplom wraz z moim zdjęciem ze startu.

Dystans 540 kilometrów pokonałem w ciągu 25 godzin i 15 minut, zająłem 31 miejsce wśród rowerów turystycznych i 6 w swojej grupie wiekowej 41-44 lata. Dla mnie miejsce w tym przypadku nie grało żadnej roli, liczył się udział i sprawdzenie własnej wytrzymałości fizycznej i psychicznej.

Powrót do Polski odbyłem najpierw autobusem do Kopenhagi a potem promem do Świnoujścia. Cieszę się bardzo z tego, że dowiedziałem się o tej imprezie i wziąłem w niej udział, jestem przekonany, że w przyszłym roku ponownie spróbuję swych sił na tym dystansie a może razem ze mną wystartuje większa grupa z Polski. Wszystkich chętnych zapraszam do przeżycia kolejnej przygody tym razem w górach Norwegii na rowerze.

Opis maratonu dla Janusza Czerwińskiego, autora corocznego wydania książki „Księga Przygody” opisującej ciekawe przygody Polaków.

Facebook